IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Boczna przystań dla statków

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#1PisanieTemat: Boczna przystań dla statków   Nie Sty 08, 2017 10:44 pm



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 20

#2PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   Nie Sty 08, 2017 11:26 pm

Wampir ostatnimi czasy starał się przetrząsać przeróżne miejsca w okolicach swej rodzimej wioski w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby zwiększyć jego siłę. Trudno powiedzieć, by robił to całkowicie świadomie. Dążenie do potęgi jako istota zakorzeniło się w nim jakiś czas temu i niekiedy nad tym myślał, innym czasem dawał sobie z tym spokój. Pamięć zaczęła go jednak dręczyć: opowiadane w "jego" wiosce baśnie czy legendy często zawierały jako istotne elementy, które - okazawszy się nie tylko wyssanymi z palca bzdurami - mogłyby wzmocnić Vergila. Zbliżyłyby go do szczytu w łańcuchu pokarmowym.
Póki co, trzeba było jednak znaleźć cokolwiek rzeczywistego, nie zaś kierować się wspomnianymi plotkami. Z informacji, jakie udało mu się zebrać przez ostatnie lata - a wiele ich nie było, bo preferował jedzenie nad gadanie - gdzieś na południowym wschodzie była wyspa, na której "fortuny i potęgi mogłeś dorobić się równie szybko, co ją stracić, a typ spod ciemnej gwiazdy będzie witany cieplej od niejednego rycerzyka" - a to cytat pewno z jakiegoś bandziora, którego twarzy Kruk nie uważał za godną zapamiętania.
Mowa tu o miejscu, w którym cudem się Anioł znalazł, po drodze niemal nie błądząc. Bilgewater. Już pierwszego dnia, gdy dobił do brzegu, znalazł jakiegoś młodego człowieka i pozwolił sobie na drobną przekąskę, zostawiając go martwego gdzieś w kanałach. Niczego się od niego nie dowiedział, ale przynajmniej był najedzony.
Tej nocy - następnej po krótkim i jakże nieznaczącym incydencie - wyruszył na kolejne łowy, ale tym razem nie planował szukać żadnej krwi. Tym razem, miejmy nadzieję, obejdzie się bez rozlewu krwi. Im go więcej, tym gorzej będzie widziany w tym miejscu. Chyba. Ostatecznie ludzie mogą tu dbać o własny interes na jakieś różne, czasem i szemrane sposoby, ale raczej wolą zachować względny porządek, czy tak?
Poruszając się gdzieś między wąskimi uliczkami, starał się chować skrzydła za plecami, co nie dawało szczególnie dobrego efektu. Trudno ukryć czterometrowe, rozłożyste kończyny przed czyimkolwiek wzrokiem. Plus, że były czarne jak noc, więc o tej porze nie powinny się aż tak rzucać w oczy.
W końcu doszedł na jakąś przystań, gdzie zakotwiczone było parę statków. Miał tu nadzieję znaleźć jakąś spelunę, na tyle opustoszałą, by można było bez większego hałasu dowiedzieć się... czegokolwiek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#3PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   Pon Sty 09, 2017 12:44 am

Jak dobrze wrócić do domu! Tak, moje kochane Bilgewater pełne ludzi, którzy chcą mi skopać dupsko. O dziwo, jakoś nie protestowali przed piciem ze mną. Fakt, może próbowali mnie zabić, ale w sumie, nie zdarzyło się w to. Może dlatego, teraz trochę rzeczy się pozmieniało? W sumie psia jucha, w dupie z tym. Ważne, że miałem kompanów do pijaństwa. Tym razem też tak było. Piwo, śpiew i kobiety. Tego mi brakowało po tym cholernym łażeniu, na tej cholernej pustyni. Tfu! Jeszcze jakiś czas temu, po powrocie miałem piach w butach i kieszeniach. Dobrze, że udało mi się ukryć przed burzą piaskową, ale w końcu ja to ja!
Zasiedziałem się troszkę, tak więcej niż troszeczkę. Już było tak późno, tak bardzo późno. O dziwo, coś spokojnie jakoś było. W sumie, dla mnie i lepiej.
Kierowałem się w stronę domu. Dobrze, że miałem blisko. Krótki spacerek w okolicach portu, przez wąskie uliczki i będzie moje małe królestwo. Ciepłe łóżko, kąpiel i czekoladowe pralinki do tego. Pogrążony w swoich rozmyślaniach, czułem jak w żołądku przelewa mi się niedawno spożyty alkohol. Moje wypuszczenie ustami powietrza rozeszło się po okolicy niewielkim echem. Nie moja wina, że po mocnych napojach tak głośno mi się odbijało. Musiałem też uważać, żeby nie wszedł w coś. Tak trochę nogi mi się zaczęły plątać.
Spacerując tak do domu, coś mi przemknęło przez jedną z uliczek. Przetarłem oczy. Czy ta osoba miała skrzydła czy może ja przesadziłem z alkoholem? Nie no, chyba żaden anioł nie spadł z nieba? A może jednak? Może jednak jest ktoś tam na górze i zasadził mu kopa w dupsko, więc zleciał z hukiem z anielskiego piedestału? Wzruszyłem ramionami, po czym udałem się dalej.
Znowu jednak, to coś przemknęło między uliczkami.
-Noż patrzcie kurwa, hick!-przetarłem nos dłonią-Ciekawe, czy to anioł? A może jakiś gatunek nowego zwierzęcia z Bilgewater i może wylazło w nocy na powierzchnię?-uśmiechnąłem się bezczelnie-Poczekaj, ty...ty potworze, złapię cię i będę pierwszym, który odkryje nowy gatunek stworzenia z Bilgewater! Hick!-postawiłem nogę na pobliskiej skrzynce, po czym uniosłem lewą dłoń do góry, z podniesiony ku niebu palcem wskazującym-Ja, Twisted Fate, będę tym, który cię złapie!-oczy mi zabłysły-Będziesz mój!-rozejrzałem się dookoła-Tylko, psia juchasia, w co tu cię złapać?-rozejrzałem się dookoła.
Podrapałem po czerepie, mlaskając przy tym. O tej porze, to ciężko będzie coś znaleźć, ale nie bójta żaby Tobiaszku! Coś zaraz na to zaradzę!
Zacząłem iść przed siebie. Przystawiłem do czoła otwartą dłoń.
-Kurwa, jebane Słońce. -odparłem, mrużąc oczy i patrząc na świecącą nad moją głową latarnią.
Cóż, w tamtym momencie, było to dla mnie Słońce. Świeciło jasno? Świeciło, więc było Słońcem!
Dalej poszukiwałem wzrokiem tego stworzenia. Już sobie wyobrażałem, jak pływam sobie w ogromnej ilości złota, nie żebym już tak mógł robić. Poza tym, ta sława, jaka mnie czeka. Jeszcze większa niż ta, którą mam teraz.
Wypadałoby wleźć gdzieś wyżej, żeby mieć lepsze widoki. Dostrzegłem skrzynki, ustawione jedna przy drugiej i jedna na drugą, więc, wspiąłem się na nie. Stanąłem na palcach, żeby jeszcze lepiej widzieć. Nie moja wina, że jak na faceta byłem kurduplem...co to jest metr siedemdziesiąt dziewięć z hakiem...nawet ten szubrawiec jest wyższy ode mnie...tak, mówię o tym ciulu Gravesie...pierdolony eksponat muzealny...kiedyś mu tą jego fujarę w dupę wsadzę...zacząłem czkać, dość porządnie. Poza tym, nie teraz myślenie o tym knurze. Fortuna tam, gdzieś biega ulicami Bilgewater i muszę ją złapać!
Zupełnie zapomniałem, że stałem na skrzynkach i dałem krok do przodu. Dobrze, że na dole stał wóz z sianem, bo zostałaby ze mnie mokra, czerwona plama.
-Pflu!-wyplułem wysuszone źdźbła z buzi-Moja fortuno! Czekaj tu na mnie! Idę po ciebie!-wykaraskałem się z tego złotego puchu, aby ruszyć dalej.
Nadal, nie miałem nic, w co mógłbym złapać moją przyszłą maszynkę do zarabiania pieniędzy. No tak, miałem przecież ręce! Zawsze mogę to złapać gołymi rękami i będzie większy wyczyn!
Będąc pewnym, że stojący niedaleko cień, to była mój cel, ale jak boleśnie się przekonałem, to nie było to. Złapałem jakąś laskę, nawet przystojną. Wszystko, byłoby fajnie, gdyby nie to, że jej facet miał jakieś dwa metry wzrostu. Bardzo szybko pokazał mi, jak blisko gwiazd można się znaleźć. Ległem jak długi na kamiennej uliczce.
-O...spadająca gwiazdka...wypowiem życzenie…-szkoda, że to nie była prawdziwa gwiazda, tylko kometa.
Właściwie, kolejny cios wymierzony przez mężczyznę. Na szczęście nie złamał mi nosa, ale krew ciekła teraz ciurkiem z niego, jak najsłynniejszy wodospad Runeterry.
Potrzebowałem chwili, żeby się rozbudzić i powrócić do działania. Moja maszynka pieniędzy była blisko! Czułem to całym swoim ciałem! Strzeliłem palcami u rąk. Widziałem go, był tak blisko, tak bardzo blisko. Skoczyłem, żeby złapać tego potwora i...potknąłem się o coś. Nie wiem, co to było, ale nie utrzymałem równowagi i wpadłem do pobliskiej kałurzy. Oczywiście musiałem zaryć mordą. Wyplułem obrzydliwą wodę. Nie chciałem wiedzieć, co tam było, ale chyba...dobra nie ważne.
rozejrzałem się dookoła. No! Ta skrzydlata bestia w końcu się zatrzymała! Teraz ją mam! Pobiegłem przed siebie. Zdjąłem płaszcz, żeby mi było łatwiej złapać tą poczwarę. Już miałem zarzucać mój płaszcz, kiedy nadepnąłem na jego zakończenie i wywaliłem się jak długi pod nogami tego czegoś. Jakby tego było rozbiłem sobie czoło z lewej strony. Strumyczek krwi spływał po mojej twarzy. Kurwa, wyglądałem teraz jak jakiś ciul z pierwszej lepszej speluny.
Chwiejnym krokiem wstałem. Nałożyłem płaszcz a grzbiet. Mogłem teraz przyjrzeć się tej bestii, tylko, że...mój plan prysł...to chyba był jakiś przebieraniec z doczepionymi skrzydłami. Podszedłem do niego blisko. Wziąłem pierwszy lepszy kijek, po czym kucnąłem obok niego.
-Tyk, tyk.-mruknąłem dotykając kijkiem jego lewego skrzydła-Tyk, tyk.-dalej tykałem lewe skrzydło jegomościa.
Swoją drogą...uderzyłem pięścią w otwartą dłoń. Wstałem, podszedłem do niego tak, aby stać przed nim. Dlaczego on był kurwa taki wielki? Zmierzyłem go wzrokiem. Patrzyłem i patrzyłem, a raczej wgapiałem się w niego. Sam niewiem czemu, ale stanąłem na palce, aby złapać go za policzki.
-Puci, puci aniołku! Spadłeś z nieba, żeby mnie rozgrzeszyć?-wyszczerzyłem się jak głupi do serca, ciągnąc go za policzki.-Puci puci! Ale ty masz miękkie policzki!-ciągnąłem dalej, bo to w sumie była taka fajna zabawa!

Głos w tle: Ekhm, tutaj należy dodać, że TF nie powinien, kategorycznie spożywać alkoholu w ilościach wyłączającym świadomość, gdyż budzi się w nim jego wewnętrzne, nieznośne dziecko.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 20

#4PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   Pon Sty 09, 2017 1:30 am

Vergil, lawirując między dosyć wąskimi uliczkami... cóż, nie mógł nie zauważyć mu się w oczy (i nie tylko, bo w nozdrza rzucił mu się chyba dotkliwiej) pewnego człowieka. Niższego, choć nie kurdupla, dość specyficznie odzianego i jeszcze ciekawiej się zachowującego. Widać było, że typ był pijany w sztok. Wiedział, że człek go zauważył. Cóż... trudno było nie dostrzec upadłego anioła z kilkumetrowymi skrzydłami, tak samo chyba, jak nie zauważyć zataczającego się, głośnego, chyba szukającego guza mężczyzny.
"Przedstawił się" jako Twisted Fate, drząc mordę, że złapie Vergila. Po co? Cóż, trudno było powiedzieć, ale może był łowcą niewolników? Był dość bogato odziany, więc taka opcja wchodziła w grę. Zwłaszcza, że z tego co Kruk słyszał o tym mieście, nie byłoby tu trudno o jakieś ciemne interesy. Mimo wszystko, żeby ostrzegać kogoś o tym, że się go złapie... trzeba być naprawdę bardzo, bardzo upitym.
Krążąc dalej, przekonywał się o tym na każdym kroku.
"Jebane słońce", zdarzyło mu się dosłyszeć.
"Oj, tak. Nawet nie wiesz, jak bardzo", odparł, choć tylko w myślach. Przynajmniej odnośnie tej kwestii już się dogadali.
Mniej-więcej słyszał niektóre sytuacje, nawet mimo tego, że był oddalony dość znacznie od owego człeka. Wnioskując po dźwiękach, chyba kilkukrotnie wyrżnął orła, no i zaczepił jakiegoś dryblasa, który nabił mu limo. Nie wyglądał na szczególnie niebezpiecznego, a zwłaszcza w tym stanie, w jakim się znajdował. Nie było potrzeby, by odpowiadać agresją. Nawet, gdyby Vergil był głodny, chyba powstrzymałby się i zaczekał na... świeższy, ekhm, posiłek.
Jakimś cudem człek, mimo swego wątpliwego stanu, zdołał mniej-więcej dotrzymać kroku Aniołowi, który wcale nie poruszał się tak powoli. Gdy ten już docierał na skraj korytarza między budynkami, jaki miał go wyprowadzić na względnie wolną przestrzeń, w końcu mógł poczuć się złapany w sidła. Usłyszał łopotanie płaszcza, ale coś chyba poszło nie tak.
Kolejny upadek. Bynajmniej nie moralny, o nie nie, ten zdarzył się chyba wcześniej, choć tegoż samego wieczora. Chodziło o całkowicie zwyczajny upadek, choć - to trzeba było przyznać - całkiem spektakularny w wykonaniu tego, jak on miał? Twisted Fate'a, o. Warto zauważyć, że krążący w jego żyłach alkohol (no i śladowe ilości krwi zapewne) utrzymywał go w niezłej kondycji mimo tych wszystkich katastrof, jakie czyhały na niego po drodze. Podniósł się w kucki względnie szybko i zaczął tykać kijem skrzydła Kruka.
Vergil westchnął głęboko, zastanawiając się, co właściwie powinien uczynić. Instynkt nakazywał mu obrócić się i zadźgać tego gościa, póki nie jest niebezpieczny. Ale.. czy rzeczywiście jest? Raczej nie. Stał tak jeszcze przez kilka sekund, gotowy nawet dostać nożem. Wtedy przynajmniej miałby jasną sytuację i bez oporów kontratakowałby. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, więc postanowił zareagować pokojowo. W końcu ktoś tak zacnie przyodziany mógł coś znaczyć w tym miejscu, a zapoznanie się z nim mogło z kolei być korzystne dla Kruka. W końcu przyleciał tu dla jakichkolwiek korzyści.
- Co jest, do cholery... - obrócił się powoli, co pozwoliło pijaczynie na przystąpienie do kolejnego ataku. Tym razem celem były policzki Vergila. Pucio-puciowane bezlitośnie przez bite pół minuty.
Anioł stał tak, a jego uczucia krążyły gdzieś między zmieszaniem a zażenowaniem. Co to w ogóle miało znaczyć? Nigdy nie widział takiego zwyczaju wśród ludzi. Nie wyglądało to na przywitanie. Ale, hm, może było? W końcu trafił do zupełnie innej kultury. Może ludzie tu tak robili?
- Hmh. - rzekł, po czym sięgnąl dłońmi do policzków Twisted Fate'a, odwzajemniając pucianie. Przy dobrych wiatrach, będą tak się  puciali przez jeszcze jakiś niedługi czas, dopóki Vergil nie poczuje się dziwnie. A raczej... dopóki to uczucie nie przekroczy pewnej granicy.
- Co jest? Masz do mnie jakąś sprawę? Wybacz... - zastanowił się nad doborem słów - ...przyjacielu, ale raczej się śpieszę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#5PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   Pon Sty 09, 2017 2:34 am

Oj no, dobrze byłem nawalony. Od czasu do czasu można pozwolić sobie na zatopienie się w alkoholowej rozkoszy. Swoją drogą, świat wtedy, robi się jakby ładniejszy, cieplejszy i w ogóle przecudowny i kolorowy! O tak!
Nawet nie wiedziałem, że ten wielkolud zdążył mnie wcześniej wypadać, Może dlatego, że waliło ode mnie jak z jakiejś znanej gorzelni. Nie mówiąc, że śmierdziało jakimś dziwnym zapachem od mojej persony. Kurwa, mój nowiutki płaszczyk, cudowna pelerynka zbrukana jakimiś...jakimiś...snif! snif!
Nie spodziewałem się, że zostanę odwzajemniony ciąganiem za policzki. Nie bardzo wiedziałem, jak na to zareagować. Przynajmniej na początku. Dopiero po chwili, odsunąłem się, machając przy tym dłońmi.
-Dość, dość! Proszę nie tykać...hick...mojego wrażliwego lica.-wziąłem się pod boki, prostując się przy tym, ale i tak byłem przy nim kurduplem-W sumie...to tak.-odparłem pijackim głosem.
Wziąłem go pod rękę. Przystawiłem dłoń do czoła, a następnie zacząłem się rozglądać.
-Bo widzisz...hick...szukam takiego jednego...hick...trochę niższy od ciebie, też ma skrzydła, tak jak ty i gdzieś tu się kręcił...hick…-nie żeby coś, ale byłem wtedy tak najebany w trzy dupy, że pierdoliłem trzy po trzy, zwłaszcza, że osoba, której szukałem, owy potwór stała wtedy, właśnie obok mnie-To pewno jakiś potwór z morza...hick...jak go złapię, to będę miał fortunę...hick...a jak mi go pomożesz złapać...to się z tobą podzielę po równo...wiesz ty dwadzieścia, ja resztę…-gdybym wiedział, że następnego dnia, złapię moralniaka, to bym się tak nie dał się tak upić-Swoją drogą...hick...piękna dziś noc...hick...przypomina mi o mojej byłej...hick...moje biedne serduszko…-objąłem swoje ramiona-..jak ona...hick...mogła mi to zrobić...to wszystko przez nią...wszystko…-zerknąłem na Vergila, nadymając policzki i pokazując na niego palcem-Dobrze ci radzę...hick...omijaj te potwory z cyckami wielkim łukiem...hick...używają ich, żeby cię omamić, a potem kopią w dupę...-kucnąłem pod jego nogami.
Zacząłem mazać palcem kółko po ulicy.
-Przecież ona miała dobrze...hick...nawet byłem dobrze zatankowany...hick...a pojazd zawsze trafiał do celu...hick…-odwróciłem się w stronę upadłego, miałem łzy w oczach-...przecież mój statek trzyma się całkiem dobrze...hick...nie muszę go co chwila tankować...hick…-cóż, złapałem doła-Takie anioły to pewnie mają dobrze...hick...skoro jesteś taki wielki...hick...to pewnie i twój pociąg pociągnie więcej wagonów…-wróciłem do mazania kółka po ulicy.
Kucałem tak jeszcze chwile, póki pęcherz nie dał o sobie znać. Wstałem i poszedłem odlać się na pobliski budynek. Psia jucha jaki, ważne aby odcedzić kartofelki. Załatwiając się spojrzałem na Vergila. Uniosłem ręce do góry.
-Bez trzymanki!-nawet nie wiecie, jak bardzo potem tego żałowałem, ale pomińmy to.
Jak już się odlałem, podszedłem tanecznym krokiem do Vergila.
-Słuchaj no aniołku...hick…-po pukałem go w klatkę piersiową, a raczej tam, gdzie sięgałem-Patrz...hick..widzisz, też duży dom?-pokazałem mu palcem na moją rezydencję-Dam ci to...hick…ale pod jednym warunkiem-wyjąłem zza pazuchy dość ciężki mieszek, po czym wepchnąłem mu go do ręki-...Zaprowadzisz mnie do domku na tych swoich skrzydełkach...hick...dobrze?-pomacałem jego skrzydła.- Jesteś aniołkiem...hick...zaopiekuj się mną, takim bezbronnym, niewinnym jegomościem, któremu ukochana kobieta złamała serce…hick-stanąłem na palcach, żeby mu szepnąć coś na ucho, acz zabawnie to wyglądało-...słuchaj...słuchaj...tylko jakbyś spotkał Graves...hick...to mu nie mów, że się tak upiłem, bo będzie na mnie zły...hick...a ja nie chcę, żeby się na mnie obraził...hick...bo to taki mój opiekun jest...wiesz...hick…-zacząłem pierdolić o tym, jak bardzo boję się mojego przyjaciela.-To jak...aniołku...zaprowadzisz mnie do domku...hick…? A jak się wyśpię...to może ci w nagrodę pracę dam...hick…-jakoś to, akruat problemem dla mnie nie było.
Często, w taki sposób zdobywałem ludzi, którzy dla mnie pracowali. Ba, nawet to byli i są dobrzy i lojalni ludzie.
Zamlaskałem i spojrzałem Vergilowi w oczy.
-Ja mówię poważnie...hick..nie mów nic Gravesowi, bo mi klapsa w dupę da…-znów objąłem jego ramię-A teraz...zabierz mnie do domku, aniołku...hick…-przykleiłem się do jego ramienia jak na jakiś super klej.
Nie moja wina, że potrafiłem po pijaku przytulać się do wszystkiego co się rusza i jest cieplutkie.
Swoją drogą, to Vergil dobrze trafił. Byłem, jedną z najbogatszych osób na tym zadupiu. Bez problemu mogłem go wynająć, ale o tym moglibyśmy porozmawiać dopiero, jak wytrzeźwieję, bo póki co to Vergil zaczął mi przypominać pewnego bajeranta...w sumie, do tej pory nie wiem dlaczego...


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 20

#6PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   Pon Sty 09, 2017 3:41 am

Ten typek śmierdział, i to dość mocno. Mimo wszystko, Vergil znał gorsze zapachy, no i był w stanie to znieść. Nie można jednak powiedzieć, że nie odczuł ulgi, gdy Fate postanowił przerwać rytuał puciania i odsunąć się nieco. Wydawał się być rozdrażniony faktem, że Anioł odwzajemnił akt. Co było z tym nie tak? Hm, być może fakt, że mężczyzna miał "wrażliwe lico", jak to określił. Może po prostu nie mógł być zbyt długo puciany.
Sytuacja jednak zmieniła się, gdyż człowiek ten znalazł się jeszcze bliżej wampira. Co więcej, chwycił go za rękę. Vergil z jakiegoś powodu nie oponował, aczkolwiek nie podobało mu się to. Cały czas kierował sie jednak swoją determinacją. Im dłużej się facetowi przyglądał, tym więcej dostrzegał szczegółów mogących świadczyć o jego majątku, a co za tym idzie - zapewne wpływach czy kontaktach. Nie zjadanie go mogło nie być głupim pomysłem. Ba, mogło być całkiem niezłym. Ale to się okaże. Nazajutrz, jak ten gość wytrzeźwieje. Póki co, zaczął gadać o jakimś gościu ze skrzydłami. Kruk był niemal w stu procentach przekonany, że chodziło o niego, choć sam nie wiedział, ile aniołów mogło być w tym miejscu. Nie spotkał nigdy żadnego, a tutaj... cóż, to miejsce jakoś nie pasowało do wizerunku jego rasy. Choć być może jakiś upadły też się tu kręcił? Nie było to niemożliwe. Ale w tej sytuacji... cóż, trudno było wierzyć jegomościowi.
Chwilę później pieprzył naprawdę trzy po trzy, przez co Vergil nabierał coraz większego przekonania, że te drogie ciuchy to koleś wygrał w karty i na nic mu się nie przyda. Nawet nie zwracał na niego większej uwagi. Fate w końcu puścił go i udał się gdzieś w mniej-więcej ustronne, choć nie całkiem ukryte miejsce, by załatwić potrzebę.
"Bez trzymanki", popisał się. Kruk zaczął kiwać głową z uznaniem, choć nie była to szczególnie finezyjna sztuka. Prawdę mówiąc, sam robił tak niejednokrotnie. Jeśli się zakumplują, to może nawet pokaże temu człeczynie, jak to jest sikać w locie.
W końcu powiedział coś konkretnego, wskazując na sporych rozmiarów, całkiem majestatyczną chałupę. Wiarygodności jego słowom dodawał mieszek, wypełniony po brzegi monetami. Mimo swojej niewątpliwej siły, Vergil odczuwał ciężar tego woreczka. Tylko że po jaką cholerę mu złoto? Ach, momencik... fakt. Do przetrwania w niczym, ale w tym akurat miejscu - w środowisku miejskim - niegłupie byłoby posiadanie paru monet przy sobie. Szczerze mówiąc, dalszy ciąg paplaniny nie sprawił zbyt wielkiego wrażenia na wampirze. Nie znał też żadnego Gravesa. A co do oferty pracy... cóż, może nie będzie to takie głupie, choć, rzecz jasna, zależy, jaka by miała to być pracy. Ale odprowadzić pod dom człeka za pękaty mieszek - to brzmiało jak dobry interes nawet dla kogoś, kto nie miał zielonego pojęcia o forsie.
- Nie ma sprawy. - rzekł tylko, gdy Fate drugi raz zagadnął o "odprowadzenie go" do domu. - Tylko trzymaj się mocno. - powiedział, profilaktycznie chwytając go mocno jednym ramieniem. Drugie miał przecież zajęte mieszkiem z monetami. Bez żadnego ostrzeżenia niemal natychmiast po tym ruszył, wbiegając po ścianie budynku i łopocząc skrzydłami. Byli w wąskim korytarzu, ale latanie miał w jednym paluszku, a latanie z bieganiem jednocześnie w drugim, zatem poradził sobie z tym bez problemu. Wyskoczył wysoko, rozpostarł szeroko swoje ciemne pióra - prawie niewidoczne w taką noc jak ta - i ruszył w zawrotnym tempie w stronę wskazanej mu wcześniej rezydencji. Wokół nie było zbyt wielu ludzi, a opierzone skrzydła były niemal bezgłośne. Marne były szanse, że ktokolwiek ich zauważy, zwłaszcza, że cała podróż trwała nie dłużej, niż kilka, no - może kilkanaście sekund. Nie było nawet potrzeby miękkiego lądowania, bo Vergil cały czas się wznosił... by wylądować na dachu.
- No, jesteśmy na miejscu. - rzekł, biorąc głębszy oddech. W sumie to przyszła mu do głowy jedna rzecz, o którą powinien się zapytać. Wątpił, że z tym gościem dojdzie do jakiegokolwiek porozumienia w jego aktualnym stanie, ale może warto było podjąć jakiekolwiek próby. Zwłaszcza jeśli chodziło o nie do końca błahą, choć mimo tego niezbyt interesującą Kruka rzecz. - Kim jest ten Graves?

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


#7PisanieTemat: Re: Boczna przystań dla statków   

Powrót do góry Go down
 
Boczna przystań dla statków
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Last Bastion :: 

Guardian's Sea

 :: Wyspy Niebieskiego Płomienia :: Szary Brzeg :: Port Rozpaczy
-
Wymiana
Forum oparte na realiach gry firmy Riot Games, League of Legends. Styl został wykonany przez Przyczajoną Grafikę z Monochrome Layouts. Prosimy uprzejmie o niekopiowanie treści zamieszczonych na łamach forum.
Fragment kodu w ogłoszeniach: ©corazon