IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Vergil

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 21

#1PisanieTemat: Vergil    Wto Gru 27, 2016 4:05 pm

Imię i nazwisko: Vergil Lacroi
Tytuł: Kruk

Wiek: Przeżył swoją setkę jako Anioł, a od pierwszego zarycia pyskiem o ziemię minęło jakieś pięćdziesiąt lat. Po kolejnym punkcie kulminacyjnym w jego życiu - o którym nieco niżej - przeżył kolejne półwiecze, zatem ma jakieś dwie setki na karku. Choć przyznać trzeba, że nie liczył. Dla siebie równie dobrze mógłby mieć i pięćset.

Rasa: Anioł. Gwoli ścisłości, upadły Anioł. I wampir. Zabawnie, nie? Jak się do ciebie wyszczerzy, to już nie. O.

Miejsce pochodzenia: Pochodzi oczywiście z wymiaru Aniołów, natomiast po przedostaniu się do ludzkiego świata wylądował i egzystował do niedawna w okolicach Freljordu, a dokładniej rzecz biorąc - w niewielkiej osadzie na środku południowej granicy tychże rejonów. Konkretniej rzecz ujmując, była to rybacka wieś u zboczu jednej z Gór Żelaznych Szczytów.

Przynależność: Brak. Wolny strzelec, ot, co.
Ranga: Również brak, z racji braku jakiejkolwiek przynależności.
Profesja: W sumie to też brak. Niegdyś był swego rodzaju stróżem prawa, sędzią. Teraz jest łowcą, jedyne, co musi robić by przeżyć, to polować na świeżą krew.

Wygląd:
Vergil niegdyś - jak to anioły mają w zwyczaju - jak na standardy ludzkie był praktycznie idealny. Włosy jasne, swobodnie układające się na wietrze. Wysoki, bo mierzy całe dwa metry, umięśniony, względnie szczupły, ale dobrze zbudowany; niczym rzeźba najbardziej kunsztownego artysty, mógł budzić swoją postawą zarówno respekt, jak i zachwyt.
Dziś natomiast... coś się zmieniło. O ile ten wspomniany respekt spowodowany spojrzeniem na jego majestatyczną postać wciąż jest widoczny, to jego źródło jest nieco inne - bo pochodzi bardziej ze swego rodzaju drapieżności - przez co jest odczuwany z większą dozą obawy, niż szacunku. Co do zachwytu - owszem, jego sylwetka wciąż wygląda perfekcyjne i pod tym względem można go tak oceniać: idealnie zbudowany. Niewidoczna aura, jaka go otacza, nakazuje jednak ostrożność w wyrażaniu podziwu. Cóż z tego, że jego aparycja jest nieskazitelna, skoro jego prezencja całkowicie ją neutralizuje?
Gdy więc przychodzi do tego, czy mógłby się komuś spodobać, odpowiedź brzmi: tak. Być może na obrazie. W realnym życiu, jeżeli cię nie zje, to najpewniej ze sporą dozą dystansu trzeba ci będzie do niego podchodzić.
Rysy jego twarzy pozostały niezmienne, choć mimika owszem, więc w porównaniu do nieco dawniejszych czasów wydaje się być kimś zupełnie innym. Z postaci wytwornej, poważnej, choć często uśmiechniętej, przerodził się w stwora o facjacie nie wyrażającej zwykle żadnych uczuć, a w kontakcie z innymi - ewentualny ironiczny lub nieco szaleńczy wyszczerz. Często poprzedzający rozlew krwi, swoją drogą, a czasem nawet i w jego trakcie.
Krótko po przemianie w wampira całkowicie wyłysiał. Co ciekawe, jasne i niemal niewidoczne włosy gdzieniegdzie na innych częściach ciała również wypadły. Obawiał się, że to samo stanie się z piórami na jego skrzydłach. Dodatkowo, jak przystało na przeklętego tą chorobą, ma bardzo jasną, choć nieco przybrudzoną ostatnio i zszarzałą skórę.
Te jednak, prócz stopniowych zmian koloru - z nieskazitelnie białego przez kremowy, jasno szary, po aktualnie bardzo ciemny i niemal czarny, w rozmiarze w ogóle nie zmieniły się od momentu jego pojawienia się w ludzkim wymiarze. Prawdopodobnie wydalenie go z anielskich ziem spowodowało zatrzymanie wzrostu tego rasowego atrybutu. Ich całkowita rozpiętość wynosi zatem niecałe cztery metry, a znał pobratymców, którzy w jego wieku miewali skrzydła pięcio, ba - nawet i sześciometrowe.


Charakter:
W ogromnym skrócie - kiedyś altruista, teraz egoista.
Dbał o innych, poświęcając im wiele czasu, chęci, pracy, samemu sobie pozostawiając niezbędne minimum. Niósł pomoc, w zamian często nie dostając nic, ale miał wewnętrzną potrzebę czynienia bezinteresownego dobra. Nie przestawał więc.
Aktualnie jego wizerunek bardzo odbiega od tego, jaki prezentował jeszcze pół wieku temu. Była to długotrwała zmiana, ale budowana na przestrzeni wielu lat, jest trudna do obejścia. Jedynym bowiem na czym teraz zależy Krukowi jest żarcie. Krew, krew, krew. Ona utrzymuje go przy życiu i ona daje mu siłę, której tak bardzo łaknie. Myśli tylko o niej i... o sobie, a raczej o tym, jak się wzmocnić. Im potężniejszy przecież będzie, tym smaczniejszą krew będzie w stanie zdobyć, czyż nie? A co jak co, ale jego podniebienie jest dość trudno zadowolić.
Co do niezupełnie wrogich kontaktów z innymi... Tak, potrafi się komunikować poza walką. Trudno powiedzieć, czy jest coś konkretnego, co sprawia, że postanawia utrzymać z kimkolwiek znajomość. Być może tęsknota za dawnym trybem życia? Sam odrzuca podobne myśli, ale być może podświadomie rzeczywiście coś takiego czuje.
W każdym razie, może być trudny w obejściu i - sprowokowany - najpewniej zaatakuje. A jeżeli będzie głodny, tym gorzej dla atakowanego, o ile nie jest wystarczająco silny.


Umiejętności:

Z cech rasowych:
Wampirza martwota - ciekawa cecha, gwarantująca mu chociażby odporność na mróz czy choroby. Brak krążenia również jest pomocny, trudno mu się wykrwawić.
Zwiększone atrybuty fizyczne (siła, szybkość, zręczność, refleks) - przemiana w wampira dała mu spore możliwości. Ba, spore to mało powiedziane. Mimo dosyć młodego wieku jako krwiopijca, bo od przemiany minęło zaledwie pięćdziesiąt lat, stał się sprawniejszy od wielu sobie podobnych... i starszych. Być może jest to kwestia jego bliskiego pokrewieńśtwa z Pierwszą.
Wyostrzone zmysły - doskonały wzrok, węch i słuch pozwalają mu na dostrzeganie tego, co niedostrzegalne, z odległości znacznie większej, niż ktoś mógłby się spodziewać. W połączeniu z jego wampirzym refleksem jest w stanie zareagować z odpowiednim wyprzedzeniem na praktycznie każde zblizające się niebezpieczeństwo, a czasem nawet szczegółowo opracować plan działania w międzyczasie. O ile to w ogóle potrzebne, bowiem nieczęsto zdarza się przeciwnik godny rozmyślania nad szczególnie dopracowaną taktyką. Zwykle wystarczy... no, zabić, zagryźć.
Ciekawą właściwością jego zmysłów jest wyczuwanie aury osoby, która znajdzie się dość blisko niego, dzięki czemu do pewnego stopnia łatwiej przychodzi mu rozpoznanie jej charakteru i temperamentu... a czasem nawet rodzaju magii, jakim może się posługiwać.
Skrzydła - choć jak na jego wiek może nieszczególnie imponujące, wciąż dają mu niesamowite pole do manewru. Unosi się na nich bez najmniejszych problemów, lata z zadowalającą prędkością - przy czym zatrzymać potrafi się praktycznie natychmiastowo, i co więcej - potrafi doskonale wykorzystywać je, potrzebując nadać rotacji całemu ciału, wykonując chociażby jakieś cięcie. Przy jego imponującej, wampirzej sile, dodatkowy impet wyprowadzony dzięki podobnym manewrom może mieć iście dewastujące skutki. Pomagają mu także przy odskokach i unikach, choć jednocześnie mogą być przeszkodą - ich spory rozmiar powoduje, że teoretycznie dość łatwo je trafić.
Dobrze, że tylko teoretycznie.
Doskonała regeneracja - o ile jako anioł jego nieduże rany zasklepiały się w prawie natychmiastowym tempie (co jest ledwo przydatną umiejętnością jako wampir, gdzie krew nie krąży, więc trudno jest jej też uciec), to po przyjęciu tej "mroczniejszej formy" zdolność ta jeszcze polepszyła się i często po draśnięciu nie zdąży nawet powstać ślad. Oczywiście krytyczne, ciężkie rany będą kwestią kilku - czasem dłuższych - chwil, a zrost kości to zwykle kwestia paru dni. Jeszcze nigdy nie odcięto mu żadnej kończyny, ale te prawdopodobnie zregenerują się znacznie szybciej niż u innych wampirów.
I pozostałe cechy rasowe, które raczej nie wymagają większych opisów, takie jak odporność na ból, mróz, choroby i magię mroku.
Zostają mu jednak również rasowe słabości, równie istotne, co dla niego niebezpieczne. I o ile czosnku czy ognia się nie boi, to jest świadom swojej wrażliwości na nie i, rzecz jasna, woli ich unikać. Albo wymazać je ze świata, nim zdążą go zranić.

Umiejętności własne:
Magia Mroku - anioły są szczególnie utalentowane w jednej z dwóch domen: światła i ciemności. U Vergila nieco zabawnie przybrały obrót te sprawy, bowiem przez pierwsze swoje sto lat kształcił się w tej pierwszej szkole, przez kolejne półwiecze starał się odzyskać stracone umiejętności, a następnie stopniowo je zatracał, by zyskać - już z nieco większą, co ciekawe, łatwością - umiejętności związane z magią mroku. Nie jest w niej jednak ekspertem. Nie zajmuje się póki co praktycznie w ogóle zaklęciami związanymi z nekromancją, natomiast najbardziej lubuje się we wszelkiego rodzaju klątwach i czasem eksperymentuje nad ofensywnym ukierunkowaniem mrocznej mocy.
Klątwy przybierają u niego bardzo prostą postać, gdyż jest w stanie nałożyć taką na cel zwyczajnie mówiąc. Im silniejsza i im "trudniejsze jej warunki" do spełnienia, tym będzie bardziej wyczerpująca. Co więcej, w przypadku nie testowanych jeszcze zaklęć tego typu istnieje pewne ryzyko, że się nie powiodą (za to ich wykorzystanie może być bardzo uniwersalne).
Klątwy, których działanie jest praktycznie pewne:
Klątwa Milczenia - Vergil zaznacza słowo, którym nie będzie mogła się posługiwać dana osoba (lub grupa). Czasem uda się zabronić wypowiadać całe znaczenie, przez co przeklęty nie będzie w ogóle mógł przekazać jakiejś informacji słownie. Niekiedy klątwa ta przyjmuje wystarczająco silną postać, by cel nie mógł nie tylko wypowiedzieć, ale i przekazać informacji gestem, pismem czy czymkolwiek innym (bo blokowana jest już sama intencja). Zaklęcie nie słabnie z czasem i nie powoduje upływu energii z Vergila. Jest jednak dość łatwe do rozproszenia, bo wystarczy odrobina magii światła w dowolnej formie, by je zdjąć.
Klątwa Poznania - dość skomplikowana klątwa, bowiem pozwala na dokładne zanalizowanie energii płynącej w przeklętym celu, dzięki czemu najpierw ujawniają się jego intencje (od razu po uzyciu), następnie jego możliwości (w kolejnym poście, zostaje określona jego tężyzna fizyczna oraz rodzaje magii, jakimi potrafi się posłużyć) i z każdą kolejną chwilą (postem) dodawać do poznanych informacji więcej szczegółów. Co ciekawe, o ile cel zna się choć odrobinę na magii ciemności, sam odczuwa zaklęcie w podobny sposób - z każdą chwilą poznaje coraz więcej szczegółów o zdolnościach Vergila.
Klątwa Zniedołężenia - przeklęty zaczyna czuć się mocno osłabiony. Jeżeli już był w dość słabym stanie zdrowotnym (stracił dużo krwi, jest dość mocno chory itp.) może nawet zemdleć, w przeciwnym wypadku jego siła fizyczna, refleks i zręczność ulegają zmniejszeniu.
Klątwa Pecha - kiedy Vergil chce kogoś podręczyć przez dłuższy czas przed śmiercią osobnika. Trudno wytłumaczyć dokładne działanie tej klątwy, ale magia mroku jaka zasiedla się w głębi kogoś takiego po prostu ściąga przykre czy niebezpieczne wydarzenia na taką osobę (jest to całkowicie kontrolowane przez MG lub dogadywane przez graczy). Przeklęty może potknąć się o najmniejszy kamień, zachorować na coś paskudnego, zostać okradziony czy pogryziony przez chmarę komarów. Czasem nawet jednocześnie, choć to raczej sytuacja wyjątkowa.

Poza tym Vergil opanował kilka innych zdolności z magii mroku.
Przeklęte ostrze - pokrycie dowolnego przedmiotu a nawet części ciała mroczną magią, która przybiera dość wąski kształt, z daleka wyglądając podobnie jak ostrze (choć to zależy też od rodzaju przedmiotu, krzesło nigdy nie przyjmie takiej formy). Energia nie stabilizuje się, zatem "ostrze" nigdy nie jest równe - przyjmuje kształt raczej postrzępionej linii. Mimo tego, zachowuje się jak fizyczna struktura - jest niezwykle wytrzymałe i ostre, lepsza pod tymi względami od stali i prawdopodobnie wielu innych "konwencjonalnych" materiałów, przy czym prawie nie posiada masy.
Co ciekawe, "przeklęte ostrze" można nałożyć na dużą powierzchnię - Vergil może bez trudu pokryć nim całe ciało - lecz na dłuższą metę jest to bardzo męczące. Jest jednak niezwykle skuteczne (wytrzymalszy od stali pancerz okrywający całe ciało, przy tym lekki jak piórko), no i wygląda mega szpanersko. Jeżeli jednak zostanie pokryta powierzchnia dość rozległa (pancerz, skrzydło, ciało) nie zachowuje się jak ostrze, lecz jako zwykły, wzmocniony przedmiot, najeżony ostrzami i szpikulcami.
Przedmioty pokryte tym zaklęciem wykazują się pewną odpornością na magię o podobnej sile (a z magią światła wzajemnie się znoszą).
Zdolność ta jest dość męcząca, choć na krótką metę - jako nieduża zasłona lub chwilowe zaklęcie dla wzmocnienia jednego cięcia - jest mało odczuwalna.
Awatar ciemności - w wersji znanej Vergilowi za życia jako dobry Anioł przywoływało kolosalną istotę ze świetlanej energii, strzegącą go przed niebezpieczeństwami. Teraz, próbując przywrócić mroczne wersje poprzednich zdolności, ten czar jest niedopracowany, gdyż zza skrzydeł postaci wyłaniają się jedynie łapy olbrzyma. Sięgają nawet do 10 metrów i są dość szerokie, zwłaszcza jeśli chodzi o kilkumetrowe dłonie. Pojawiają się niemal natychmiastowo i reagują dość szybko, ale jest to najmniej dopracowana zdolność Vergila, więc może ją utrzymywać na obecnym poziomie przez jedynie chwilę (1 post). Siła kolosalnych ramion pozwala na miażdżenie ludzkich kości bez większych problemów.
Z niektórymi, wytrzymalszymi istotami sytuacja może wyglądać inaczej, choć i tak wciąż mogą być śmiertelnie groźne. Dłonie kolosa mogą powstrzymywać zwykłą broń i magię podobnej siły. Co więcej, możliwe jest złapanie w łapy tworu magicznego i zwyczajne wchłonięcie go, co w rezultacie zwraca z niego energię (w rezultacie Vergil nie odczuwa zmęczenia z powodu ataku oraz, chwilowo, utrzymywania Awatara przy "życiu"). Co ciekawe, im więcej magii danego typu wchłoną dłonie, tym odporniejsze stają się na jej działanie (i tym łatwiej jest wchłaniać im, lub w przyszłości - kolosowi w pełnej wersji - dany rodzaj magii). Magia światła również jest "wchłaniana", choć jednocześnie stopniowo niszczy dłonie - rezultatem jest chwilowa, choć niemęcząca ochrona.
Jest to dość męcząca zdolność, więc Vergil często zadowala się przywołaniem jednej łapy do krótkiego, choć potężnego uderzenia.
Póki co, dłonie wchłonęły kilka ognistych kul, dzięki czemu łatwiej radzą sobie z płomieniami (opis w historii). Nie zyskały odporności na światło, ale... kto wie? Może kiedyś!
Przeklęta krew - zaklęcie wykorzystujące magię z mrocznego wymiaru w dość niekonwencjonalny sposób. Energia skupia się w dostarczanej dla wampira, obcej krwi. Ta, prócz zaspokajania głodu, powoduje znacznie przyspieszoną regenerację - tym bardziej, im silniejsze było stworzenie. W przypadku zwierząt lub niedołężnych humanoidów jest to niezbyt widoczne, ale niekiedy pomocne. Jeżeli jednak Vergil wypije przeklętą krew kogoś mniej-więcej równego sobie, jego rany zasklepią się niemal natychmiastowo, a odrastanie kończyn czy odbudowa kości nastąpi w znacznie przyspieszonym czasie (choć w pierwszym wypadku będzie koniecznością poświęcenie kilku dni lub naprawdę duża ilość krwi). W przypadku wypicia krwi szczególnie silnej istoty (biorę tu pod uwagę głównie graczy lub silnych NPC, choć osąd będzie i tak należał do MG), możliwe jest jednorazowe, acz permanentne przejęcie części jej sił (choć chodzi głównie o sprawność fizyczną).
Co ciekawe, przeklęta krew działa na innych jak bardzo silna trucizna o działaniu paraliżującym, o ile nie są odporni na magię ciemności.
Wampir potrafi użyć tego zaklęcia raczej jedynie w bezpośrednim lub bardzo bliskim kontakcie z krwią, czyli głównie tuż przed jej połknięciem, w jamie ustnej. Prawdopodobnie przy bezpośrednim dotyku na gołą skórę, Vergil mógłby przekląć niewielką ilość krwi w tej kończynie, powodując jej odrętwienie lub paraliż, aczkolwiek jest to jeszcze niesprawdzone.
Magia ciała - Vergil jest raczej samoukiem i zaczął eksperymentować z magią ciała, by trwale je wzmocnić. Póki co efekty są mizerne (a właściwie nie ma ich w ogóle), ale zaklęcie "przeklętej krwi" prawdopodobnie również częściowo polega na tym gatunku magii. Najpewniej w najbliższym czasie Vergil zdoła zgłębić tajniki tej sztuki, choć jakie okażą się być ostatecznie jej efekty - tego nie wiadomo.
Walka bronią białą - Wampir przez długi czas szkolił się w niebiosach, zaś po upadku został nauczycielem walki przeróżną bronią. Niczym więc nie macha "jak cepem" (no, chyba że cepem), ale jego specjalizacja to broń drzewcowa. Zdarzają się jednak i tacy, którzy mogą mu w niej dorównać, choć zwykle ci nie są tak uniwersalnie przeszkoleni w pozostałych broniach. Co więcej, im dłuższa broń, tym potężniejszy cios może zadać wyprowadzając uderzenie z pomocą skrzydeł, zatem wszelkiego rodzaju włócznie doskonale zgrywają się z jego fizycznymi atrybutami. No, może poza tym, że bez magicznego wspomagania mogą się złamać przy pierwszym lepszym, nieco silniejszym uderzeniu.
Fart - trudno nazwać to umiejętnością, ale Anioł miewał ogromne szczęście w niektórych sytuacjach, czego największym dowodem może być chyba jego udana przemiana w wampira, przy wszelkich warunkach, które sprawiały, że zdecydowanie bliżej powinno być mu do śmierci. Pytanie tylko, czy to zwykły przypadek, jakiś rodzaj magii, a może tajemniczy patron czuwający nad jego dobrem?...
(umiejętność całkowicie zależna od woli MG; "Fart" w żadnym wypadku nie neutralizuje pechowych zdarzeń losowych, chyba że przez ich samorozwiązanie (typu: groźna bestia atakuje Virgila, lecz sama wpakowała się w pułapkę, stając się łatwym celem). Dodatkowo fragment "przypadek/magia/patron" zostawiam do rozstrzygnięcia przez MG, który być może podejmie się tego na jakiejś ciekawej misji. A może okaże się, że żadne z trzech nie oddaje istoty tej "zdolności"?).
Niski lot - ciekawa zdolność, rzadko spotykana. Polega na wykorzystaniu anielskich skrzydeł, wzmocnionych przez wampirzą siłę, do lotu praktycznie tuż nad ziemią, jednocześnie odbijając się od niej nogami. Daje ogromną szybkość, a skrzydła całkiem nieźle sprawiają się przy zwrotach, ale to męczący manewr, nie pozwalający na przebywanie dłuższych podróży (w przeciwieństwie do zwykłego lotu). Tak czy inaczej, w walce jest bardzo skuteczny.



Ekwipunek/złoto:
Nie posiada przy sobie niczego prócz broni oraz masy tkanin, ktorymi luźno okrywa swoje ciało, często jedynie od pasa w dół, pozostawiając swobodę dla skrzydeł. Raczej nie ograniczają jego ruchów, a czasem bywają pomocne, jeżeli koniecznością jest wyjście na światło słoneczne.
Jeśli o samą broń chodzi, jest to dość specyficznie wykonany, przerobiony koncerz, bardzo wytrzymały, niezbyt giętki, nadający się zarówno do cięć jak i pchnięć. Minusem jest łamliwość tejże broni wynikająca z jej budowy. Twardo zatrzymane cięcie z pełną siłą Vergila niemal na pewno zniszczą to narzędzie. Z tego względu Kruk często decyduje się z niej nie korzystać lub wykonywać jedynie pchnięcia, które dość dobrze znoszą przeciążenie. Albo wykorzystuje jakieś ciekawe zdolnosci magiczne.
Całkowita długość broni to dwa metry, a odbiega od regularnych rozmiarów przez długą rękojeść, mającą około pół metra.
Mimo tego, zna położenie opustoszałej wioski (w której przez długi czas mieszkał), gdzie można znaleźć przeróżne przedmioty, materiały czy (zwykłą) broń.
Poza tym w posiadaniu Vergila nie ma zbyt wiele. Mimo tego, w wiosce niekiedy opowiadało się o jakimś ponoć potężnym, magicznym przedmiocie w bliskiej okolicy. Anioł zawsze wsadzał te paplaniny między bajki, ale jeżeli istnienie wampirów okazało się być prawdą, to... może? (może wymyslimy coś na sesji z tym przedmiotem :>)

Ciekawostki fabularne:
Całkiem możliwe, że jego wampirze moce mają spory potencjał, gdyż został ugryziony przez Wampira pochodzącego najpewniej dość blisko od Pierwszej, a więc "Szlachetnego". Nie wiadomo jednak, jak blisko w drzewie genealogicznym będzie mu do owej najsłynniejszej Wampirzycy.
Rzadko pija krew bezpośrednio z celu. Częściej powoduje u niego wykrwawienie i zbiera krew do jakichś naczyń, by spożyć ją w bardziej "cywilizowany" sposób.
Ma obsesję na punkcie stawania się silniejszym. Jeżeli wpadnie mu pomysł, jak się wzmocnić, możliwe, że poświęci sporo czasu i starań, by osiągnąć taki cel.
Jego syn prawdopodobnie może żyć - ciała nie znaleziono.
Czerpie przyjemność z walki i zabijania. Trudno mu się powstrzymać od i jednego i drugiego. Jest jednak w stanie się kontrolować, zwłaszcza jeśli znajomość jakiejś osoby przyniesie mu pewne korzyści.

Historia:

W wymiarze aniołów panowało szczęście i radość. Tak po prostu, samo z siebie. Czystość, szczerość.
Do czasu.
A może proces zaczął się wcześniej, a po prostu Vergil był zbyt dziecinny, by go dostrzec?
Tak czy inaczej, wszyscy wokół nagle zaczęli uczyć się walki, magii zbroić. Czy to było normalne? Skądże. W tym świecie Anioły nie posiadały żadnych wrogów. Prowadziły spokojne życie, chwaląc swojego Boga. Nie chcąc uczestniczyć w tym całym niepokoju, jasnowłosy stronił od nauki walki i ofensywnej magii. Szczerze nie chciał uczestniczyć w żadnej wojnie, a nie znał nawet powodu tych wydarzeń. Prawdę mówiąc, wątpił że ktokolwiek znał.
- Lacroi! Znowu omijasz ćwiczenia? - zagadnął Uvogel, zawsze większy i silniejszy od rówieśników. Ostatnio stał się nawet nieco zaczepny względem tych, którzy nie chcieli podejmować sparingów czy w ogóle treningów.
Vergil nie odpowiedział nic. Zamiast tego ruszył na niewielki plac, na którym dochodziło do potyczek. Pierwszy raz. Dla spokoju sumienia i dla dobra własnego i innych. Co, jeśli przyjdzie mu kiedyś w razie niebezpieczeństwa bronić sobie bliskich?
Dostał po pysku. Mocno. Odechciało mu się walk, ale tylko odrobinę. Wkrótce pojawił się w tym samym miejscu ze zdwojoną determinacją i ze zdwojoną siłą dostał po pysku, ale to nic.
Tak naprawdę, role nigdy się nie odwróciły: zawsze obrywał od reszty, która zaczęła treningi znacznie wcześniej. Mimo wszystko, efekty były dostrzegalne, a najbliżej zwycięstwa był zawsze dysponując włócznią.
Nie było mu dane jednak wygrać jakiegokolwiek sparingu w niebiosach, gdyż wkrótce został... wyrzucony przez jakiś dziwny portal przez Uvogela. Najpewniej jego motywem był szacunek, jaki zdobył przez wszystkie wygrane walki i "nie chciał przegrać z jakims wymoczkiem" - a ostatnimi czasy mało brakowało do takiej sytuacji.
Trudno było mu się obronić z racji tego, że został zaatakowany z zaskoczenia. A skąd Uvo dowiedział się o portalu? Tego już nigdy Vergilowi nie dane było się dowiedzieć. Szczerze mówiąc, myślał, że zginie. Wylądował jednak gdzieś w wymiarze ludzkim, z niewiadomych względów odczuwając przez następne kilka dni potworny ból na zmianę z osłabieniem. Nie tracił przytomności, więc wiele godzin leżał w miejscu, niewiele mogąc ze sobą zrobić. Powoli ból jednak zaczynał ustępywać, pozwalając na jakikolwiek ruch.
Niedługo później, krążąc po tym dziwnym świecie, pozwolił sobie na lot na skrzydłach, w których w jako ostatnich ze wszystkich kończyn odzyskał władzę. Dzięki temu mógł bez trudu odnaleźć najbliższą osadę. Naiwny i nieznający tego świata nie wiedział, że jej mieszkańcy mogą wcale nie podejść do niego z taką miłością i szacunkiem, jak on do nich.
Szczęśliwie okazało się, że owszem, jego przybycie wzbudziło pewne obawy, ale widząc, że nie ma wrogich zamiarów, ugościli go jak króla. Dlaczego? Vergil tego nie wiedział, ale cóż... pasowało mu to. Nie chciał co prawda jakiejś chwały czy władzy, ni bogactwa, ale na tę chwilę był zbyt wyczerpany, głodny i oszołomiony wszystkim, co się tak niedawno zdarzyło, że nie potrafił się sprzeciwić. To chyba przypadłość aniołów: monotonia przez wiele lat panująca w niebiosach była przyczyną ich powolnego dostosowywania się do zmian. Ta cecha zanikała jednak w tym wymiarze. Tutaj metamorfozy praktycznie każdego aspektu życia były niemalże na porządku dziennym.
Vergilowi było dane stosować się do nich z pewnym opóźniniem, gdyż trafił na rzeczywiście bardzo spokojną i samowystarczalną wioskę. Połów ryb zapewniał większość pożywienia, nieopodal tryskające źródło nie dawało pragnieniu doskwierać mieszkańcom tej osady. Vergil, pragnący odwdzięczyć się za tak serdeczne przyjęcie go w tym miejscu, każdego dnia krążył po okolicznym terenie, próbując w każdy możliwy sposób pomóc tym ludziom. Od codziennych sprawunków po polowania na zwierzynę, gdy połowy były nieudane. Żyć, nie umierać.
No, do czasu, aż jednak zaczęli umierać.
A było to dość długo po "lądowaniu" Anioła. Nie liczył, ale mogła to być nawet cała dekada.
Prawdopodobnie nieopodal zalęgło się od bandytów i rzezimieszków, którzy postanowili zabawić się cudzym kosztem. Nie była to raczej zbyt duża grupa, bo bezpośredniego ataku bali się przypuścić, ale na dywersji to się znali. Widocznie chcieli najpierw osłabić morale i strukturę wioski, by później bez większych kłopotów ją przejąć. A tutaj nie znali się ani na sztuce wojennej, ani na... no, tak naprawdę niczym, co mogłoby bandytów wykurzyć.
Vergil, chcąc podjąć jakieś środki by zabezpieczyć to miejsce, podjął się pewnych działań. Nie chciał rozlewu krwi, ale jeżeli do niego dojdzie, chciał, żeby wioska miała przewagę nad rozbójnikami. Po pierwsze - nikomu nie wolno było oddalać się od osady dalej, niż na zasięg wzroku lub pod anielską opieką; po drugie - poprosił zbrojmistrza o zaopatrzenie wszystkich zdolnych do dzierżenia broni w takąż. Kowal miał łeb na karku, więc wiedział, komu co wręczyć, ale sprawność już nie ta, więc najpierw musiał wyszkolić kilka osób do pomocy. Mimo wszystko, zanim zdołali się uzbroić, już zaczęli ćwiczenia walki z Vergilem. Ten może nie był ekspertem w dziedzinie walki, ale w anielskim wymiarze zdołano go nauczyć... całkiem sporo, jak na jego początkową niechęć do owych praktyk.
Po kilku latach, widząc, że próby osłabienia osady stały się niezwykle mało skuteczne, bandyci przypuścili bezpośredni atak z zaskoczenia. Okazali się być średnio liczną grupą: około dwóch tuzinów chłopa. W wiosce zdolnych do walki było o wiele więcej, a zdążyli się też uzbroić w prawdziwą broń. Natarcie zostało odparte bez większych problemów, choć nie bez ofiar w ludziach. Anioł czuł ból w sercu, ale nie było przecież możliwości, by zapobiec całemu złu, jakie nastąpiło. Wkrótce otrząsnął się z tego, by powstrzymać wieśniaków przed dokonaniem samosądu na schwytanych grabieżcach. Cudem chyba zdołał ich przekonać. Zamiast tego, wyrzucili ich z wioski, uzbrojonych jedynie w ich własne ciuchy, by spotkali się z danym im losem.
Nigdy więcej już nie spotkali tych ludzi.
Szkolenie bojowe było nadzwyczaj skuteczne. Vergil widział, jak chłopi dokonywali niesamowitych akcji z pomocą przedłużeń swoich własnych kończyn: mieczy, tarcz, włoczni, toporów. Mimo tego, z jakichś dziwnych względów, nigdy żadeni nie mógł pokonać go w walce. Nikt nie był nawet blisko. Czyżby był aż tak dobry? A może po prostu obawiali się go poniżyć? Nigdy nie otrzymał odpowiedzi na te pytania. Prawdę mówiąc, nie próbował nawet dociekać.
Wiele lat później pewna kobieta, wyposażona we włócznię, zdołała go zranić na sparingu. W kluczowym momencie opuścila gardę, wystawiając sie na atak. Vergil co prawda jej nie przedziurawił (w końcu jakże by śmiał)... a przynajmniej nie teraz.
Może to było mało finezyjne określenie i jest mało trafiony przeskok, ale tak to się potoczyło, że niecały rok później urodził im się syn.
Taki mały, słodki pół-anioł. Razem tworzyli najdziwniejszą w tym padole rodzinę, ale za to jaką udaną i radosną! Zdawać by się mogło, że lepszego błogosławieństwa Vergil dostać nie mógł. W niebie co prawda było... znacznie inaczej, o tak. Niektórzy rzekliby, że lepiej. Ale bez jakichkolwiek problemów nie potrafił docenić wagi szczęścia, jakim go obdarzono.
Młody okazał się być nadzwyczaj dobry w walce, co demonstrował w potyczkach wśród dzieci. Nie walczyli rzecz jasna prawdziwą bronią. W każdym razie, w wieku dziesięciu lat był w stanie pokonać większość nastolatków, pięknie, technicznie. Przegrywał jedynie w sytuacjach znacznej rozbieżności w tężyźnie fizycznej, bo było paru chłopaków, którzy mieli posturę dorosłego męża.
Przez te kilkanaście lat Vergil nacieszył się życiem we wspaniałej rodzinie, w sielankowym miejscu. I nagle... tak, tego można było się spodziewać. Znów ludzie zaczęli znikać w tajemniczych okolicznościach.
Tym razem jednak nic nie wskazywało na to, żeby wioskę mieli nękać kolejni bandyci. Zniknięcia były wyjątkowo regularne - średnio raz na dwa tygodnie, zawsze jeden, młody, lecz dorosły człowiek, zawsze w nocy. I to niezależnie od tego, czy był na zewnątrz osady, czy we własnym domu. Nikt nie czuł się już bezpiecznie, nawet mimo obecności Anioła. Ten nie był w stanie ochronić ich przed nieznanym zagrożeniem.
Stres i przerażenie skłoniło zdesperowane chłopstwo do podjęcia pewnej decyzji: gdy nadeszły noce, na które przypadało porwanie któregoś z mieszkańców, wszyscy skupili się na środku osady w wielkim okręgu. Zewnętrzny pierścień składał się z najzdolniejszych wojowników - w tym Vergila; w samym zaś centrum znajdowali się dzieci, ludzie starsi i niezdolni do walki. Wliczając w to Anielskiego syna (choć ten próbował nakłonić ojca, chcąc stojąc u jego boku). Trzymali wartę, trzęsąc się ze stałego napięcia. Wokół było mnóstwo pochodni, dających światło konieczne, by wypatrzyć napastnika. Pierwsza noc minęła w ogromnym strachu, lecz nic się nie stało. Dopiero drugiej, kilka godzin przed rankiem, zaczęło dziać się coś dziwnego. Powiew chłodnego wiatru zdradził zbliżającego się wroga. Wkrótce dało się słyszeć powolny, miarowy, lecz donośny śmiech, który dobiegał jakby zewsząd. Nie sposób było zgadnąć, skąd dobiega, nawet, gdy przybysz zaczął mówić.
- Byłem ciekaw, kiedy desperacja zagoni was do działania. Szybko. A szkoda. Będę musiał wytłuc was co do jednego.
- Spróbuj szczęścia, pajacu! - krzyknął chłop z mieczem i tarczą, jakieś dwa kroki po lewej od Vergila.
Dziwny, szybki łomot obijania się butów o podłoże ostrzegłby go jeszcze przed śmiercią, gdyby nie trwał tak krótko. Anioł zdążył zauważyć jedynie mignięcie przed oczami. Człowiek, jeszcze chwilę temu dziarsko stojący, teraz leżał. I to w dodatku wcale nie dziarsko. Skręcony kark, prawie urwany łeb. Szybka śmierć, ale paskudna. Choć miało być tylko gorzej.
- Ha! Nie potrzebowałem szczęścia. Ktoś jeszcze chce się wyrwać przed szereg?!
Nikt nie chciał już wystąpić. Wręcz przeciwnie, każdy zaczął się cofać. Krąg zaczął miażdżyć tych, którzy byli w środku. To jednak nie było najgorsze: wkrótce zewnętrzny promień zaczął padać jak muchy. Nikt nawet nie zdążył zauważyć istoty, która zadawała im śmierć w najróżniejszy sposób.
- Ho, ho! Mamy tu anioła! Smaczny kąsek... zostawimy go na koniec, hm? - dało się słyszeć słowa z różnych stron, a echo potęgowało przerażający efekt.
Vergil, uzbrojony we włócznię, nie był w stanie w żaden sposób temu przeciwdziałać. Latami dopracowywał swoje zdolności magiczne, próbując odzyskać ich dawną świetność, jaką miały w anielskim wymiarze, jednak nie dysponował niczym, mogącym powstrzymać tego stwora.
Jak miał zatrzymać tę rzeź, skoro sam ledwo mógł zauważyć morderczą bestię?
Nie minęło dłużej niż pół minuty, kiedy nie został na nogach nikt prócz Lacroia z włócznią. Czuł się jednak jakby był całkowicie bezbronny.
Coś dziwnego pokierowało jego ruchem. Nastawił włócznię, obrócił się i w ostatniej chwili... nabił wampira na broń. Przez jego prędkość i siłę stracił jednak równowagę i obaj padli na ziemię, a potwór zdołał wgryźć się w anielską krtań.
- ...ghhh... - charchnął, odskakując w mgnieniu oka, czym pozbawił się wbitego w ciało drzewca. Zdawać by się mogło, że zostało przebite jego serce. A może pchnięcie padło tuż obok?
- Najtwardszy byłeś ze wszystkich... i całkiem smaczny. Nie sądziłem, że spotkam kiedyś kogoś, komu nie dam rady w walce. Ale zostaniesz tu na śmierć, tak czy inaczej. Bywaj. - rzekł, przy czym zdawało się, że nie odczuwał efektów rany prawie w ogóle. Już wcześniej zniknął gdzieś w ciemności, więc trudno było powiedzieć, czy rzeczywiście odszedł. Miało się okazać, że tak - minął jakiś kwadrans i bestia nie dawała znaku życia. Przez ten czas zastanawiał się, jakim cudem udało mu się ocaleć. Nie doszedł do żadnych wniosków.
Niedługo później Anioł podniósł się, by obejrzeć straty i zaniósł się szlochem. Morze krwi zalewało ziemię. Nikt nawet nie drżał. Wszyscy padli. Został sam.
Nagle dreszcze przebiegły mu przez plecy. Co z jego żoną? Co z jego synem?
Przerażony, zaczął oglądać się za rodziną. Przeglądał zwłoki znajomych, przyjaciół, tych wszystkich, których tak bardzo cenił przez te wszystkie lata i z którymi tak bardzo się zżył. Z początku rozpoznawał każdego, mimo ich twarzy wykrzywionych w okrutnym grymasie. Po kilku chwilach łzy przykryły mu obraz tak, że nie sposób było mu poznać kogokolwiek poza jego najbliższymi. I tak właśnie było - odnalazł żonę, skrytą na środku koła. Jej wnętrzności... cóż, trudno było je tak nazwać. Gwoli ścisłości - były na zewnątrz. Chciał zwymiotować, nie mogąc dłużej znieść tego widoku, ale nawet na to brakowało mu sił. Padł na kolana, spoglądając w górę, ku niebu. W tym momencie jego dusza rozrywana była dwoma krzykami.
"BOŻE, URATUJ NIEWINNYCH POD PIECZĄ POKORNEGO SŁUGI!"
"BOŻE, CZEMUŚ DO TEGO DOPUŚCIŁ?!"

Pokora i gniew walczyły ze sobą. Zwyciężyła pustka. Pustka w sercu, pustka w głowie. Dosłownie. Vergil padł nieprzytomny, mażąc się w szkarłatnym osoczu i tym, co zostało z bliskuch mu ludzi.
Obudził się rankiem, cały skąpany we krwi, która jeszcze nie zdążyła zaschnąć. Ba, zdawało się, że wylewało się jej coraz więcej. A może to jego wyobraźnia wyolbrzymiała cierpienie?
Nie potrafił się jednak nad tym zastanawiać. Ból, jaki czuł... nie pochodził w tym momencie z serca. Całe cialo piekło go, pulsowało nieznanymi do tej pory katuszami. Mimowolnie zwijał się, skręcał, nie mogąc opanować swojego ciała. Co się z nim działo? Nie miał pojęcia. Dopóki w głowie kolejny raz nie wybrzmiały mu słowa: "zostaniesz tu na śmierć, tak czy inaczej". Czyżby ten morderca właśnie to miał na myśli?
Przeleżał kolejne kilkanaście godzin, nie mogąc nawet wydać z siebie dźwięku, choć jednocześnie chcąc drzeć się w niebogłosy. Jego mięśnie, cały czas napięte, przysparzały mu tylko więcej udręki, lecz nie był w stanie ich rozluźnić. Dopiero nocą objawy zaczęły przechodzić. Przynajmniej na tyle, by mógł odczołgać się po zaschniętych już truchłach w jakieś inne miejsce. Nie chciał tu leżeć. Nie chciał oglądać tych ciał. Naiwnie wierzył, że to tylko zły sen. Albo raczej... chciał wierzyć. Coś jednak dawało mu pewność, że byłby w błędzie.
Kolejnego ranka nastąpiła nowa fala tortur, przebiegających całe jego ciało. Tym razem jego skóra zdawała się wręcz palić na słońcu. A może tak właśnie było?
Skrył się w jednym z domostw, co przyniosło mu niewyobrażalną ulgę. Spojrzał na swoją poparzoną dłoń. Skóra złuszczyła się. Na przedramieniu widać było kilka bąbli. Niewiarygodne. Czyżby tajemnicza dolegliwość nie pozwalała mu wychodzić na światło słoneczne?
Po zejściu do piwnicy, która była w całkowitej ciemności, poczuł się jeszcze o wiele lepiej. Bez wątpienia słonce źle na niego wpływało. Ale jak? Dlaczego?!
Wiele godzin zajęło mu skojarzenie pewnych faktów. Myślał, że istoty zwane wampirami krążą jedynie w legendach i służą do straszenia dzieci, by te bardziej pilnowały się swoich rodziców. Ale... nie widział innej możliwości. Został ugryziony przez jedną z tych, jak się okazało, nie wymyślonych bestii i sam przeistaczał się w jedną z nich. Albo już się nią stał. Był załamany swoim upadkiem. Dla siebie równie dobrze mógłby w tym momencie umrzeć.
"Zostaniesz tu na śmierć, tak czy inaczej", wybrzmiały jego myśli. Co dziwne, nagle stwierdzil, że nie miał zamiaru godzić się z tymi słowami. Udowodni temu wampirowi, że da się przezwyciężyć tę klątwę!
I tak siedział w tej piwnicy, przez kilka dni jeszcze ubolewając z powodu potwornego bólu. Prawdopodobnie przyczyną było ciągłe przeistaczanie się w wampira, chociaż cierpienie było nieporównywalne z tym, jakie przeżył wtedy, leżąc na środku kręgu zamordowanych.
Pierwszy tydzień przeszedł spokojnie. Vergil nie potrafił skłonić się do jakiegokolwiek działania prócz płaczu, krzyku i przemyśleń nad swoim parszywym losem.
Drugi tydzień był nieco gorszy. Przemieniony zaczął odczuwać pierwsze skutki glodu. "Przezwyciężę to", myślał.
"Dam radę", zaciskał pięści przez trzeci tydzień.
Czwartego wypełzł o północy. By ruszyć do kręgu już rozkładających się, pełnych od larw i innego robactwa ciał. By odgrzebać ze środka jakieś dziecko, w którym chyba została jeszcze odrobina krwi. Żeby się pożywić.
Nie najadł się ani trochę. Chłopiec był "pusty".
Przekonał się za to, że stał się najgorszym, czym tylko mógł się stać, gorszym od tych wszystkich much krążących wokół, gorszym od tego mordercy, który był sprawcą tej rzezi na jaką spoglądał, gorszym od wszystkiego, co był sobie w stanie wyobrazić. Stał się obrzydliwstwem, abominacją bez krzty godności, która nie potrafiła nawet zagłodzić się na śmierć, by zakończyć swój i tak nic nie warty żywot. Instynkt pchnął go do pobliskiego lasu, gdzie pożywił się na jeżu. Ganiał za jeleniem, za wiewiórką, za wszystkim, co mu przed oczami zamajaczyło, lecz nie miał siły, by je dogonić. Jedynie stary, ospały jeż zwinął się w kłębek, mając nadzieję, że kolce odstraszą napastnika. Nie odstraszyły. Podziurawiły mu dłonie, bo ten nie dbał wcale o to, czy się porani. Tak czy inaczej, zwierzątko skończyło znacznie gorzej, wysuszone do cna.
Stopniowo nabierał sił przez następne kilka godzin, polując na coraz to sprawniejsze zwierzęta. Gdy już najadł się wystarczająco, by odzyskać świadome myślenie, przyłapał się na nieco zbyt długiej kolacji. Lada chwila wstanie świt... i spali go na wiór, jeżeli nie skryje się w porę. Gnał więc, ile sił i zdążył, choć ledwo. A później przeklinał się, że nie miał odwagi się zabić.
Sterowany pierwotnymi instynktami, zdołał jakoś przeżyć pierwszy rok i powoli doprowadzał się po porządku. A może inaczej: stabilizował się. Inaczej, niż wcześniej. Stawał się... zły. Przeklinał siebie, przeklinał swego stwórcę i wszystko, co istniało. Nie mogąc patrzeć na światło dzienne, jakie kiedyś było źródłem jego radości, żył w wiecznym mroku, a śpiąc, majaczyły mu się koszmary przedstawiające bliskich mu ludzi oraz anioły, zbryzgane ich własną krwią. Po jakiś czasie zaczął akceptować to, że upadł. Nie potrafił przestać czuć głodu i dziwnej chęci zemsty na wszystkich, którzy przyczynili się do jego cierpienia. Na tym wampirze, który go przemienił. Na Uvogelu, który strącił go do tego okrutnego świata. Na bogu, w którego przestał wierzyć, któremu przestał ufać, stając się sam dla siebie najwyższą instancją.
Istniał dla niego tylko głód i dążenie do zdobycia jak największej mocy, by nikt więcej nie zdołał go skrzywdzić. I by zemścić się na tych, którzy już to zrobili.
Nie było to logiczne, ale to jedyne, co było spójne w szaleństwie Vergila.
Przez kolejne kilkadziesiąt lat krążył po okolicy, nigdy jednak nie odchodząc zbyt daleko od wioski, gdzie żył od zawsze. Nigdy nie uczynił pogrzebu ludziom ją niegdyś zamieszkującym, przez co dzisiejszego dnia w centrum osady znajdują się setki kości, przypominające mu o niegdysiejszej tragedii. O swoim synu zapomniał, uznając go za martwego. A po pewnym czasie nawet za wymysł własnej wyobraźni.
Pojawiający się niekiedy rabusie lub zbłąkani podróżnicy byli dla niego dobrą pożywką. Smakowali nieźle, dużo lepiej od zwykłych zwierząt. W pewnym momencie zaczął więc zapuszczać się coraz dalej, by szukać coraz to nowszych przysmaków. Przez dekady nabierał siły i uczył się nowych korzyści wynikających z jego wampirzej formy, cały czas dziwiąc się, jak użyteczna była to klątwa.
Ostatnio doszło nawet do starcia między nim a jakimś ludzkim magiem. Rzekomo potężnym. Miotał ognistymi kulami, które bez większego trudu były wchłaniane przez mroczny Awatar Kruka. Vergil po krótkiej walce stwierdził, że jedyne co było w czarowniku naprawdę silnego, to jego struny głosowe, gdy ryczał z bólu, zawieszony na szubienicy, głową w dół. Jego krwi wystarczyło na kilka butelek i była naprawdę niezła... ale to nie było to, czego Wampir poszukiwał. Jego kubki smakowe żądały jeszcze silniejszych celów, pchając go ku kolejnym polowaniom.


Ostatnio zmieniony przez Vergil dnia Sro Gru 28, 2016 6:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#2PisanieTemat: Re: Vergil    Sro Gru 28, 2016 6:42 pm

Cytat :
Awatar ciemności - w wersji znanej Vergilowi za życia jako dobry Anioł przywoływało kolosalną istotę ze świetlanej energii, strzegącą go przed niebezpieczeństwami. Teraz, próbując przywrócić mroczne wersje poprzednich zdolności, ten czar jest niedopracowany, gdyż zza skrzydeł postaci wyłaniają się jedynie łapy olbrzyma. Sięgają nawet do 10 metrów i są dość szerokie, zwłaszcza jeśli chodzi o kilkumetrowe dłonie. Są w stanie rozerwać zwykłego człowieka w pół, jeżeli uda się go złapać (co nie należy do szczególnie trudnych zadań z powodu ich szybkości i tego, że pojawiają się dość niespodziewanie). Z niektórymi, wytrzymalszymi istotami mogą mieć pewien problem, ale w większości wypadków - raczej niewielki. Dłonie kolosa mogą powstrzymywać zwykłą broń i magię podobnej siły. Co więcej, możliwe jest złapanie w łapy tworu magicznego i zwyczajne wchłonięcie go, co w rezultacie zwraca z niego energię (w rezultacie Vergil nie odczuwa zmęczenia z powodu ataku oraz, chwilowo, utrzymywania Awatara przy "życiu"). Co ciekawe, im więcej magii danego typu wchłoną dłonie, tym odporniejsze stają się na jej działanie (i tym łatwiej jest wchłaniać im, lub w przyszłości - kolosowi w pełnej wersji - dany rodzaj magii). Magia światła również jest "wchłaniana", choć jednocześnie stopniowo niszczy dłonie - rezultatem jest chwilowa, choć niemęcząca ochrona.
Jest to dość męcząca zdolność, więc Vergil często zadowala się przywołaniem jednej łapy do krótkiego, choć potężnego uderzenia.
Póki co, dłonie wchłonęły kilka ognistych kul, dzięki czemu łatwiej radzą sobie z płomieniami (opis w historii). Nie zyskały odporności na światło, ale... kto wie? Może kiedyś!


Powiedzmy, że potrafi roztrzaskać kości (umiejętność nie jest dopracowana, więc siła również) i nie utrzymuje się dłużej niż jednego posta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#3PisanieTemat: Re: Vergil    Sro Gru 28, 2016 6:58 pm

Akceptuję. ♥♥♥♥
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 21

#4PisanieTemat: Re: Vergil    Sro Gru 28, 2016 6:58 pm

♥♥♥♥♥
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


#5PisanieTemat: Re: Vergil    

Powrót do góry Go down
 
Vergil
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Last Bastion :: 

Strefa Gracza

 :: Karty Postaci :: Zaakceptowane Karty
-
Wymiana
Forum oparte na realiach gry firmy Riot Games, League of Legends. Styl został wykonany przez Przyczajoną Grafikę z Monochrome Layouts. Prosimy uprzejmie o niekopiowanie treści zamieszczonych na łamach forum.
Fragment kodu w ogłoszeniach: ©corazon