IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Rezydencja na uboczu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar

Miano : Sara 'Hunted' Blackhawk
Liczba postów : 28
Dołączył/a : 26/12/2016

#1PisanieTemat: Rezydencja na uboczu   Czw Sty 19, 2017 6:38 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#2PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 21, 2017 2:41 pm


Podróż minęła wam dość spokojnie. Mieliście jednak wrażenie, że się dość mocno dłuży. Mogliście obserwować zmieniającą się okolicę. Zabudowana, stopniowo ustępowały drzewom, polom oraz łąkom. Im dalej byliście od miasta, tym więcej było widać gwiazd na niebie. Dawno, nie było tak czystego nieboskłonu.
Sowa, która siedziała na jednym z drzew odwróciła łeb, żeby zorientować się w hałasie, jakim wytwarzały końskie kopyta, spod których strzelały na boki kawałki ziemi, kamieni oraz źdźbeł trawy rosnącej na drodze. Złote oczy zwierzęcia wpatrywały się w ciemny punkt, aż dostrzegły wasze powozy. To w tych pięknych, o kolorze szlachetnego kruszcu, odbiły się czarne konie oraz transpor.
-Hoo!-sowa poruszała nerwowo skrzydłami, kiedy przejeżdżaliście, tuż obok miejsca, jakie zagrzała.
Wystarczyło jedno spojrzenie woźnicy w jej stronę, aby stworzenie rozprostowało skrzydła i odleciało, w tylko sobie znanym kierunku.
Czasami, wyboje dawały o sobie znać, więc mieliście darmowy masaż czterech liter. Może nie było to za dużo, ale może jednak komuś wspomoże zaokrąglić tyłeczek.
Powozy zatrzymały się. Każdy woźnica zszedł, aby otworzyć wam drzwi. Skinieniem głowy oraz gestem dłoni, zaprosili was do opuszczenia powozów. Następnie zaprowadzili was wprost przed wejście rezydencji, gdzie czekał na was skromnie ubrany starszy człowiek. Na wasz widok rozłożył ramiona na boki. Był wyraźnie uszczęśliwiony, widząc was.
-Ach, ach młoda krew! Jak się cieszę, że przybyliście!-z pogodnym wyrazem twarzy, wyszedł wam na przeciw.
Widząc Deith, od razu ujął twoją dłoń, pochylił się, po czym ucałował.
-Ach, ach jakże panienka jest urocza! Nie mogę się nadziwić, że ktoś pałający się magią ognią, będzie tak urokliwą istotą! Wiele na temat panienki słyszałem, ale nigdy tego, że uroda panienki przyćmiewa blask Księżyca! Panienko Deith, tak się cieszę, że zdecydowała się panienka spełnić ostatnią wolę umierającego człowieka.-mężczyzna zakasłał.
Wyjął chusteczkę, aby zakryć usta. Mogliście dostrzec, że kiedy ją odsunął, pojawiły się na niej plamy krwi.
-Ach, ach panie Khada, jakże mi miło, że i pan zdecydował się przybyć na mój skromny bal!-złapał za twoją rękę Jhin i dość mocno potrząsnął-Tak wspaniały wirtuoz i artysta na moim balu! Liczę na jakiś występ z pana strony! Muszę wiedzieć, czy te wszystkie pogłoski, na temat pańskich zdolności są prawdą. Myślę, że razem z panienką Deith...-zostałaś uraczona typowym puszczeniem oczka-...z jej zdolnościami magicznymi, stworzycie wspaniały duet! Ach, ach nie mogę się doczekać.-jegomość ponownie zakasłał-Ach, chyba pora na lekarstwo...nie lubię lekarstw…
arystokrata wyjął z kieszeni małe pudełeczko.
Na otwartą dłoń wrzucił małą, białą tabletkę, po czym połknął.
-Ach, starość jest takim strasznym przekleństwem, dla nas ludzi. Zabiera nam możliwość spełniania naszych marzeń.-mężczyzna nieco posmutniał-Ach, nie będę wam rozprawiać o starości, przecież! Jesteście tacy młodzi! Macie tyle energii, którą trzeba spożytkować, póki jest jeszcze czas.-mężczyzna złapał ciebie, Terjei za rękę-Ach, jak cudownie poznać kogoś, kto podobnie jak ja, stara się wyplenić przestępczość z Piltover! Chłopcze, póki żyję, powiedz mi czego potrzebujesz, a ci to załatwię. Może nie od razu, ale na pewno.-mocno ścisnął twoją dłoń.-Ach, ach chłopcy! To wy jesteście tymi, którzy chcą wrócić do pierwotnej natury!-Lex i Xel, mężczyzna stanął między wami, położył wam dłonie na ramionach.-Powiedzcie, gdzie posadzić wielki połać młodych drzew, żeby za kilka lat pojawił się przepiękny las, a to zrobię! Wystarczy, jedno wasze słowo! Przy okazji, jeśli macie jakieś pomysły, jak złapać kłusowników zwierząt. Nie rozumiem fenomenu zabijania tych niewinnych stworzeń dla swoich wygód. Kiedyś zabijaliśmy, bo musieliśmy żyć, ale teraz...ach, zmieńmy temat, bo me serce krwawi z bólu.- jegomość podszedł do ciebie, Vergil-Ach, anioł z czarnymi skrzydłami. Coś pięknego. Bardzo ci dziękuję, o aniele, że zgodziłeś się spełnić marzenie umierającego człowieka. - ujął twoją dłoń-Wiedziałem, że istnieją anioły z czarnymi, niczym noc skrzydłami. Przed swą śmiercią, chciałem jednego zobaczyć, ot udało mi się.-przyglądał się twoim skrzydłom-Ach, jak się cieszę, że udało mi się dotrzeć do ciebie. Zwiedzając kraje, w jednym z nich, och, wybacz mi moją pamięć, ale nie mogę sobie przypomnieć, ktoś wspomniał, że widział anioła o czarnych skrzydłach. Tyle czasu cię szukałem. Straciłem już nadzieję, że cię spotkam. I wybacz mi, jeśli na stole nie pojawią się potrawy godne twej osoby. Nie jestem obeznany w anielskich gustach. Jednak, jedno twoje słowo, a poślę do kucharzy, aby przygotowali potrawy, które dogodzą twemu podniebieniu.-arystokrata podszedł do ciebie Thresh i podobnie jak pozostałych, ujął twoją dłoń, po czym mocno potrząsnął-Ach, ach, cieszę się, że i pan zawitał na mój skromny bal. Poprosiłem mojego przyjaciela, aby znalazł mi kogoś, kto będzie mógł towarzyszyć mi całą noc na balu. Kogoś, z kim będę mógł porozmawiać, spędzić trochę czasu.-jegomość pociągnął cię tak, abyś się pochylił, po czym szepnął ci do ucha, tak, byś tylko ty go słyszał-Ach, wiem kim jesteś, piewco śmierci. Mam dość tego ziemskiego cierpienia. Zaprosiłem cię tutaj, abyś po balu, zabrał mą duszę. Nie zniosę więcej tego cierpienia, ach. Oddam ci moją duszę, ale w zamian proszę o nie krzywdzenie nikogo na balu.- jegomość poklepał cię po ramieniu-Ach, przepraszam was najmocniej! Nie przedstawiłem się! - mężczyzna ukłonił się nisko- Jak zapewne zdążyliście się zorientować, jestem hrabia Vonder Craft. To ja posłałem do was zaproszenia. -wyprostował się-Musiało was zdziwić, że zostaliście zaproszeni na moje skromne przyjęcie…-gestem dłoni zaprosił was do środka.-Ach, już się tłumaczę. Otóż, jestem nieuleczalnie chory. Pięć lat temu postawiono mi diagnozę. W moim wieku, leczenie jest wykluczone. Mój organizm jest za słaby. Został mi jeszcze może rok, może pół roku życia. Chciałem spełnić swoje marzenia, chociaż wiem, że wszystkich nie uda mi się zrealizować. Jednym z takich marzeń…- Vonder Craft zakaszlał.-...Ach, widzicie jak to wygląda…-pokazał wam krew na dłoni, którą szybko wytarł chusteczką-...bardzo chciałem zorganizować bal, ale nigdy nie miałem czasu z powodu pracy. Prowadzę winiarnię, później możemy się tam przejść, pozwiedzać. Tworzę jedno z najlepszych win w Runeterze, oczywiście możecie je dzisiaj zakosztować, jeśli nie mieliście takiej okazji. Poza tym, chciałem jeszcze, w te ostatnie dni zrobić coś dla innych. Ach, wspomóc, take osoby młode jak wy. Mnie się już niedługo kontakty czy pieniądze nie przydadzą, natomiast wam już tak.- stanął przed wam, po czym rozłożył ręce na boki-Witam na moim skromnym balu. Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić  zapamiętacie tę noc do końca życia!-ponownie zakasłał.
Hrabia minął was, abyście mogli iść przed siebie. Stanął przy drzwiach, po czym zamknął je. Stał do was tyłem, więc nie mogliście widzieć, co robi.
Cały czas, woźnicy towarzyszyli wam. Nie odzywali się. Jak rozdzielliście się od organizatora balu, mogliście zobaczyć, że i oni zostawiają was w spokoju. Nim odeszli, skłonili się hrabiemu, po czym rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Może i budynek, z zewnątrz nie prezentował się zbyt optymistycznie, za to w środku było naprawdę pięknie. Delikatny róż, zmieszany z białym oraz złotym zdobił każdą ze ścian. Te zaś, wszędzie posiadały obrazy olejne przedstawiające krajobrazy z całej Runetery. Widać było, że to oryginały, co za tym idzie musiały być naprawdę drogie. Na sufitach wisiały żyrandole z prawdziwych kryształów szlachetnych. Facet, najwidoczniej cenił sobie dość mocno luksusowe wygody.
Tuż przed wami rozciągał się długi hol prowadzący wprost do sali balowej. Ta, była już pełna gości. Każdy miał finezyjne, piękne stroje. Deith jako kobieta, dawno nie widziałaś takch strojów, które najbardziej wywarły na tobie wrażenie.
Wszyscy mogliście poczuć się jak w jakiejś bajce. Podłoga składała się z dwóch elementów: na środku znajdowały się grube, z hartowanego szkła kafelki. Tuż pod nim było mnóstwo wody, wystylizowane na rzekę. W niej pływały potocznie zwane welony. Wyglądało to tak, jakby chodziło się po wodzie. Pozostała część kafli była perłowa. Odbijając światło z ogromnego, diamentowego żyrandola powodowało efekt delikatnej tęczy. To zaś sprawiało, że cała sala balowa wyglądała jak zrobiona ze szlachetnego kruszcu.
Tuż przy drzwiach stały dwie fontanny z delfinami, a obok nich wysokie wazony z czerwonymi różami. Wystarczyło przejść blisko, aby poczuć ten piękny zapach. Po lewej stronie znajdował się sporej wielkości stół. Na spokojnie zmieści się na nim około trzystu osób. Dawno nie widzieliście tyle jedzenia. Nawet fontanna z czekolady się znalazla, a także z rumem oraz winem, jak ktoś preferował coś mocniejszego. Nie zabrakło także owoców i warzyw. Kilku kelnerów chodziło z tacami. Jeden podszedł do was  poczęstował kieliszkiem szampana.
Po prawej stronie znajdowała, w rogu znajdowała się mała scena dla zespołu. Ten składał się z urokliwej harfistki, pianisty grającego na biało-złotym fortepianie, skrzypaczki, kontrabasisty oraz flecisty. Wygrywali spokojną muzykę, idealną do tańca wspólnego. Stąd też wiele par tańczyło na wydzielonym parkiecie. Wszyscy wyglądali tak, jakby poruszali się po wodzie. Delikatne ruchy, zmieszane z erotyzmem bijącym od tanecznych ruchów.
Całości dodawały, stojące na wysokich nóżkach wazony z przeróżnymi kwiatami. Widać było, że hrabia uwielbiał ład, porządek oraz pewnego rodzaju kompozycję. Wszystko, wręcz idealne pasowało do siebe.
Jak tylko weszliście nieco głębiej, to mogliście zauważyć, że ty Terjei poczułeś się jakoś tak słabo. Twoja umiejętność wykrywania energii mocno cię przytłoczyła, Miałeś odczucie, że zaraz zemdlejesz, ale tak się nie stałó. Przeszło ci po krótkiej chwili. Niemnej, nieco zbladleś, więc będziesz musiał, póki co zrezygnować z jakichkolwiek tańców.
Jhin, ty ze swoim wrodzonym talentem, jako wirtuoz zbrodni  dobry obserwator, dostrzegłeś, za jednym z okien przemykający cień. Jesteś prawie pewien, że to była jakaś osoba. Może złodziej? Nie jesteś tego pewien.
Teraz, skoro byliście na balu, mogliście robić wszystko to, na co mieliście ochotę, a przede wszystkim dobrze się bawić.

//OOC: Póki co nie ma kolejki-jak będzie taka potrzeba-to takową ustalimy.
Piszcie sobie na spokojnie, co robicie. Jeśli macie pytania- piszcie w OCC. Póki co bawcie się na balu, próbujcie rozmawiać z npcami. Nic się, pók co nie dzieje, a kto ma dostać pw, to ją dostanie.

I macie muzyczkę pod klimacik: https://youtu.be/jgpJVI3tDbY


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Thresh
Liczba postów : 91
Dołączył/a : 26/11/2016

#3PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 21, 2017 3:51 pm

Plan który wymyśliłem - ten tyczący się użycia sygnetu jako klucza okazał się dość trafny, dlatego też bez problemu wsiadłem do swojego powozu, zamykając drzwiczki z lekkim trzaśnięciem. Usiadłem wygodnie na siedzisku, a plecy luźno oparłem o miękkie i komfortowe oparcie. Nie lubiłem zbytnio takich małych, zamkniętych przestrzeni, źle mi się kojarzyły. Jednak na całe moje szczęście w ściance powozu zamontowane były okienka, z których mogłem dobrze obserwować mijane obiekty, takie jak budynki, drzewa czy po prostu krajobraz. Przeokropnie mi się dłużyło, a wyboje na drodze pogarszały sprawę, obijając tylko moje ciało. Tego nie znosiłem w powozach takich jak ten - amortyzacja była słaba i dało się czuć dosłownie każdy kamyczek pod kołem. Normalnie jak w bajce o księżniczce na ziarnku grochu. Jednak, po dłuższym okresie czasu dojechaliśmy na nieznane mi miejsce - prawdopodobnie tak jak i innym, bo skoro mnie tu nie było, im też nie było raczone zobaczyć tegoż skrawka ziemi. Ujrzałem jak drzwiczki otworzyły się, za sprawą woźnicy, który bez słowa zaprosił mnie gestem, bym wysiadł. Pełna elegancja. Lecz taka elegancja mogła wzbudzić trochę niepewności. Nie odzywali się oni ani słowem od samego początku aż do teraz. Może dostali takie polecenie? Ewentualnie pozbawiono ich języków.. cóż, lekkim i nieznacznym przeczącym ruchem głowy odrzuciłem tę myśl. Raczej nikt spośród żyjących tu ludzi nie posunąłby się do czegoś takiego, zniesławiającego czynu wobec swej służby.

Wysiadłem z powozu. Wyprostowałem się, poprawiając z nonszalancją na sobie marynarkę. Włosy me nadal były w nienagannym stanie, a to niepodobne do mnie; zazwyczaj były splątane. Udałem się prosto za woźnicą, który widocznie prowadził mnie w stronę wejścia do rezydencji. Już z daleka widziałem ciemną, słabo oświetloną sylwetkę człowieka, wnioskując po jego wzroście i kształcie ciała - osobę w podeszłym wieku. I nie myliłem się. Gdy już się wystarczająco zbliżyłem, dokładnie widziałem jak z ciała ucieka powoli życie, a zegar powoli zwalnia. Na każdego przyjdzie czas. Czasem wcześniej, czasem później. Gdy usłyszałem pierwsze zdanie, które wydobyło się z ust tegoż mężczyzny, od razu uśmiechnąłem się lekko pod nosem, jednak nieznacznie. Nie mogłem dać po sobie poznać, że to mnie właściwie rozbawiło. Chyba byłem tu najstarszy. O jakiś wiek. Nie komentowałem. Wolałem zachować ciszę i chłodny spokój, słuchając każdego słowa wypowiedzianego przez tego mężczyznę. Analizowałem dokładnie każde słowo. Wyglądało na to, że był to nie kto inny jak organizator balu, domyślałem się. Bo skąd wiedziałby tyle o gościach, którzy zjawili się na zbiórce? Cóż, gdy tak słuchałem każdego jego słowa, wydedukowałem, iż wyselekcjonował on sobie każdą zaproszoną tu osobę. Tylko po co? Kolejne pytanie do kolekcji. Ach, jak ja nie lubiłem, wręcz nienawidziłem nie znać na coś odpowiedzi. Wrzynało się to w moją czaszkę dogłębnie, niczym wiertło i nie dawało spokoju. Mam nadzieję, że i to pytanie zostanie niedługo rozwiane. W innym wypadku będzie nieciekawie.
Potok słów wylewał się z jego mównicy, jednak wreszcie nadeszła kolej na mnie. Ujął mą dłoń, czego kompletnie się nie spodziewałem. Z automatu wręcz uścisnąłem ją nieco, a mężczyzna potrząsnął nią nieznacznie w geście ciepłego przywitania. Przywitał się ze mną jak ze starym przyjacielem. Całkowicie mi to nie przeszkadzało, jednak zetknięcie się z osobą w podeszłym wieku spowodowało, że przez moment dotknąłem jego aury czując przez ułamek sekundy jego obecny stan. Tak jak przyszło to z szybkością, tak samo odeszło. Odpowiedziałem zaraz po krótce na jego słowa skierowane do mojej osoby.  
- Również jestem rad, iż zgodził się mnie pan zaprosić na ową uroczystość - odparłem, a organizator pociągnął mnie ku sobie lekko w dół. Nie opierałem się, gdyż pomyślałem, że może zechce mi coś powiedzieć. I nie myliłem się. Propozycja wyglądała na kuszącą. W tym momencie pożałowałem, że nie wziąłem ze sobą latarni, jednak z tym fantem poradzę sobie w inny sposób. Wyprostowałem się lekko, gdy ten skończył mówić. Skinąłem głową, na znak, że zrozumiałem jego słowa. I tak nie paliłem się zbytnio do krzywdzenia innych. Najpierw musiałbym znaleźć odpowiednią do tego ofiarę - wytrzymałą, z zadatkami od tego, a na razie skupiony byłem na poznawaniu nowego otoczenia. To zabawne, jak goście z sygnetami na palcach byli do siebie nieufni.
Gdy Vonder Craft zaprosił nas do środka, oniemiałem z wrażenia, jednak byłem również zdziwiony. Było tu bardzo dużo osób, od których czułem coś, co nazwać mogłem swoistą aurą. To raczej normalne. Przemknąłem wzrokiem jeszcze raz całą salę, po czym udałem się na parkiet. Zauważyłem, że z Terjeiem jest coś nie tak, jednak ja nie chciałem dać poznać po sobie, że też coś nie gra. Możliwe, że on też był wyposażony w dodatkowy zmysł widzący aury bądź energię. Na razie, postanowiłem nie wdawać się w szczegóły i zabawić się choć przez chwilę. W oczekiwaniu na swą duszę, musiałem się rozerwać - jednak zanim to zrobię, muszę znaleźć sobie partnerkę. Po chwilowym namyśle, skierowałem się ponownie do zaproszonych gości, prosząc Deith o taniec. Choć przez chwilę mogłem zachować swe maniery, które porzuciłem naście lat temu.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Lex i Xel
Liczba postów : 16
Dołączył/a : 13/12/2016

#4PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 21, 2017 5:30 pm

Nie narzekaliśmy na podróż. Jesteśmy bardzo cierpliwi. Potrafimy czekać cierpliwie na kiełkujące drzewo. To było kojące. Aktualna sytuacja, też miała w sobie coś przyjemnego. Wyboje wprawiały nas w jakiś taki trans, jakiś kojący rytm. No, przynajmniej mnie. Chociażnie czułem, żeby Xela jakoś wyjątkowo to bulwersowało. Pomysł z pierścieniem jako kluczem był doskonały. Co dwie głowy to nie jedna, choć nie była to wyjątkowo ciężka zagadka. Skoro nawet Xel ją rozwiązał, hihi.

Prosta zagadka. Tak, nawet dla mnie Lexsiu. Prychnąłem w duszy. Obserwowałem bacznie okolicę, przez okienka w karocy. Ktoś tu musi być tym odpowiedzialnym. Las był jak każdy inny, nie było powodów do obaw. Chyba że nagle pojawiło by się coś nadnaturalnego. Ehh, może mam paranoje, ale mam złe przeczucia co do tego balu.

Przybyliśmy więc. Pierwszy wyszedłem z powozu, by zorientować się w sytuacji. Wszyscy jechaliśmy w to samo miejsce. Wszyscy wysiedliśmy w tym samym czasie. Woźnice szybko zeskoczyli z kozłów i poprowadzili nas do człowieka, który najwyraźniej był organizatorem bankietu. Nie znaliśmy go, a mimo to ona znał nas. Kim on był? Czyżby krążyły już o nas legendy? Spojrzałem na Xela pytającym wzrokiem.

Ja też nic nie wiem. Człowiek był dziwny, dziwnie miły, ale to chyba dobrze. Widać po jego stanie, że bardziej wymaga pomocy, niż pragnie zła. Może nawet Lex byłby w stanie mu pomóc? Może tego też od nas oczekiwał? Nie mogłem jednak powstrzymać śmiechu, gdy ten zaczął okrzykiwać nas młodzieniaszkami, a do nas osobiście powiedział 'chłopcy'. Dla ponad sześćsetletnich braci to on był raczej gówniarzem. Ale cóż. Młodo wyglądamy braciszku. Wcześnie żeś się za mnie zabrał.

Ciesz się, będziemy mieć lepsze powodzenie u panien.

Jeszcze panny ci brak, staruchu?

Mogę to skorzystam. Zaśmiałem się. No nic, w jednym się zgadzaliśmy. Śmieszny był ten staruszek, mający nas za młodszych sobie. Wręcz urocze.
- Drzewa sadźmy gdzie się da, dobry człowieku. Gdzie się da - uśmiechnąłem się do niego. Miły człowiek. Panowie w kolorowych kubraczkach wprowadzili ich do środka, a mnie niemal olśniło. Piękna posiadłość, ale najbardziej podobała mi się posadzka. Pozasadza, pod którą pływały żywe ryby. Troszkę to może było sprzeczne z naturą, ale nie widziałem w nich bólu. Dopóki zwierzęta nie cierpią, nie widzę problemu. Ruszyłem zatem w głąb sali, wpatrując się z zachwytem w płynącą pod mymi stopami wodę.


Ja z kolei podszedłem do podwyższenia, na którym stali muzykanci. Lubię muzykę, to też przyjrzałem się wszystkim artystom i ich instrumentom. Nie było wśród nich niczego, co by mnie zadziwiło. Widać w muzyce wciąż te same trendy, choć w może nieco ładniejszej... Nie, nie ładniejszej... Bogatszej formie. No cóż, lepsze jest wrogiem dobrego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#5PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 21, 2017 6:08 pm

Nigdy nie pomyślałbym, aby kamień szlachetny służył za rozwiązanie problemu zamkniętych drzwi. Ciekawe zastosowanie, doprawdy. Westchnąłem, wchodząc do środka powozu. Sam był nienaganny. Kwieciste, za pewne ręcznie wykonywane, eleganckie zdobienie na drzwiczkach, które właśnie zamknąłem, stanowiło miłą odmianę. Wnętrze również zostało urządzone w podobnym nastroju. Uwielbiałem czerwień, a ściany i siedzenia w tym kolorze budowały niesamowitą atmosferę, natomiast złote akcenty sprawiały, że otoczenie nabierało iście szlachetnych wyrazów. Nie przepadam za zamkniętymi pomieszczeniami, jednak niewielkie okna sprawiały, że czułem się wyjątkowo dobrze. Nie miałem też problemu, aby usiąść po środku. Piltover, miasto wynalazków, słynie z innowacji, zapomina natomiast o starej, dobrej klasyce. Nawet zwykła rzeźba mogłaby urozmaicić nieco otoczenie. Niestety, w obecnych czasach nie można liczyć na odrobinę sztuki na ulicach, gdzie większość mieszkańców przejmuje się jedynie własnym interesem. Założyłem nogę za nogę, spoglądając w dal. Okolica wydawała się urzekająca. Budynki, często zadymione, powoli  ustępowały rzekom, łąkom i lasom, aby w końcu zniknąć za powozem, ukazując tysiące gwiazd, które miasto przysłaniało swoją szarą codziennością. Uwielbiałem te chwile, gdy wszystko cichło, zastępując miejski gwar swoją muzyką.


Uniosłem lekko brew, spoglądając na woźnicę, który delikatnie otworzył mi drzwi zaraz po zatrzymaniu się przed docelową rezydencją. Budynek, gdzie odbywał się słynny bal, wyróżniał się przede wszystkim położeniem między górami, a także otaczającą go roślinnością. Spodziewałem się czegoś innego. Bardziej widowiskowego. Być może jeszcze się czymś zaskoczę. Skinąłem głową, wychodząc na zewnątrz. Powożący wydał mi się dziwną osobą, innym za pewne też. Nic nie mówił, wykonywał jedynie polecenia. Najwyraźniej taką miał pracę. Pozwoliłem zaprowadzić się w stronę wejścia, dokładnie rozglądając się po parceli. Od razu dostrzegłem sylwetkę starszego, przygarbionego mężczyzny, stojącego we wrotach. Podejrzewam, że należała do właściciela. I nie myliłem się. Czekał, aby nas wszystkich przywitać. Moją dłoń uścisnął wyjątkowo nieelegancko, jednak nijak zareagowałem na ten gest. Mam wyrozumiałość do osób starszych.
- Dziękuję, miło mi słyszeć. Również cieszę się z zaproszenia - uśmiechnąłem się szeroko. Lubiłem słuchać komplementów, a ten człowieka wyjątkowo mi schlebiał. Nie tylko mową. Niewiele o sobie powiedział. Słuchałem go uważnie, rozumiejąc dlaczego wszystkich nas zaprosił. Starszy człowiek, w dodatku umierający przez chorobę, zawsze marzył o wystawieniu imponującego balu. Jakże urocza historia. Gdybym tylko przygotował się na taką okazję, za pewne prócz balu otrzymałby ode mnie również inny, dodatkowy prezent. Piękną śmierć, którą zaplanowałbym specjalnie dla tego mężczyzny. Głośną, aczkolwiek przemyślaną. Nie byłoby możliwości pomyłki. Myślę, że podziękowałby mi nie tylko za przybycie do jego rezydencji. Przez cały ten czas towarzyszyli nam woźnicy. Niepokoili mnie lekko.
- Postaramy się - odparłem, spoglądając na kobietę. Deith, bardzo piękne imię. Ona również była na placu. Oczywiście, pojawiła się ostatnia, jednak wystarczająco oszałamiająca, aby nikt nie miał do niej żalu.
Poczekałem, gdy wszyscy postanowią skierować się w swoją stronę, po czym udałem się na główną salę, krzyżując ramiona na plecach. Niesamowita. Wszystko w niej prezentowało schludną kompozycję. Każdy naścienny obraz olejny, pachnący kwiat róży i rzeźbiony wazon tworzyły ściśle zaplanowaną całość, angażując się w większym lub mniejszym stopniu. Ubiór biesiadujących dodawał jedynie uroku. Tego wieczoru prezentowano swe bogactwo.
Dostrzegłem cień pomiędzy gośćmi. Ktoś przemknął między oknami. Pojawił się dosłownie na ulotną chwilę, jednak byłem pewny, że należał do człowieka. Złodziej, bądź płatny zabójca? Takie przyjęcia mają dosyć duże zainteresowanie pod tym względem. Nie zdziwiłem się. Miałem okazję brać udział w podobnych wydarzeniach. Nic nadzwyczajnego, ale będę miał okolicę na większej uwadze. Idąc spokojnie i obserwując tańczących, chcąc znów dostrzec tą niewielką zmianę światła, niestety przypadkowo kogoś potrąciłem. Dopiero po chwili przeniosłem uwagę na obecną sytuację. Skarciłem się w myślach.
- Niech mi pan wybaczy, zamyśli- - urwałem, nie mogąc oderwać wzroku od oczu tego mężczyzny. Nigdy wcześniej nie miałem możliwości ujrzeć tak cudnego koloru. Szmaragd. Jego pierścień idealnie się z nimi komponował. Chwilę mi zajęło, nim zrozumiałem sytuację. Odkaszlnąłem, czując zażenowanie. - Zamyśliłem się, nic istotnego. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 19

#6PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 21, 2017 11:51 pm

Wyglądało na to, że nic niepokojącego nie znajdowało się wewnątrz wozu. A przynajmniej nic, co mógłbym na tę chwilę zauważyć. Podróż była dosyć niekomfortowa i, szczerze mówiąc, żałowałem, że wybrałem tę drogę. Zwłaszcza, że się cholernie dłużyła.
W końcu jednak dotarliśmy na miejsce, a woźnica uchylił drzwi od wozu. Wyskoczyłem z nich, rad, że mój tyłek nie będzie już bardziej obolały, niż teraz. No, prawdę mówiąc, to wcale nie był - jako wampir niemal nie odczuwałem fizycznych dyskomfortów czy bólu - ale samo psychiczne poczucie całej sytuacji było wystarczająco męczące.
Wkrótce znaleźliśmy się przy rezydencji, gdzie przywitał nas jakiś starszy facet. Lokaj?... Nie, nie. Z tego co mówił wyglądało na to, że jest organizatorem, co sam zresztą później potwierdził. A to ciekawe. Widocznie byliśmy z jakiegoś powodu bardzo specjalnymi gośćmi, skoro wyszedł do nas samemu. A to oznaczało, że każdy z tutaj zebranych musiał się czymś konkretnym wyróżniać. Anioł o czarnych skrzydłach, w dodatku wampir - to było aż nazbyt oczywiste. Reszta jednak... nie wyglądała tak imponująco. Musiało więc być coś wewnątrz nich, co dawało im pewien prestiż. Trzeba będzie mieć na tę piątkę... szóstkę, znaczy, oko.
"Świeża krew", zaczął. A to ciekawe. Czyżby miał podobne do moich upodobania? Ciekawe, czy postanowi nas zamknąć, zabić i zrobić drinki. W moim przypadku to miałoby nawet sens. W jego... wątpliwe. Nawet jako wampir, powinien najeść się niecałą porcją z jednego człowieka. Chyba że opanował magiczne zdolności odzyskiwania pewnego rodzaju energii z krwi, tak jak robiłem to ja. Wtedy... hm. To byłby dziwny zbieg okoliczności. Póki co - trzeba było mu jednak zaufać na tyle, na ile było to konieczne.
Jako pierwszą przywitał kobietę, oczywiście. Co interesujące, od razu wspomniał, że była ona czarodziejką parającą się ogniem. I tylko ogniem? Jeżeli tak... była groźna. Jestem cholernie wrażliwy na ogień, a jeżeli to jej jedyna specjalizacja, możliwe, że w razie potrzeby zrobi ze mnie żywą pochodnię. O ile zdąży, rzecz jasna. Deith. Postaram się zapamiętać. I na nią zwracać uwagę najbardziej ze wszystkich. Możliwe, że była akurat najgroźniejsza dla mnie z tego towarzystwa.
Kolejny, przedstawiony jako Khada, okazał się być w jakiś sposób artystą. A to ciekawe. Co więcej, przy witaniu tego akurat człowieka, lord dodał, że wraz z Deith mogą stworzyć wspaniały duet.
Pozostaje pytanie: czy Deith parała się cyrkową piromancją i wraz z tym Khadą mieli zwyczajnie uświetnić uroczystość jako przedmiot ozdoby, czy też było w nich... coś więcej?
Staralem się przedstawić sobie sytuacje ze swojej strony, ale musiałem zaczekać na to, jak przedstawi mnie ten człowiek. Byłem tego niezmiernie ciekaw, zwłaszcza, że miała to być kolejna wskazówka do paru interesujących mnie aktualnie zagadnień.
Następny gość został określony jako swego rodzaju stróż prawa. Ot, ciekawostka. Nie miał niczego, co uświetniłoby uroczystość jako przedmiot ozdoby - tak jak moje skrzydła czy, jeszcze dla mnie nieznajome, zdolności Khady czy Deith.
...chyba że chodziło o reputację tego człowieka. Tu niestety sprawę utrudniała moja nieznajomość tego miasta, jak zresztą praktycznie całej krainy. Jeżeli był swego rodzaju lokalną ikoną sprawiedliwości, męstwa, brawury, bohaterstwa - jako postać rzeczywiście mógł uświetnić ten bal. To oznaczało, że będę musiał wypytać kilka osób o tego człowieka. A zresztą, po co się trudzić? Może zapytam bezpośrednio jego. W końcu dlaczego miałby mi nie odpowiedzieć?
Bliźnięta miały dość tajemniczą reputację i zdecydowanie nie mogli uświetnić tej uroczystości jako przedmiot podziwu, przynajmniej z tego, co zostało powiedziane przy przywitaniu. Mogli jednakże zostać zaproszeni zwyczajnie z tego względu, że hrabia - jak sam twierdził - miał naturę w wielkim poszanowaniu, a ci bracia zdawali się być z nią w jakis sposób mocno powiązani. Wtedy nie musieliby prezentować niczego swoim wyglądem czy zdolnościami. A szkoda - gdyby ten jeden wątek nie łączył ich z tym człowiekiem, miałbym o mały problem z głowy, jedno zmartwienie mniej i jeden krok dalej do rozgryzienia prawdziwej twarzy aktualnej sytuacji.
Później Vonder Craft podszedł do mnie. Jak się domyślałem, nie powie zbyt wiele, aczkolwiek musiał wiedzieć o mnie znacznie więcej, skoro w jakis sposób zaproszenie do mnie dotarło. Twierdził, że chciał zobaczyć moje skrzydła, co mogło być prawdą - starzy i zwłaszcza bogaci ludzie mieli swoje dziwactwa. Zdawało mi się jednak, że nie mówił wszystkiego... ba, zdawało mi się. To było pewne, w końcu to tylko krótkie przywitanie.
Co ciekawe, wspomniał o "anielskim guście" odnośnie potraw. Wiedział, że jestem wampirem. Musiał wiedzieć. Dlaczego bowiem nie wspomniałby o moim guście odnośnie... czegokolwiek innego? Skąd wiedział, że preferuję styl szat, jakie mi przysłał, dlaczego został do mnie przysłany klejnot symbolizujący krew? Dlaczego nie pytał, czy muzyka lub towarzystwo będzie mi odpowiedziało?
Wiedział, że jestem wampirem. Pytanie tylko, skąd.
...dopytam. Może. Póki co, wypadało tylko odpowiedzieć. Głównie po to, by nie wzbudzać podejrzeń.
- Cieszę się w takim razie, że się w końcu udało. I dziękuję za zaproszenie.
Człowiek, z którym przywitałem się jeszcze przed przyjazdem w to miejsce, został przedstawiony jako ostatni. Najbardziej chyba tajemniczo. Zwłaszcza, że szeptał do niego - jako jedynego z całego towarzystwa. Z jakiegoś dziwnego względu nie zdołałem dosłyszeć, nawet mimo mojego świetnego słuchu, co mówi. Używał magii do wytłumienia dźwięku? To było chyba najbardziej logiczne, co przychodziło do głowy... A może byłem zbyt rozproszony myślami? Nigdy mi się to jednak nie zdarzyło. Nawet jeśli, po prostu ignorowałbym część informacji, jednak słysząc przyciszony głos, automatycznie skupiłbym się na nim. W takim razie, prawie jedyną możliwością byłaby magia.
Dziwne...
Sytuacja rodziła wobec osoby tego faceta najwięcej pytań, a odpowiedzi nie dawało praktycznie żadnej. Cóż, trzeba będzie drążyć.
W końcu hrabia dał nam wolną rękę.
Czekałem - w końcu chciałem zapytać go o parę rzeczy.
Gdy już wszyscy się rozeszli, ja zostałem przy hrabim jeszcze na krótką chwilę.
- Proszę wybaczyć - zacząłem grzecznościowo, choć wcale nie miałem na to ochoty - ...ale czy aby pan w istocie nie zna mojego gustu smakowego? Sądząc po szatach, jakie do mnie dotarły, oraz pierścieniu, okazał się pan znać mnie nadzwyczaj dobrze. - powiedziałem dość przyciszonym, ale słyszalnym dla starca głosem. I raczej tylko dla niego, bo moje słowa zasługiwały na miano szeptu, a zadbałem też o to, by się rozejrzeć, czy nie ma nikogo, kto by podsłuchiwał. W innym wypadku zwyczajnie nie zaczynałem rozmowy.
A dlaczego zapytałem o to Vonder Crafta? Cóż, samemu byłoby nieco głupio przyznawać mi się do picia krwi. Znacznie uproszczonoby mi sprawę, gdyby hrabia zwyczajnie zdradził mi, gdzie mogę się napić - skoro już chyba rozgryzłem, że wie o moim wampiryzmie.
Chyba że nie wie. Co byłoby jeszcze dziwniejsze.
Dopiero później rozejrzałem się po sali. Nie zdziwił mnie panujący tu przepych. Najbardziej jednak starałem się skoncentrować na szukaniu w tłumie posiadaczy pierścieni (chyba że każdy tu obecny był w jakiś wyposażony, co też starałem się określić), których już spotkałem. Chodziło mi zwłaszcza o tego "stróża prawa". Chciałem z nim chwilę porozmawiać.
Znalazłem go niedługo później, gdy wszedłem na jakieś schodki, by poszukać go z góry. Gdyby nie to i mój sokoli wzrok, pewnie miałbym spore trudności w tym tłumie. Co ciekawe... wyglądało na to, że szukany przeze mnie człowiek nie czuł się zbyt dobrze. Cholera. Jeśli zemdleje, to z nim nie pogadam.
Przedostałem się więc do niego względnie szybko - na tyle, na ile tłum mi pozwalał, a ten raczej rozstępował się. Cóż, widocznie z jakiegoś powodu nie chcieli stanąć na mojej drodze...
- Wszystko w porządku? - zagadałem, zupełnie, jakby mnie to obchodziło.
...no dobra, trochę mnie obchodziło. W końcu ktoś musiał zaspokoić moją ciekawość.
- Byłem ciekaw osób, jakie tu zaproszono, zwłaszcza ciebie. - rzekłem, co zresztą było dość zgodne z prawdą. - Ten hrabia zaprosił mnie, mimo że w życiu mnie na oczy nie widział, nie znał, ba, tak samo z jego podwładnymi. - przedstawiłem mu sytuację, by również nabrał nieco ochoty na pogadanie, a sam z tego coś miał. W końcu nikt nie chciałby być przesłuchiwany. Konwersacja miała mieć charakter... no, konwersacji właśnie. Warto więc byłoby powiedzieć najpierw coś o sobie, by wymagać tego od rozmówcy. - Rozumiem, że jesteś kimś znanym w Piltover? Ciekawi mnie to, bo ja zwykle pozostaję anonimowy. Próbuję rozpoznać, co łączy naszą siódemkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Deith Luanes
Liczba postów : 14
Dołączył/a : 22/12/2016

#7PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Sty 23, 2017 12:35 am

Podczas podróży nie przydarzyło się nic nadzwyczajnego, co miałoby zmienić cokolwiek w moim życiu. Przez większą część drogi stukałam nerwowo paznokciami w miękkie siedzenie i rozmyślałam nad tym co, a raczej kogo, zastaniemy na miejscu. Zastanawiałam się również nad resztą zaproszonego grona. Czy wiedzieli cokolwiek? Czy może tak samo jak ja wybierali się w to miejsce na ślepo? Prawdopodobnie gdybym nie spóźniła się na zbiórkę, miałabym okazję o to zapytać i otrzymać odpowiedź... Cóż, coś za coś. Nie pozostało mi nic innego jak tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać na zatrzymanie się powozu.
Oczywiście zanim do tego doszło, miałam okazję poobserwować nieco wieczorne życie w tej części Piltover, a prędzej jego brak. Na ulicach było niepokojąco cicho. Jedyne co było słychać to stukot końskich kopyt oraz kół wszystkich powozów, który po kilkunastu minutach ustał, gdyż jak się można domyślić... dotarliśmy do celu. Poczułam jak woźnica schodzi z gracją na ziemię, a następnie chwyta za drzwiczki i otwiera je. Nie musiał długo czekać na moje wyjście. Od razu chwyciłam ponownie za suknię i opuściłam ostrożnie karocę tak, aby nie uszkodzić w żadnym stopniu ubioru. Tego chyba bym nie zniosła, choć umiejętność parania się iluzją mogłaby się w takim wypadku z pewnością przydać.
Gdy tylko stanęłam na równe nogi, spojrzałam na woźnicę tym samym wzrokiem co uprzednio. Zdawał się być obojętny, jeśli chodziło o moją obecność... co właściwie mi nie przeszkadzało. Niemniej jednak dał mi znak bym się za nim udała i tak też zrobiłam, czyli jak reszta.
Moim oczom ukazał się starzec, skromny starzec, który wydawał się być na pierwszy rzut oka... po prostu zwykłym dziadkiem. Nie wiedzieć czemu, uśmiechnęłam się na jego widok, szczerze. Tak samo jak i on. Nie trzeba było być tu detektywem by spostrzec radość, a zarazem wzruszenie u tego człowieka.
Ogólnie to starałam się trzymać z boku i obserwować, ale nie było mi to dane. W pierwszej kolejności starszy mężczyzna postanowił podejść do mnie, co świadczyło o jego dobrych manierach. Na jego miłe słowa uśmiechnęłam się jeszcze szerzej niż przedtem.
- To ja się cieszę, że mogę Pana poznać.
W moim głosie można było wyczuć współczucie. Nie znałam go, ale było mi go żal, a w głębi duszy zastanawiałam się jakbym mogła mu pomóc. Choć, gdy tylko spostrzegłam chusteczkę zaplamioną od krwi... wiedziałam, że nie jestem w stanie.
Zaraz po tym, starzec skierował się do Khady, a ja usunęłam się lekko w tył, słuchając w dalszym ciągu słów Vonder'a. Szczególnie, gdy ponownie wymówił moje imię, a mężczyzna, do którego w tej chwili się zwracał - spojrzał w moim kierunku. Odpowiedziałam mu lekkim, niepewnym uśmiechem. Nie miałam pojęcia co tak właściwie będzie oczekiwał od nas Craft, ale starałam się być dobrej myśli.
Następnie podszedł kolejno do Terjei'a, Lex'a i Xel'a, Vergil'a, no i niejakiego Thresh'a, który był chyba najbardziej tajemniczy z nich wszystkich i najbardziej zaczął mnie intrygować. Zwłaszcza, gdy starzec zaczął wyszeptywać mu coś do ucha. Aczkolwiek współczucie zadecydowało, że póki co to dam sobie spokój z wszelkimi podejrzeniami i najzwyczajniej w świecie zacznę się bawić.
Weszłam więc do środka i... aż mnie zatkało. Szyk i elegancja. Wszakże nie w moim stylu, jednakże robiło nie lada wrażenie. Szkoda tylko, że wśród zaproszonych byłam jedyną kobietą, ale... nie ma złego co by na dobre nie wyszło – był alkohol!
- Dziękuję.
Zwróciłam się do kelnera, który uraczył mnie szampanem. Czy był to dobry pomysł, żeby upić się wśród nieznajomych? Nie do końca, ale... no cóż, jeszcze zobaczymy na czym skończy się ten wieczór/ noc.
Wzięłam łyk, potem drugi i trzeci. Od razu było czuć, że nie należał on do alkoholi z pierwszej lepszej półki. Doskonale wbił się w mój gust. Podeszłam do jednej z fontann, a dokładniej tej z winem.
- Hmm... ciekawe jakby taka sprawdziła się u mnie w łaźniach...
Mruknęłam pod nosem, po czym spojrzałam na rozmawiających ze sobą, Thresh'a oraz Jhin'a. Z jednej strony kusiło podejście do tej dwójki, a z drugiej, żeby jeszcze poczekać. I jak się po kilku minutach okazało – nawet się opłacało i w końcu zostałam poproszona do tańca przez tajemniczego mężczyznę o urokliwym spojrzeniu, który był wart pozazdroszczenia... Jako, że kultura na takim przyjęciu zobowiązywała, odwzajemniłam ukłon i położyłam delikatnie dłoń na jego z uśmiechem na twarzy, odstawiając wcześniej pusty kieliszek gdzieś na bok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Terjei Duibhne
Liczba postów : 13
Dołączył/a : 23/12/2016

#8PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Sty 23, 2017 11:29 am

Podróż była długa, a przynajmniej mogła się dłużyć pozostałym. Dla mnie jednak minęła szybko, powozy zatrzymały się - można powiedzieć - zanim się spostrzegłem. Czas to jednak pojęcie względne i choć dla każdego jego upływ powinien być ten sam to jednak czasem zupełnie inaczej się to odczuwało. Na szczęście wydawało mi się, że wszystko dokładnie przemyślałem i teraz nie dam się zaskoczyć. Tak, tylko mi się wydawało...
Nie mniej dotarliśmy, a drzwi karocy otworzyły się same. Czy raczej otworzył je woźnica. Dlaczego tym razem się pofatygował, a kiedy wsiadałem tylko spojrzał w moim kierunku? Czy był to jakiś test? Co ten cały Vonder Craft chciał osiągnąć, czego chciał się dowiedzieć poprzez sztuczkę z zamkniętymi drzwiami? Czy gdyby nie zabrało się ze sobą zawartości przesyłki, nie ubrało otrzymanego stroju to czy w takim wypadku zostałoby się wtedy na tamtym placu? Wszystko musiało mieć swoją przyczynę i stawałem się coraz bardziej podejrzliwy. Wobec pozostałych gości, wobec organizatora, a także wobec samego przyjęcia. Być może zbyt wiele się nad tym zastanawiałem, ale... Cóż, daleko idąca ostrożność była już częścią mnie odkąd tylko pojawiłem się w Piltover. Nie bez powodu zresztą. Nie chciałem jednak wzbudzać niczyjej niepotrzebnej uwagi i wyszedłem z powozu.

Ponownie spotkałem się z ludźmi, których poznałem na placu. Czy raczej, z którymi spotkałem się na placu. Nie mogłem mówić, że ich poznałem. Każdy z nich był dla mnie zagadką, zagadką którą chciałem poznać. Każdy z nich emanował jakąś aurą. Jednak już wkrótce choć rąbek tajemnicy każdego z nich miał zostać dla mnie odkryty, bo oto na schodach ktoś już na nas czekał. I Choć w pierwszej chwili wydawało mi się, że to tylko ktoś w rodzaju lokaja szybko okazało się, że się pomyliłem. Powitał każdego z przybyłych w kilku słowach. Najpierw tą kobietę, więc była czarownicą? Tak właśnie mi się wydawało, że kiedy wsiadaliśmy do powozów dało się wyczuć od niej jakieś drżenie magii. Nie byłem co prawda tego pewny, mój nadzwyczajny zmysł dzisiejszego wieczoru nieco szwankował. Czy może raczej był przeciążony, ale teraz otrzymałem potwierdzenie. Później Vonder Craft przywitał się z mężczyzną o nazwisku Khada. Artysta? Czy aby tylko to? Jakoś w to powątpiewałem. Oczywiście oznak postępującej choroby naszego gospodarza nie umknęły mojej uwadze, tylko co mogłem na to poradzić? Nic, po prostu się temu przyglądałem. Po tym nagłym ataku kaszlu przyszła kolej na powitanie mnie.
- Mhm... Dziękuję. - uścisnąłem jego dłoń, a moje wąskie ślepia dokładnie lustrowały staruszka przede mną. Czy on naprawdę wiedział czym się zajmuje? Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że wiedział doskonale. Przecież do takich wniosków doszedłem już dawno temu, jak tylko dostałem zaproszenie. Tylko jak? Przecież starałem się jak mogłem zachować anonimowość. Nie podobało mi się to, ale i tak nic z tym zrobić nie mogłem. Nie mogłem się niczego dowiedzieć gdyż Vonder Craft przeszedł do kolejnego z gości. Najpierw ta dwójka bliźniaków. Wielbiciele natury? Nie poświęciłem im większej uwagi, bo oto przyszedł czas jednego z dwójki mężczyzn, którzy najbardziej mnie interesowali. Anioł o czarnych skrzydłach, słuchałem tego co mówił nasz gospodarz bardzo dokładnie. I wyciągałem z tego wnioski. Czarne skrzydła u anioła były symbolem upadku, zdeprawowania. Teraz już wiedział dlaczego ten facet nie spodobał mu się już na samym początku. Przyszła także kolej na tego, wokół którego czułem największe drżenie magii. Jego powitaniu przysłuchiwałem się najbardziej uważnie. Ale czyżbym się pomylił? Na chwilę w mojej głowie pojawiły się wątpliwości, na chwilę bo zaraz pan Craft wyszeptał coś tamtemu, niestety nie byłem w stanie tego usłyszeć. Moje wąskie ślepia zmrużyły się jeszcze bardziej. Niestety nie potrafiłem czytać z ruchu warg, co takiego nasz gospodarz wyszeptał mężczyźnie z zielonym klejnotem pozostało dla mnie tajemnicą. Potem padło jeszcze kilka zdań, których oczywiście wysłuchałem. Sam jednak nie odzywałem się ani słowem, wiedziałem że teraz nie dane mi będzie porozmawiać z Craftem, poza tym wolałem zrobić to na osobności, nie w towarzystwie pozostałych. Więc powitanie wkrótce się zakończyło i zostaliśmy zaproszeni do środka. W mojej głowie wciąż kołatało się wiele pytań. I już nie dotyczyły one tylko prawdziwej tożsamości i natury (nie)ludzi, w towarzystwie których przybyłem na bal. Dlaczego gospodarz przyszedł powitać nas osobiście? A może tak samo postępował z innymi gości? Chociażby takie pytanka znów pojawiły się w mojej głowie. Może uda się mi dowiedzieć czegoś później, tymczasem nasz gospodarz oddalił się i nie pozostało mi nic jak tylko wejść do środka.
W środku zostawiłem swój płaszcz. Nie dane mi było jednak cieszyć się widokiem sali czy zabawić się jak życzył sobie tego Vonder Craft. W środku ponownie i to ze znacznie większą siłą uderzyła we mnie cała ta magiczna aura. Po raz kolejny tego wieczora doświadczałem czegoś po raz pierwszy w życiu, a uczucie to wcale przyjemne nie było. Przez moment miałem wrażenie, że za chwilę stracę przytomność. Musiałem oprzeć się o ścianę, żeby nie wylądować na podłodze. Oddychałem ciężko i choć po krótkiej chwili zaczynało mi przechodzić to dla pewności pozostałem przy ścianie. Jeszcze przez chwilę. Właśnie miałem się od niej odkleić kiedy ktoś mnie zaczepił. Upadły anioł - pomyślałem patrząc na jego twarz moimi wąskimi ślepiami. Czego ode mnie chciał? Bo powątpiewałem w to, ze faktycznie przejął się moim stanem.
- Tak, w porządku. - odparłem. I dokładnie tak jak podejrzewałem wcale nie chodziło mu o to, aby przekonać się co ze mną. Acz w pierwszej chwili dałem się zaskoczyć. Spojrzałem na niego nieco zaskoczony. Ja byłem tym, kto najbardziej go zainteresował? Tylko skinąłem głową na jego kolejne słowa. Ze mną było dokładnie tak samo. Vonder Craft nie znał mnie, właściwie to nie powinien niczego o mnie wiedzieć, ale jak się okazało jednak coś wiedział.
- Niezbyt. - odparłem sucho na jego pytanie. - Wręcz przeciwnie, wydawało mi się że w Piltover jestem raczej anonimowy. - i to wcale nie było kłamstwo, bo choć raczej każdy słyszał o mężczyźnie w czarnym kombinezonie, który sam wymierza sprawiedliwość tak też raczej nikt nie mógł wiedzieć, że osobą tą jestem ja - Terjei Duibhne. Jak widać ktoś jednak wiedział. I wcale mi się to nie podobało. - Mhm, dobre pytanie. - jak zwykle byłem raczej skąpy w słowa, ale to chyba nie dziwne. Rozmawiałem w końcu z bardzo podejrzanym osobnikiem. A propo jego słów, może faktycznie coś łączyło ich siódemkę.
- Może faktycznie coś nas łączy. - raczej pomyślałem na głos niż powiedziałem do swojego towarzysza. Dopiero po tym skończyłem wzroczyć podejrzanie na anioła. Spojrzałem w kierunku sali gdzie wszyscy się bawili. Czy pozostali goście również mieli pierścienie podobne do tego, który sam dostał? Chciał to sprawdzić na samym początku, ale z wiadomych powodów mu się nie udało. I jeśli faktycznie nie dało się zauważyć, aby reszta gości nie otrzymała takich wspaniałych prezentów to coś musiało ich łączyć. W końcu byli jakimiś specjalnymi gośćmi. Co ważniejsze starał się także mieć na oku pozostałych. Upadły był przed nim, ale co z tym, który wzbudził moje największe podejrzenia (Thresh) i pozostałymi? Czy nie zniknęli gdzieś wśród tłumu? Czy raczej - nie opuścili niepostrzeżenie reszty gości?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#9PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Wto Sty 24, 2017 1:31 am



Vergil

Hrabia, słysząc twoje słowa Vergil, to że dochodzisz nerwowo się odwrócił. Przetarł ręka czoło.
-Ach, ależ mnie wystraszyłeś, Vergilu.-mężczyzna spojrzał na ciebie, uśmiechając się serdeczne.-Tak, Verglu, w czym mogę pomóc?- spytał cię, wpatrując się w ciebie bardzo uważnie.
Źrenice mężczyzny rozszerzyły. Nie spodziewał się takiego pytania. Wyglądał tak, jakby się bardzo zdziwił. Tylko, nie było wiadomo, czy na pewno tak było.
Hrabia nie zdążył odpowiedzieć, gdyż podszedł do niego kelner.
-Możemy za niedługo zaczynać mości hrabio, przystawki są gotowe, mości hrabio.- kelner pochylił się, po czym szepnął owe słowa do twojego rozmówcy.
Hrabia poprawił ubranie. Nie był zbyt zadowolony. Skinieniem głowy cię przeprosił, po czym oddalił się z kelnerem.
Nie masz zielonego pojęcia, co to może znaczyć, widać ktoś wprosił się na przyjęcie bez zaproszenia. Nadal nie wiesz, czy hrabia zna twój sekret czy nie. Stawasz jednak, sądząc po jego reakcji, że raczej nic nie wie.
Kilka osób, zwróciło na was uwagę, ale nikt nie podszedł. Woleli zawołać kelnera, który spacerował z tacką, na której ustawione miał szklanki z wodą. Wezwany, machnięciem ręki, zaczął kierować się w twoją stronę i Terjeia.
Co do pierścieni, to widzisz, że tylko wy posiadacie takowe. Przypadek, czy może jednak nie?


Terjei

Jako jedyny, przynajmniej na razie, przyszedł ci z pomocą Vergil. Dawno, nie czułeś takiego przytłoczenia swoim darem. Jeszcze przez dobrą chwilę łupało ci w głowie. Tak, jakby ci ktoś igły wbijał w czaszkę.
Kelner, którego wcześniej przywołano przyniósł ci szklankę zimnej wody, licząc, że coś pomoże.
-Proszę pana, czy wszystko w porządku?-zagaił kelner-Jeśli będzie się pan dalej źle czuć, zaprowadzę pana do pokoju gościnnego, żeby mógł pan wypocząć. Proszę, w razie czego mnie wołać.- nie dane mu było dłużej z wam przebywać, bo już go ktoś zawołał.
Sam nie wiedziałeś, jakim cudem, twoja umiejętność tak zaczęła dawać ci się we znaki. Mimo, że usilnie starałeś, jakoś trzymać, to znowu czaszka zaczęła ci pulsować. Czułeś, że gdzieś blisko, było mnóstwo pokładów energii. Nie rozumiałeś jej, ale czułeś, że jest na tyle dużo, że twoja umiejętność po prostu fiksowała.
W pewnym momencie, dosłownie, jak ręką odjął wszystko się skończyło. Czułeś się tak, jakby przed chwilą nic takiego się nie stało. Bez problemu mogłeś funkcjonować.
Mogłeś takie, w końcu zauważyć, że tylko Vergil, z waszego towarzystwa, zainteresował się twoim stanem zdrowia. Przeszła ci przez głowę myśl, że to ktoś chyba, godny zaufania i warto, mieć go po swojej stronie.
Kiedy tak się rozglądałeś, już wiedziałeś, że tylko wy mieliście takie pierścienie. Zatem, coraz więcej pytań wpadało do twojej głowy, ale najbardziej nie dawało ci spokoju to, że tak szybko minął ból.

Lex

Lex, mogłeś zobaczyć bardzo dużo welonków. Wszystkie pływały powoli, spokojnie Chyba im w ogóle nie przeszkadzała muzyka, ani obecność gości balu. Mogłeś także dostrzec, że wnętrze zabawnego akwarium jest zaopatrzone w świeży tlen specjalnymi rurkami. Do tego, mnóstwo zielonych glonów, a także ozdób takich jak małe ruiny zamku czy nawet figurka syrenki siedzącej na kamieniu. Widać, właściciel, bardzo dobrze dbał o zwierzęta, tak jak mówił. Idąc tak wzdłuż rzeki, dostrzegłeś coś ciekawego. Ta, przechodziła przez ścianę. Niestety, mogłeś tylko się domyślić, że prowadzi do większego zbiornika, z którego przypływają rybki.
Idąc tak za rzeką, niechcący wpadłeś na młodą dziewczynę. Miała jasnoróżową suknię, z lekkimi falbanami na dole. Bolerko z bufiastymi rękawami ozdobione zostało niebieskimi kokardkami w dolnych partiach, od wewnętrznej strony. Na dłoniach miała białe, koronkowe rękawiczki. Jej szyję zdobiła perłowa kolia, dopasowana do kolczyków. Zanim wasz wzrok się spotkał, ujrzałeś blond włosy o jasnoróżowych końcówkach opadających luźno na plecy. Jej brzoskwiniowe lico ozdobione było lekkim różem na policzkach. Usta miała lekko otwarte, jakby chciała coś powiedzieć, ale na twój widok oniemiała. Jej oczy mały dość ciekawą barwę, gdyż niebieski kolor przechodził w zielony, im bliżej było do źrenicy. Dostrzegłeś coś jeszcze. Mianowcie to, że trzymała w dłoniach pusty kielszek, gdyż jego zawartość znalazła się częściowo na jej sukience. Na szczęście, dla ciebie, były to dolne partie ubioru. Nie rzucały się tak mocno w oczy, ale jednak. Połowa trunku znalazła się na podłodze, tuż pod jej perłowymi szpilkami. Przez swoje gapiostwo uderzyłeś ją, a ona oblała się napojem ze szklanego naczynia.Wypadałoby jakoś się zrewanżować za swoje gapiostwo.

Xel

Xel, ty zaś mogłeś podziwiać muzyków, bo tak też wybrałeś. Harfa, na której grała blondynka o niebieskich oczach, była wykonana z drewna. Dało radę dostrzec, że wszystkie ozdoby, jakimi były kwieciste wzory, zostały wykonane z niesamowitą dokładnością. Miałeś wrażenie, że są to prawdziwe kwiaty wtopione w drewno barwy ciemnobrązowej. Stylizowany na kształt trójkąta instrument, posiadał jedną stronę zakończoną tradycyjnym ślimaczkiem. Prosta ozdoba, ale zawsze w modzie. Co do harfistyki ubrana była w białą, lejącą się suknię zrobioną z anielskiego materiału. Odbijał on nieznacznie światło, padające z żyrandola, dając efekt mocniejszego połysku stroju kobiety. Ramiona miała odkryte, były lekko zaokrąglone. Szyję zaś zdobił szafirowy naszyjnik ze złota. W blasku światła prezentował się znakomicie. W szlachetnym kamieniu odbijała się ta część sali, która była tuż za twoimi plecami. Mogłeś dostrzec całą scenę, jaka rozegrała się z udziałem Vergila oraz hrabiego, który dość szybko się oddalił, kiedy kelner o czymś go poinformował. Dostrzegłeś także Jhina, który nieostrożnie wpadł na Thresha chcącego zatańczyć z Deith.
Podnosząc wzrok wyżej ujrzałeś jak delikatne lico ma harfitka. Kilka kosmyków blond włosów kontrastowało z cerą oraz delikatnym różem na policzku. Włosy miała rozpuszczone luźno na plecy. Nie wiesz, jak długie były, ale najpewniej do ramion. Ponieważ miała zamknięte powieki, widziałeś jakie cienie je zdobią. Ciemny niebieski po wewnętrznej stronie, przechodził w lewą stronę w nieco jaśniejszy odcień. Dawało to efekt smooke eyes. Rzęsy miała naturalne, długie, nie musiała ich poprawiać maskarą. Kobieta wywarła na tobie spore wrażenie. Jeszcze, jej wąskie palce, które tak delikatnie dotykały strun. Zupełnie tak, jakby traktowała je niczym porcelanę. Paznokcie pomalowane miała na perłowy kolor, tak aby pasowały do sukni. Butów dostrzec nie mogłeś, bo te skryte były pod suknią. Tuż obok niej stał fortepian, a mężczyzna ubrany był w czarny smoking. Nie mogłeś dostrzec jego twarzy, gdyż siedział tyłem, na małym stołeczku. Widziałeś za to jego eleganckie buty, chyba, na twoje nieszczęście zrobione z krokodylej skóry. Czarna czupryna, co jakiś czas poruszała się delikatnie na boki, w rytm wygrywanej melodii. Każdy ruch jaki wykonał jego palce na białych i czarnych klawiszach świadczył o tym, że miał bardzo duże doświadczenie. Nie naciskał mocno, ale też nie był to za lekki nacisk. To były idealne zgranie z instrumentem. To zaś, prezentowało się dosyć prosto. Nie posiadało zbyt fantazyjnych ozdób, nie licząc brzegów klapy. Nóżki, na których stał  fortepian były proste ze specjalnymi poduszeczkami, aby nie porysować podłogi. Tuż obok stała skrzypaczka. Czarna, sięgająca samej ziemi suknia, kontrastowała z białym fortepianem. Opierała się brodą o skrzypce. Po jej wyrazie twarzy, widziałam, że podobnie jak pozostała dwójka, bardzo wczuwa się w melodię jaka wydostaje się spod smyczka ocierającego struny. Powieki miała pomalowane na czarno, zaś rzęsy lekko podkręcone. Miała, zdecydowanie mocniejszy róż na policzkach, niż jej koleżanka po fachu. Jednak, nie rzucało się to tak mocno w oczy, gdyż jej cera była ciemniejszego koloru. Śmiało mogłeś uznać ją za mulatkę. Włosy miała czarne jak węgiel. Spięte z tyłu głowy, w finezyjny kok, ozdobiony sztuczną różą. Drobny detal, a ile zmieniał w jej wizerunku. Jej suknia posiadała krótkie, lejące rękawy sięgające mniej więcej połowy bicepsu. Dlatego przy każdym ruchu, materiał delikatnie falował. Jej prawy nadgarstek zdobiła cieniutka, złota bransoletka, zaś lewy zegarek. Na serdecznym palcu prawej dłoni miała złoty pierścionek z niewielkim diamentem. Dostrzegłeś także, że ten drobny detal jest podobny do medalika, zawieszonego na łańcuszku oraz kolczyków. Prawdopodobnie, był to komplet, który wieńczył jej ubiór. Tuż obok kobiety, na brązowym krześle o czerwonym siedzisku siedział kontrabasista. Dobrze zbudowany jegomość, którego częściowo przysłaniał instrument. Ten nie był fantazyjnie udekorowany. Typowy kontrabas wykonany z drewna dębowego. Smyczek poruszał się po strunach szybko i pewnie. To jakby ten muzykant prowadził wszystkich pozostałych. Podobnie jak pierwszy instrumentalista, ten także posiadał frak. Mogłeś także dostrzec przód białej koszuli, ozdobiony falbanami. Do tego, czarna mucha, która komponowała się idealnie, z poprzednim dodatkiem. Z racji swej masywnej postury, mężczyzna był szeroki w barach. Jego dłonie były naprawdę duże. Tak przeszła ci przez myśl, że twoje, przy jego są dość małe i delikatne. Szyję miał grubą, a jak się dobrze przyjrzałeś to mogłeś dostrzec pulsującą żyłę. Kontury twarzy były ostre, a same lico miało nieco kwadratowy kształt. Solidna szczęka ozdobiona była, idealnie przystrzyżoną bródką. Nos szeroki, dzielący zamknięte oczy. Te, na krótką chwilę się otworzyły. Jegomość wyczuł, że jest obserwowany, więc postanowił zobaczyć, kto ośmielił się podejść, aż tak blisko. Tęczówki jego oczu były czerwone niczym rubin. Mogłeś je podziwiać tylko krótką chwilę, gdyż mężczyzna szybko zamknął powieki. Jego opalona cera, pasowała do brązowych włosów spiętych w koński ogon. Jego uszy zostały zakryte pasmami włosów, luźno puszczonych, ale jak się bardzo dobrze przyjrzałeś, to po prawej stronie, tak trochę widać było mały kolczyk w kształcie kółeczka. Ostatnią osobą w zespole był flecista. Młody chłopak o dość wątłej budowie. Mimo, że i on posiadał czarny frak i tak było widać, że jest on nieco na niego za duży. Rękawy zwisały bardziej niż powinny, kiedy tak trzymał ręce uniesione ku górze. Palce były dość kościste. Widziałeś jego kości, dość wyraźnie. Może facet był wychudzony, albo na coś chorował. Nie byłeś tego pewien. Jego koszula nie posiadała żadnych ozdób. Najzwyklejsza biała koszula. Widać, lubił prostotę. W kieszeni fraka, zamiast tradycyjnej ozdobnej chusteczki, widniała biała róża. Kwiatek, mocno kontrastował na tle czarnego materiału. Szyję miał długą, jak u łabędzia. Widać było kilka żył, co nie dodawało uroki muzykantowi. Jego twarz była podłużna, a na brodzie miał lekki przedziałek. Zaśmiałeś się pod nosem z tego, bo wyglądało to tak, jakby miał pośladki na brodzie. Kości policzkowe miał dość mocno widoczne, ale co się dziwić, skoro wyglądał jak wyglądał. Nos miał szpakowaty, co nawet do niego pasowało. Jego oczu, także nie mogłeś dostrzec, gdyż miał zamknięte powieki. Palce, poruszały się na przemian, w zależności jaką nutę chciał zagrać. Jako, że flet prosty, został wykonany ze świecącego, wypolerowany, odbijał się w nim sufit, część lica mężczyzny oraz część sali balowej, tej znajdującej się za twoimi plecami. Byłeś tak oczarowany muzyką, że mimowolnie zacząłeś kołysać się na boki. Zupełnie zapomniałeś, że rozdzieliłeś się, na dość znaczną odległość z bratem.
Ktoś jednak, twoje słuchanie muzyki przeszkodził. Delikatnie klepnięcie w ramię, skuteczne oderwało cię od zajęcia. Kimś, kto był wyrwał cię od tego, była młoda brunetka o piwnych oczach. Uśmiechała się szczerze do ciebie. Jej włosy falowane włosy, ozdobone były małym perełkami połyskującymi od blasku światła padającego z żyrandola. Cerę miała lekko opaloną, więc perłowa długa suknia prezentowała się niemal perfekcyjnie na jej osobie. Mogłeś zobaczyć, że jej ramiona okryte były puchatym, białym bolerkiem. Wyciagnęła prawą rękę w twoja stronę. Otworzyła dłoń, zapraszając cie przy tym gestem do tańca. Na jej palcach widniały złote pierścionki obrączki. Na prawym nadgarstku zaś miała bransoletkę ze sztuczną różą.
-Zatańczymy.-zapytała uśmiechając się szczerze.
Złapała cię za rękę i pociągnęła na miejsce wydzielone do tańca.
-Obserwowałam cię, od kiedy tutaj przyszedłeś. Zaciekawiłeś mnie.-zaczęła rozmowę-Jesteś tutaj z bratem?-dalej się uśmiechała-Fajna sprawa mieć rodzeństwo prawda? Tylko to też pewnie kłopot, bo musisz się wszystkim dzielić, prawda? Ja nie wiem, jak to jest mieć rodzeństwo, bo jestem jedynaczką.-zaśmiała się, a kiedy muzyka się zmieniła, zaczęła cię prowadzić w tańcu.

Thresh

Thresh, kiedy tak rozgladałeś się, ponownie po pomieszczeniu zawitała w do ciebie pewna nostalgia. Jako jedyny tutaj, nie licząc Vergila, bo nie wiadomo było, czy można go nazwać do końca żywym, jesteś martwy. Nie posiadasz ciała, podczas gdy inni je mają. Byłeś inny, a to nie jako spowodowało, odczucie, że nie pasujesz tutaj. Oni wszyscy wiedli swoje żywota, nieświadomi tego, że pod ich nosem znajdowała się śmierć. Tak, ty nią byłeś. Kimś, kto w jednej chwili mógł ten kolorowy świat zniszczyć. Ty byłeś  jesteś przeciwieństwem tych wszystkich, zgromadzonych osób. Przypomniało ci się to, co sprawiło, że jesteś tym kim jesteś. To tamten dzień sprawił, że utraciłeś swoje człowieczeństwo. Z jednej strony, to bardzo dobrze, bo stałeś się wręcz nieśmiertelny, zyskałeś moc, ale z drugiej...wieczna samotność. Kiedyś tego nie było. Nawet, jeśli uchodziłeś za potwora, to miałeś kontakt z innymi. Przebywałeś z nimi, rozmawiałeś, ale teraz. Teraz każdy od ciebie uciekał, bo byłeś inny. Nie tylko dlatego, że niosłeś śmierć, ale dlatego, że odstraszałeś wyglądem. Nawet, jak chciałeś się do kogoś zbliżyć, nie byłoby to możliwe. Nie byłeś już człowiekiem, nie należałeś już do tego świata. To nie był twój świat. To był ich świat, świat ludzi. Tylko ten świat, nadal cię przyciągał. Nie potrafiłeś tak łatwo odpuścić. Miałeś wspomnienia z poprzedniego życia. Może nie były zawsze wspaniałe, ale wtedy nie byłeś samotny i miałeś coś jeszcze...wolność. Teraz, w pewien sposób jej nie miałeś. Wiedziałeś o tym doskonale, dlatego nostalgia zaczęła nieco narastać. Jeszcze przeszła ci przez głowę myśl, że dobrze by było znowu być człowiekiem, znów robić to, co się kocha, lubi. Na widok fontanny czekolady, poczułeś większe uczucie bólu. Dobrze zrobiłeś, że zdecydowałeś się poprosić Deith o taniec. To pozwoliło ci, przynajmniej na jakiś czas odepchnąć nostalgię na bok i cieszyć się trwającą chwilą.
Jhin, który wpadł na ciebie z powodu twojego, chwilowego smutku, prawdopodobne zobaczył coś, czego nie chciałeś ujawniać. Poza tym, facet po jakiejś chwili, zaczął się na ciebie gapić jak sroka w gnat. Śmiało mogłeś pomyśleć, że to jest bęcwałem, ale w sumie to był artysta, jak już zdążyłeś usłyszeć. Chociaż, jak się tak pomyśli, to każdy artysta jest zdrowo kopnięty, może ten także był?

Deith

Tak, alkoholu było tutaj mnóstwo. Nie był to byle jaki trunek. Wszystko to, było drogimi alkoholami. Niektóre z nich miały nawet kilka lat. Oczywiście, dotyczyło to win, których tutaj nie brakowało.
Skoro, zamierzałaś się upić, to była to twoja sprawa. Owszem, byłaś wśród obcych, ale cz na wystawnym balu, ktoś zrobi ci krzywdę? Oczywiście, że nie. Zaproszeni ludzie, to była elita. Jednak, jak to czasami z takimi bywa, też potrafili nadużywać alkoholu. Nawet bardziej, niż mieszczaństwo. Ba, często się nawet z tym w ogóle nie kryli, gdyż w takim wykwintnym gronie czuli się swobodnie oraz jakby znali się niczym łyse konie.
Spacerując tak po sali, dostrzegłaś, jak to bywa z kobiecym wzrokiem, że chyba tylko wy posiadacie tak piękne pierścienie. Nie dostrzegłaś, żeby ktoś jeszcze takie posiadał. Przeszła ci przez głowę myśl, że skoro na wasz widok, hrabia był taki szczęśliwy, to musieliście być pod jakimiś specjalnymi względami.
A cóż chodziło hrabemu, gdy o tobie wspomniał, rozmawiając z Jhinem? O zwykłe przedstawienie piromancji. On zagrałby jakąś melodię, ty zaś, do tych ntu, zaprezentowałabyś swoje zdolności panowania nad ogniem. Dlatego hrabia uznał, że moglibyście stworzyć, wręcz duet idealny.
Nawet nie zauważyłaś, ale od kiedy tylko zaczęłaś się rozglądać po sali, dostrzegł cię dość wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Ubrany w czarny garnitur, ozdobiony czerwoną różą. Siedział przy jednym ze stołów. Jego dwukolorowe oczy obserwowały cię ważnie. Jedno oko zielone, drugie brązowe, kontrastowały z jego opaloną cerą. Wstał, po czym udał się w twoją stronę z zamiarem zaproszenia cię do tańca, jednak nie było mu to dane. Zmarszczył brwi oraz szpakowaty nos, kiedy to dostrzegł, że zostałaś poproszona do tańca. Thresh go ubiegł. Nie był z tego powodu zadowolony. Oparł się o brzeg stołu. Sięgnął po kieliszek szampana, wprost z postawionej mu przed nosem srebrnej tacce. Odgonił kelnera, aby nie zasłaniać mu widoku. Skrzyżował ręce na piersi, po czym popijając trunek, nie spuszczał wzroku z ciebie oraz Thresha. Chyba, nad czymś intensywnie myślał.
Jedyne, co w tej chwili mogłaś poczuć, to fakt, że ktoś cię obserwuje. Nie byłaś jednak pewna, kto i z której strony, gdyż było tutaj sporo osób, które przyglądały się tobie, jak i tym, z którymi przybyłaś na bal.

Jhin

Tak to jest, jak się zapatrzysz na piękną kobietę. To przez tą rudą, w czerwonej sukni, na drugim końcu sali, wpadłeś na Thresha. Im dłużej wpatrywałeś się w jego oczy, tym bardziej ogarniał cię pewnego rodzaju niepokój, ale zarazem fascynacja. Gdybyś mógł, to byś zabrał mu te przepiękne oczy tylko dla siebie.
Jednak dostrzegłeś coś. Coś co włączyło ci tak zwane żółte światło ostrzegawcze. Może to tylko ci się zdawało, ale pewności nie miałeś. W tych pięknych oczach dostrzegłeś śmierć. Ciarki przeszły cały twój kręgosłup. Inny, na twoim miejscu, dałby spokój, ale nie ty. Lubiłeś konszachty ze śmiercią. Uwelbiałeś ją za to, że była tak perfekcyjna, zupełnie jak oczy Thresha.
Tak się zapatrzyłeś w te szmaragdowe oczy, że stałeś jak oczarowany, prawie na środku sali. Ludzie zaczęli szeptać coś do siebie. Zaczynało to wyglądać trochę dziwnie, kiedy to mężczyzna, wpatrywał się tak intensywnie w w drugiego mężczyznę. Jednym słowem, zacząłeś walić po oczach swoim zachowaniem. Już poszło kilka plotek, że chyba jesteś homoseksualistą, skoro tak uraczyłeś się urodą czarnowłosego i być może, a nawet na pewno, dostałeś strzałą od Amora w dupsko, skoro nawet gębę rozdziawiłeś z tego wszystkiego. Ot, taki niekontrolowany ruch.
Jedna z kobiet, właśnie ta ruda, która to sprawiła, że wpadłeś na Thresha, podeszła do ciebie. Przejechała dłonią po twoich plecach.
-Czyżby ten mężczyzna był ładniejszy ode mnie?-ujęła twój podbródek, aby odwrócić twoją głowę w swoją stronę-Jestem pewna, że jestem zdecydowanie ładniejsza, niż on.- jej oczy miały intensywny zielony kolor.
Wpatrywała się w ciebie z uwagą. Miała delikatny puder na twarzy, a usta pomalowane brzoskwiniową szminką. Powiek ozdobione lekkim, brokatowym fioletowym odcieniem.
Mogłeś także, zajrzeć w jej biust, który dość mocno został wyeksponowany.
Jej dłoń, z twoich pleców przeniosła się na twój tyłek. Ścisnęła ci pośladek, uśmiechając się zadziornie. Nim zaprotestowałeś, pociągnęła cię na parkiet. Akurat zaczynała się kolejna, muzyczna partia, więc mogliście zatańczyć, chociażby walca. Ewidentnie wpadłeś tej kobiecie w oko i zamierzała walczyć o twoją uwagę tej nocy.


Wszyscy

Minęło, jakieś trzydzieści minut, kiedy światła nieco przygasły i nabrały lekko czerwonej barwy. Muzykancie zaś zaczęli grać bardzo spokojną melodię. Na podłodze, począł głębić się różany dym, wychodzący prosto spod sceny. Wszyscy zwrócili się w jej stronę. Poczęli podchodzić, aby zorientować się w tym, co się dzieje.
Dymu przybywało i przybywało, aż w końcu, scena całkiem zniknęła.
Pierwszym z was, który usłyszał grzechot łańcuchów był Vergil, z racji tego kim był. Mało tego, drogi wampirze, czułeś krew, dużo krwi w dodatku świeżej krwi. Khada, ty zaś rozpoznałeś kształty sylwetek, które delikatnie jawiły się za dymem. Deith, ty zaś masz dylemat, czy powiedzieć o pewnej rzeczy, którą zaobserwowałaś jakiś czas temu.
Zauważyliście też, że kryształki na waszych pierścionkach zaczynają bardzo mocno świecić jasnym blaskiem. Im więcej było dymu, tym, te mocniej świeciły. Thresh czułeś trzy aury, jedna bardzo silna, nigdy takiej nie widziałeś, zaś dwie były nieco słabsze, ale gdzieś już ci kiedyś mignęły, nie byłeś pewien gdzie. Czułeś też, że ucieka z nich życie.
Terjei, napływ energii był tak ogromny, że upadłeś z bólu na kolana. Oberwałeś tak silnym podmuchem energii magicznej, że twoje ciało ledwo to mogło znieść. Czułeś, że zaraz twoje pytania otrzymają zabawę. Lex i Xel, nie było wam zbyt przyjemnie, kiedy nagle otoczenie się zmieniło i to tak radykalnie.
Nastała cisza, zupełnie taka, jakbyście znaleźli się w pomieszczeniu dźwiękoszczelnym.
Gdzieś, blisko was słyszeliście, dość lodowaty ton głosu, który odezwał się tymi oto słowami:
-Chcieliście odpowiedzi więc…-[b]nastała chwila ciszy-[b]Zapraszam na spektakl, w którym wy będziecie główną atrakcją!-głos rozszedł się po całym pomieszczeniu, po czym ponownie nastała głucha cisza.


//OOC:
Macie muzyczkę na tło: https://youtu.be/CJoIYjkX74E i zaczynamy zabawę.

Jeśli będziecie ładnie grać-to w pewnym momencie, możecie dostaniecie ode mnie małe wsparcie na fabule.
Powodzenia.
Poza tym, widzę, że wam się bardzo nudzi, więc trzeba to zmienić.
Nie ma póki co kolejki.





Ostatnio zmieniony przez Twisted Fate dnia Sob Sty 28, 2017 12:24 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 19

#10PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Wto Sty 24, 2017 8:47 am

Na przestraszoną mimikę hrabiego oraz lekki stresik z jego strony, zareagowałem jedynie pobłażliwym uśmiechem.
Gdybym był w regularnej sytuacji, nawet nie zastanawiałbym się nad koleją rzeczy.
Jednakże nazywanie akurat tych wydarzeń zaledwie niezwykłymi byłoby sporym niedopowiedzeniem. Starałem się więc każdy aspekt każdej sytuacji analizować - zwłaszcza, jeśli dotyczyła Vonder Crafta. W końcu chciałem rozgryźć, jakim cudem odnalazł mnie tak łatwo. Bo nawet, jeżeli gadanina o kilkuletnich poszukiwaniach była prawdziwa, to jak dla mnie i tak była niewystarczająca.
O czym więc najpierw pomyślałem? O tym, że hrabia miał coś do ukrycia. Wcześniej, w trakcie gdy nas witał, w widoczny sposób dał znać o swojej przypadłości. W dodatku był po prostu stary. Widać było, że pogodził się ze śmiercią. Czymże mógłby więc się stresować ze strony kogoś takiego, jak ja?
Nie umknęło więc mojej uwadze, że drgnął z niepokojem, odwracając się, tuż po zamknięciu drzwi za nami wszystkimi, gdy już weszliśmy. Zignorował mnie i udał się gdzieś z kelnerem, ale... może to i lepiej?
W końcu sprawdzanie jego wiarygodności byłoby niejako nietaktem.
Spróbowałem więc otworzyć drzwi. Niezbyt mocno, wręcz od niechcenia, raczej nie rzucając się z tym w oczy - naturalnie. Ot, by sprawdzić, czy nie były w jakiś sposób zamknięte. Jeżeli dawały się bez problemu otworzyć, zaczerpnąłem jeszcze raz świeżego powietrza z zewnątrz i zamknąłem je za sobą.
Nie zależało mi na ucieczce, nie obawiałem się tego, co mnie czeka tu, w środku. Pchnęła mnie do tego jedynie ciekawość.
...no i zastanawiała mnie ta dziwna wzmianka o przystawkach. W końcu na stołach już coś było, więc... czyżby chodziło o jakieś inne przystawki?
Dopiero chwilę później ruszyłem do Terjeia, z którym nawiązała się krótka i - z niewiadomych dla mnie względów - dosyć... oschła, chyba, rozmowa. Cóż - wydaje mi się, że skoro hrabia Vonder Craft spędził tyle lat na poszukiwaniu mnie, człowiek o prawdopodobnie mniejszej siatce szpiegów nie mógłby wiedzieć o tym, że czerń na moich skrzydłach wzięła się ze "zlych uczynków"... a raczej tych, które powszechnie uznawane były za złe.
Z drugiej strony, gość mógł zwyczajnie mieć taki charakter i temperament. Albo jakieś... przeczucie, kto go tam wie. Jako w jakiś sposób unikatowy (co stwierdziłem po tym, jak odparł, że popularny nie jest - a z jakiegoś powodu Vonder Craft musiał go jednak zaprosić) stróż prawa, pewnie był dość inteligentny emocjonalnie. Taka cecha znacznie pomagałaby ludziom w śledztwach i rozpoznawaniu, "co jest dobre, a co złe". No cóż, trudno. Nie będę z niego niczego wyduszał na siłę, ale spróbuję jeszcze raz.
- Mhm. Więc w jakiś sposób odnalazł nas, mimo naszych starań, by łatwe to nie było. Cała ta sytuacja jest dość mocno... podejrzana. - rzekłem, rozglądając się wokół, aczkolwiek nie szukając niczego konkretnego. - Tylko nasza siódemka przyjechała tymi dziwnymi powozami. I tylko my dostaliśmy te pierścienie. - dodałem, choć pewnie ten facet też zwrócił na to uwagę. - Coś nas jeszcze czeka na tym balu. - ...choć za cholerę nie mogłem rozgryźć, co. Ale nie po to próbowałem się "skumać" z detektywem, żebym musiał o tym myśleć sam, czyż nie? - Wyglądasz na dość rozgarniętego osobnika. Jeśli masz jakieś podejrzenia, mów. Obaj próbujemy odgadnąć, co tu się w ogóle dzieje.
Wiedziałem, że gość nie zaufa mi tak łatwo, po tych paru słowach. Nie siliłem się więc na udawanie przyjaciela, starałem się być raczej neutralny. Póki co, facet nie miał jednak zbyt wielkiego wyjścia. Znaczy, no - miał, mógł próbować siedzieć samemu - choć to raczej nie przyspieszyłoby mu rozwiązania wszechobecnej zagadki - lub zwrócić się do innych. W końcu cała nasza siódemka stała po tej samej stronie barykady... chyba. Miałem takie przeświadczenie graniczące z pewnością, że nikt z nas nie spodziewał się zaproszenia, tak samo jak nie zna prawdziwego programu tego balu.
Spostrzegłem kelnera który podszedł, zawołany chyba przez kogoś, kto zauważył, w jak kiepskim stanie jest Terjei. Nijak jednak nie reagowałem na jego słowa. Dla kogoś nieobeznanego w walce czy magii wystarczająco dobrze, odizolowanie się od całej reszty nie było najrozsądniejszym wyjściem. Z drugiej strony, gdyby zaden niecny podstęp nie groził im wszystkim, być może hrabia dysponowałby jakimś medykiem, który by coś zaradził na przypadłość tego faceta. No cóż, jego wybór. Zawsze mogłem zająć się czymś innym. Tak czy inaczej - kelner zwiał równie szybko, co się pojawił, zostawiając Terjeia tylko z dobrymi chęciami i słowem. Cóż... też mi pomoc.
- Także... jeśli nie masz nic przeciwko małej współpracy, zobaczmy się w tym miejscu jakoś za kwadrans, może trochę dłużej. Rozejrzyjmy się, może znajdziemy coś ciekawego. - powiedziałem, nie czekając nawet za bardzo na odpowiedź. Zostawiłem po prostu tego człowieka z propozycją do rozważenia.
Sam zaś ruszyłem na obchód po całej sali, skupiając słuch, węch i wzrok na wszystkim, co było wokół. Wszystko było ogromne i przytłaczające, ale dla mnie nie stanowiło niemożliwego wyzwania, jeśli miałem chwilę czasu. Spoglądałem na stoły, na ściany, sufit, okna, mój wzrok przeskakiwał po kolejnych gościach - i od czasu do czasu szukałem też Terjeia. Głupio byłoby, gdyby koleś zemdlał. Nawet jeżeli nie miałbym ochoty mu pomóc, warto byłoby chociaż o tym wiedzieć.
Nasłuchiwałem głównie jakichkolwiek podejrzanych dźwięków, ale kiedy przechodziłem obok jednego z pięciu pozostałych posiadaczy pierścieni, również skupiałem się na nasłuchiwaniu. Miałem na tyle dobry słuch, że nie wyglądałem raczej na kogoś, kto podsłuchuje, a raczej przypadkowo przechodzącego gościa na balu.
Węch skupiałem zaś na pracownikach obsługi i każdym, kto wydawał się pracować pod wodzą hrabiego. Byłem ciekaw, czym się mogą trudnić, a zapach przedstawiał to dość dobrze. Prócz tego, starałem się wyczuwać oczywiście jakiekolwiek podejrzane zapachy.
Wszystko to było dość trudne, przechodziłem wszędzie dość powoli. Niewystarczająco, by skupić się na tym i wyrobić się w wyznaczonym przeze mnie czasie - minęło pewnie niecałe pół godziny, zanim znalazłem się na umówionym miejscu. Może chociaż zebrałem wystarczająco dobre wnioski z tego wszystkiego.
Nagle wystrój sali zaczął powoli zmieniać się, a ja dosłyszałem niepokojący dźwięk. Łańcuchy?...
Nie myliłem się. Ale co to mogło oznaczać?
Cóż, pierwsze, co przychodziło mi na myśl to to, że na scenie pojawi się cos... no, z łańcuchami. Potwory? Więźniowie? Psy? Trzy pierwsze rzeczy, jakie przyszły mi do głowy.
I nagle przypomniałem sobie o "przystawkach". Czyżby to goście tego balu mieli nimi być?
Hoho, kurwa niedoczekanie - wyszczerzyłem się w drapieżnym uśmiechu, a kły miałem nieznacznie dłuższe, niż zwykle, choć od normy nie odbiegały - w końcu nie próbowałem się napić. A... chciałbym nawet. Byłem najedzony, ale nagle uderzyła mnie woń świeżej, apetycznej krwi. Na wszelki wypadek parę dni przed balem zabezpieczyłem się, by nie tracić nad sobą kontroli, więc... no, po prostu zaburczało mi w brzuszku.
Dostrzegłem też, że mój pierścień zaczął się jarzyć karmazynowym blaskiem. Jeżeli na umówionym miejscu był też Terjei, podszedłem do niego, przy okazji spoglądając, czy i jego klejnot świeci.
Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tak się dzieje, ale w sumie - dlaczego by nie spróbować zauważyć różnicy? Dałoby to proste wnioski. Większość z siódemki pewnie będzie zbyt przejęta ogólnym napięciem i raczej nie pomyślą o tym, co ja.
Zdjąłem pierścień i położyłem na stole obok. Byłem ciekaw, co stanie się z resztą ich posiadaczy, a co nie stanie się ze mną. Nie oponowałem, jeżeli Terjei postanowił zrobić to samo - w razie potrzeby, zobaczy się efekt na pozostałych pięciu.
Ciekaw też byłem, co się stanie, jeżeli zniszczę pierścień. Nie robiłem tego jednak póki co. Raz już ten przedmiot był kluczowy, więc możliwe, że teraz też będzie. Pytanie tylko, czy okaże się ratować sytuację jakimś sprytnym zastosowaniem, czy może właśnie przez zniszczenie go.
- Cholera... - podniosłem gorzki ton głosu, jeżeli Terjei był w pobliżu i jeśli dane było mi zobaczyć, w jak kiepskim stanie jest ten typ. Nie żebym jakoś szczególnie mu współczuł, ale póki byłem zdecydowany na współpracę z nim, nie mogłem pozwolić, by coś mu się stało. Rozejrzałem się wokół, by upewnić się, co do bezpieczeństwa. Co chwila mój wzrok uciekał na zadymioną scenę, choć nie było to konieczne - słuch był wystarczający, by ostrzec mnie przed wszystkim.
Jeżeli Terjei sprawiał wrażenie niezdolnego do zbyt sprawnej kontroli nad swoim ciałem, postarałem się odciągnąć go nieco dalej od sceny, by oprzeć go o fontannę, która była nieco dalej. Łatwiej będzie go bronić - o ile zajdzie taka potrzeba - gdy będzie miał osłonięte plecy.
Jeżeli zaś gość zaraz podniósł się, otrzepał i było po wszystkim, cóż - nie było sensu go ruszać. Dorosły facet. Pewnie i tak by go odtrącił, a nic na siłę.
Wyjąłem koncerz, dotychczas wiszący za moimi plecami. Był na tyle ładnie wykonany, że mógł przypominać broń reprezentacyjną, ale miał całkiem dobre walory bojowe, jeżeli ktoś potrafił się nim posługiwać. Nie przyjmowałem pozycji do walki, bo nie było w ogóle takiej potrzeby. Obróciłem więc go tak, by ostrzem skierowany był do ziemi, swobodnie trzymając go za długą rękojeść. Spojrzałem na Terjeia (jeśli był w pobliżu, decydując się na współpracę ze mną). Jeżeli w nic się nie wyposażył, zagadałem, gotów oddać swój kawał stali.
- Masz jakąś broń?
Później tylko obserwowałem przebieg sytuacji, poszukując wzrokiem pozostałych posiadaczy pierścieni i rzucając okiem na scenę. Jeżeli przy obchodzeniu sali dostrzegłem jakieś inne, niepokojące elementy - na nie również starałem się zwracać uwagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Thresh
Liczba postów : 91
Dołączył/a : 26/11/2016

#11PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Wto Sty 24, 2017 4:18 pm

Źle się czułem pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi. Przypomniało mi się dosłownie wszystko - kim byłem, co robiłem jeszcze wtedy, gdy byłem potworem ze swoim normalnym ciałem. Kiedy nie byłem zjawą. Przypomniało mi się też, w jaki sposób skończyłem swój marny żywot - w sumie nie do końca marny, gdyż miałem bardzo ciekawe zajęcie w postaci znęcania się nad istotami w sposób fizyczny jak i psychiczny. Hah.. myślę tak, jakbym już tego nie robił. A robię, z jeszcze większą przyjemnością i satysfakcją, odgrywając się za to, co spotkało mnie na końcu cienkiej linii życia. Gdy pewne obrazy zawitały do mojego umysłu, lekko wykrzywiłem swe usta w grymasie bólu, który odczułem po części. Nie mogłem o tym zapomnieć, choć starałem się. Teraz nie wiedziałem, czy dobrze zrobiłem przychodząc tutaj. Tylko niepotrzebnie się zdołowałem, widząc te wszystkie cuda przeznaczone dla osób żywych. Patrząc na tych wszystkich świetnie bawiących się ludzi zacisnąłem lekko dłonie w pięści, jakbym chciał zaraz wybuchnąć i kazać wszystkim przestać. Niestety, musiałem nad tym zapanować, inaczej źle się skończy. Moja przykrość często przemieniała się w ból, a ból w nienawiść.
Z takich przemyśleń wyrwał mnie mężczyzna, który to raczej nieumyślnie wpadł na mnie. Odsunąłem się lekko, a na twarzy malowało się ledwo zauważalne zdziwienie - to raczej normalny odruch przy takiej sytuacji. To zabawne, jak moje ciało reagowało na takie bodźce. Już myślałem, że tak po prostu sobie pójdzie, jednak on stał. Stał i się na mnie gapił. Tak po prostu. Miałem coś na twarzy? A może.. może zobaczył moją czaszkę, bo moja iluzja złapała lekkich zakłóceń? Nie, to niemożliwe. Wszystko miałem pod kontrolą, więc zastanawiałem się właściwie, o co chodzi. Nawiązywałem z nim kontakt wzrokowy który trwał zupełnie dłużej, niż powinien. Wyprostowałem się, wydymając lekko usta. Patrzyłem z góry, rzadko kiedy mrugając. Tak właśnie wyglądało u mnie pomieszanie pogardy z lekkim zdziwieniem. Przyznam, że wyglądało to dość dziwnie, nawet niektórzy już coś między sobą szeptali - dość teatralnie, nie, w ogóle tego nie widziałem. Niech Ci ludzie wreszcie wetkną nos w swoje sprawy.
- Właśnie widzę, że się zamyśliłeś. I to najwyraźniej bardzo. - przeciągnąłem nieco dialog, chcąc wyczuć aurę tego mężczyzny. Nie była niczym specjalnym, tylko chaotycznym kłębkiem energii. - Nie przeszkodziłeś. Taniec to nic niezwykłego.
Tym zdaniem zakończyłem nasz krótki i nic nie wnoszący dialog, okręcając się na pięcie, by energicznym krokiem podejść do gościa imieniem Deith i zaprosić ją do tańca. Skłoniłem się lekko, włosy zaś opadły lekko na moje kości policzkowe. Teraz myślę, że mogłem je spiąć. Całkowicie o tym zapomniałem, że włosy pozostawione na “wolności” mogą trochę przeszkadzać, drażniąc moją skórę. Ująłem dłoń Deith, aby zaraz oddalić się w wydzielone miejsce do tańca. Rytm muzyki był całkiem spokojny, toteż dostosowałem się do niego i równomiernie stawiałem kroki na wszystkie strony świata, uważając przy tym, aby nie zdeptać jej stóp. To by było nieeleganckie. Zresztą, czego ja się obawiam? Przecież umiałem tańczyć. Przez moment cieszyłem się, że zgodziła się na ten taniec ze mną. Mogłem oderwać swe myśli od nostalgii którą poczułem jakiś czas temu spoglądając na to wszystko. A szczególnie na fontannę z czekoladą. Zjadłbym czekolady.. nieważne.
Mój taniec trwał całkiem długo, oddałem się tej chwili całym sobą. Nie ukrywam, było to bardzo niepodobne do mnie, do mojej osoby - czy po prostu charakteru. Nie czułem w tym miejscu upływu czasu, może to przez ten mój stan euforii który przeżywałem podczas wczuwania się w muzykę klasyczną przygrywaną przez orkiestrę, która miejsce swe miała na małej scenie. Trzydzieści minut. Odczuwałem już lekki ból palców u stóp, może to przez te buty, które nie były rozchodzone. Cóż, najzwyczajniej w świecie nie było okazji. Nie zwróciłem uwagi na zmianę dotychczasowego rytmu muzyki na nieco spokojniejszą i wolniejszą melodię, jednak mojej uwadze nie umknął już fakt, iż po podłodze zaczęła rozlewać się gęsta oraz ciężka mgła, której z czasem było coraz więcej. Zatrzymałem się, powolnie, odsuwając się zaraz od kobiety z którą tańczyłem.
- Dziękuję za taniec - skłoniłem się lekko, a usta swe przeobraziłem w coś na kształt uśmieszku, który wcale na mojej twarzy dobrze nie wyglądał.
Gdy tak obserwowałem przemianę sceny na coś, co przypominało mi dramatyczną scenerię - ta czerwień, która kojarzyła mi się z krwią, mgła która mogła symbolizować chłód.. Krew, chłód, śmierć. Dobrze znane mi klimaty. Nie ruszyłem się ze swojego miejsca, nie chciałem ulegać efektom tłumu aby podejść tam i zobaczyć, co jest grane. Zaraz po tym usłyszałem metaliczny dźwięk, który również znałem bardzo, ale to bardzo dobrze. Łańcuchy, i to ciężkie łańcuchy. Inaczej nie byłyby tak słyszalne. Wtem, kątem oka dostrzegłem połyskiwanie światła w okolicach swojej lewej dłoni. Ach, no tak, pomyślałem. Kamień zaczął migotać, czyli tak, jak przypuszczałem, był to przedmiot magiczny. Przyglądałem się mu uważnie. Hm, nie.. nie będę go zdejmował. Może zapowiadać się ciekawa zabawa. Bardzo ciekawa, w szczególności, gdy poczułem trzy aury. Jedna z nich była silna, jeszcze takiej nie widziałem. Och, jakże chciałbym poznać jej właściciela.. i zasilić swoją latarnię takim oryginałem. Marzenia.. może je spełnię, może i nie. Z pozostałych dwóch uchodziło życie. Czyżby umierali? Jak już myślałem, będzie ciekawie, a raczej, już jest.
Po chwili, do moich uszu spomiędzy tej dobijającej ciszy dotarł czyjś głos, jakże lodowaty. Oj.. to miało mnie przestraszyć? Że ja będę główną atrakcją? Chyba ten ktoś się przeliczył.
- Żebym ja z Ciebie tej atrakcji nie zrobił.. - odparłem cicho do siebie, a później odkaszlnąłem, chcąc zagłuszyć tą ciszę, która ponownie w dość szybkim tempie się pojawiła. Naprawdę byłem ciekaw, co się wydarzy. I kim są tamte trzy osoby spowite kłębami dymu? Dziwne, bo kojarzyłem tamtejsze aury. Pewnie mi się wydawało. Za dużo tu ludzi bądź istot magicznych z dziwną otoczką. Skrzyżowałem ramiona na torsie, w ciszy wodząc wzrokiem po zebranych tu gościach - nie tylko po nich, ale i też po scenerii, jakby łudząc się, że coś tam znajdę. W sumie, to czekałem aż ktoś z “zaobrączkowanych” rzuci jakimś mądrym pomysłem, bądź spanikuje.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Terjei Duibhne
Liczba postów : 13
Dołączył/a : 23/12/2016

#12PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Wto Sty 24, 2017 6:31 pm

- Nie trzeba, wszystko w porządku. - odparłem chyba bardziej oschle niż zamierzałem. Bo wcale w porządku nie było. Z jakiegoś powodu moja zdolność wyczuwania energii zawodziła tego wieczora. Wcześniej na placu nie potrafiłem niczego dobrze poczuć, a teraz w tej rezydencji sprowadziła na mnie ból głowy jakiego jeszcze wcześniej nie doświadczyłem. Nie podobało mi się to, ale jeszcze mniej spodobało mi się to, że cały ból zniknął od tak, jakby ktoś pstryknięciem palcami po prostu mi go odjął. Co się tu do cholery wyprawiało? Nie mogłem nawet się nad tym porządnie zastanowić, upadły anioł wciąż był obok mnie. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że mogę mu zaufać? Dlaczego? Przecież jeszcze przed chwilą uważałem go za jedną z bardziej podejrzanych na tym balu osób. Czy powodem było tylko to, że zainteresował się moim stanem? Przecież na pewno nie zrobił tego z dobroci serca. Jednak zgadzałem się z nim, coś tu było nie tak. Całe to przyjęcie było jak to określił podejrzane. Nie tylko fakt że ktoś taki jak ja czy ten cały Vergil choć wydawało nam się, że jesteśmy anonimowi, a mimo to nasz gospodarz zdawał się sporo o nas wiedzieć.
- Mhm, zdecydowanie. - zgodziłem się z nim, na drugie stwierdzenie tylko skinąłem głową. Też to zauważyłem.
- Nie nie mam. Wiem po prostu zbyt mało, żeby wyciągać jakieś wnioski. A nie chce cię naprowadzać na coś co może się okazać kompletną bzdurą. - odpowiedziałem nie patrząc na rozmówce, a na salę. Czy raczej na początku tego zdania, bo później spojrzałem mu w oczy. Mówiłem prawdę i nie chciałem, żeby uznał że chce go zbyć. Naprawdę wydawał się chcieć rozgryźć o co w tym wszystkim chodzi, zupełnie jak ja. I nie, wcale mu nie ufałem, a na pewno nie do końca. Po prostu pomyślałem, że faktycznie łatwiej będzie z nim współpracować niż działać samemu. Więc nie wahałem się długo kiedy rzucił swoją propozycję.
- Zgoda. - rzuciłem jak zwykle dość oszczędnie w słowach. I podobnie jak on ruszyłem w głąb sali, w przeciwnym Vergilowi kierunku. Chciałem się czegoś dowiedzieć, ale nie bardzo wiedziałem jak się za to zabrać. Mogłem ruszyć gdzieś w głąb pałacu, przeszukiwać pokoje. Nie zrobiłem tego chcąc mieć oko na swoich "towarzyszy". Więc próbowałem czegoś dowiedzieć się na samej sali balowej. Coś zauważyć, coś usłyszeć. Czy to od gości czy służby, w końcu raczej nie nie rzucałem się w oczy, zwłaszcza kiedy tego nie chciałem (Umka: Cień). Może uda mi się odkryć coś co rzuci jakiekolwiek światło na całą sprawę? Miałem taką nadzieję, jeśli jednak mi się nie poszczęściło wróciłem na wspomniane miejsce spotkania z wampirem.
Byłem właśnie w miejscu, w którym rozszedłem się z moim wspólnikiem kiedy coś zaczęło się dziać. Najpierw zaczął pojawiać się dym, później mój pierścień zaczął emanować blaskiem, zapewne nie tylko mój. Nim jednak zdążyłem cokolwiek zrobić czy chociażby pomyśleć wylądowałem na podłodze. To po raz kolejny dała o sobie znać moja wspaniała umiejętność. Po prostu kurwa pięknie. Nie mógł nawet powiedzieć tego na głos, ot tylko przemknęło mu to przez myśl. Żadnych łańcuchów już też nie słyszał, łeb napieprzający tak jak nigdy dotąd skutecznie powstrzymywał przed zrobieniem czy pomyśleniem o czymkolwiek. Czy był w stanie się podnieść? Nie miał pojęcia, ale spróbował. I co miał niby teraz zrobić? Chyba faktycznie mógł co najwyżej dać się odciągnąć aniołowi. Odpowiadać nie miał zamiaru, przynajmniej nie temu obcemu złowieszczemu głosowi. Bo jeśli chodziło o pytanie Vergila tylko pokiwał przecząco głową. Jednak jeśli tylko tamten chciał mi coś podać uniosłem tylko lekko łapkę w powstrzymującym geście, bo tyle chyba byłem w stanie z siebie wykrzesać. Moją najlepszą bronią było moje własne ciało. Pytanie brzmiało czy mogę w ogóle jej użyć. Ba, czy będę w stanie w ogóle ustać na nogach? Z jakiegoś powodu chciało mi się śmiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#13PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sro Sty 25, 2017 9:42 pm

Jego oczy skrywały tajemnicę. Wzbudzały we mnie delikatny niepokój, powodując nieuniknioną fascynację. Niespotykany, intrygujący, szmaragdowy kolor, imitujący wiernie szlachetny kryształ. Poczułem się dziwnie, prostując lekko własną postawę. Mężczyzna był wręcz idealny, nie miał w sobie skazy. Nigdy nie mogłem stworzyć dzieła równie pięknego, dostojnego. Nie wymagającego zmian. Wysokiego wzrostu, o czarnych włosach, perfekcyjnie prezentował w sobie agonię. Nie mogłem się mylić, ze śmiercią tańczyłem każdego pięknego wieczoru. Nie przypuszczałbym, że poznam jedną ze sług na zwykłym, niewielkim balu. Chciałem się nawet przedstawić, aby rozpocząć nieco bardziej ciekawszą rozmowę, jednak odwróciłem wzrok, czując na sobie niepotrzebną uwagę innych gości. Oczywiście, uwielbiam być na głównej scenie, słuchając oklasków, ale tylko, gdy ma sztuka rozpoczyna pierwszy akt lub kończy ostatni. Chwilę później, spostrzegłem kobietę. Podeszła bliżej, dotykając dłonią moich pleców. Uniosłem brew, niezbyt reagując na ten gest. Wolałem spojrzeć za mężczyzną. Dużo bardziej mnie interesował, niestety tańcem uraczył naszą wspólną towarzyszkę - Deith.
- Twoje piękno niezbyt ma się do prawdy - prychnąłem, krzyżując ramiona na torsie. Spojrzałem na obliczę nowej rozmówczyni. Szczyciła się zielonym kolorem oczu, przywodzącym na myśl młode pąki kwiatów. Urokliwy widok, pierwszy rzucający się w uwagę. Mimo wszystko, nadal nie przypominał szlachetności szmaragdu, nie uwodził. Nie posiadał w sobie sekretu. Rudowłosa, lekko umalowana, nieposiadająca własnych barw poza odrobiną brokatu. Niczym nie zaskakiwała, a sądząc po ubiorze osobowość również niczym się nie różniła. Swym krótkim spojrzeniem wprowadziłem w błąd tak niewinną istotę, wielce żałuję. Oczywiście, zgodziłem się na taniec. Grana symfonia nie trwała długo. Mogłem pomyśleć tą krótką chwilę. Nie miałem ochoty zawierać nowych znajomości. Przynajmniej tych, które nie wniosą żadnych bliższych wartości.
Nagła zmiana otoczenia wzbudziła zainteresowanie wokół tańczących. Również podszedłem bliżej, zauważywszy znaczne poruszenie, aby dowiedzieć się więcej o obecnym wydarzeniu. Scena nabrała bardziej imponującego, czerwonego wyglądu, a dym nie zapowiadał niczego dobrego. Atmosfera w pomieszczeniu nabrała wyrazistych kolorów. Uwielbiam niezapowiedziane występy. Uśmiechnąłem się, spoglądając na pierścień. Świecił, nie tylko ten zresztą. Pozostałe sygnety także. Moment, gdy nastała zupełna cisza, zmienił nastawienie gości. Nawet szepty nie były słyszalne, nikt nic nie mówił. Głos przemawiający do publiczności tylko bardziej mnie zaniepokoił. Nabrałem podejrzeń, że podarowana biżuteria czyni z nas głównych aktorów, skoro jako jedyni z zaproszonych je posiadamy. Spostrzeżenie łączy się bezpośrednio z wypowiedzią hrabi, gdy witał nas w rezydencji. Prosił, bym pokazał swoje umiejętności. Nie przewidziałem jedynie, skąd dowiedział się o uzdolnieniach. Dodatkowo sylwetki, których cienie widziałem kilka godzin temu, znów były dostrzegalne na tle mgły. Zapowiada się ciekawy teatr.


Ostatnio zmieniony przez Khada Jhin dnia Nie Lut 05, 2017 9:03 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Lex i Xel
Liczba postów : 16
Dołączył/a : 13/12/2016

#14PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sro Sty 25, 2017 10:05 pm

Ryby wyglądały na ładne, zdrowe i szczęśliwe. Było to pocieszające. Widać gospodarz nie rzucał słów na wiatr i zaprawdę kochał zwierzęta. No, nawet jeśli nie kochał, to traktował je z szacunkiem. Szczerze, nawet podobał mi się jego gust. Pełen przepychu, ale i pewnej subtelności. Ciekawe zestawienie. Co prawda wciąż jest to dość duże obciążenie dla natury, ale Vonder Craft zdaje się nadrabiać to swymi działaniami. Deklaruje nawet walkę z kłusownikami. Szczytnie i szlachetnie, choć ciekawe ile w tym prawdy.

Rzeczka była piękna, szkoda tylko że tak bez ostrzeżenia kończyła się w ścianie. Pewnie łączyła się z jakimś większym zbiornikiem. Oby. W innym wypadku pan szlachcic miałby sporo problemów. Ja to jeszcze, ale Xel by mu nie odpuścił. A właśnie, gdzie on był? Jakoś zniknął mi z oczu. Dziwne jak szybko zatłoczyła się ta sala.
Gdzie jesteś braciszku? podjąłem próbę, po czym łup! Cóż tu się stało? Czyżbym zapomniał że w takich miejscach zwykle jest dużo ludzi, na których trzeba uważać? Ehh... Trafiłem akurat w jakąś młodą panienkę, a co gorsza oblałem ją szampanem. Borze szumiący!
- Najmocniej przepraszam miła pani! - rzuciłem tylko, niezbyt orientując się w sytuacji po tym nagłym wyrwaniu z zamyślenia. Aczkolwiek akcji żadnych więcej nie podjąłem, bo nie uznałem za absolutnie konieczne. Ahh, pięć minut na balu, a już takie pochańbienie. I to przed pierwszym kieliszkiem! Ahh, percé?


Trendy w muzyce najwyraźniej się nie zmieniły, acz najwyraźniej ludzie poczęli misternie zdobić swe instrumenty. A proszę, jeśli taka ich wola. Harfistka była niczego sobie, flecista jakiś dziwnie kościsty i w stosunku do reszty muzyków, jakby bardziej niechlujny, a kontrabasista mi się po prostu nie podobał. Sposób w jaki na mnie spojrzał... Stoi przecież na scenie, taką jego rolą jest, by wszyscy go widzieli. Choć w sumie... Troszkę zazdrościłem mu tężyzny. W zasadzie, facet wyglądał jak ochroniarz całej tej trupy. Nie wiem czemu, ale jakoś nie wzbudzał mojego zaufania. A z resztą... Kogo ja oszukuje. Prawie nikt nie wzbudza we mnie zaufania poza mną samym i moim bratem. A właśnie, gdzie on się podział. Już miałem odwrócić się by go szukać, gdy odwrócił mnie... Ktoś inny. Spojrzałem na nią mą standardową, nieco ponurą miną.

Kim ona była i czego ode mnie chciała? I gdzie do cholery jest Lex? Ehh... Dlaczego w głowie siedział mi tylko on...? Gdybym mu powiedział o swoich obawach wobec całej tej szopki pewnie i tak by to zbagatelizował i kazał się dobrze bawić. Może i racja. Jeden taniec w sumie nikomu jeszcze nie zaszkodził. Dziewczyna zaczęła mówić dość szybko i dość dużo, jak na nowo poznaną nieznajomą. Przez głowę nagle przewinęło mi się kilka słów, ewidentnie nie moje. Może Lex. A może nie.
- W zasadzie... - zacząłem bez entuzjazmu - To nami zwykle muszą się dzielić - zażartowałem, lecz z bardzo nikłym uśmieszkiem na twarzy. Może Lex miał racje. Młodo wyglądamy, to korzystajmy.
- My nie musimy dzielić się niczym, a tym co mamy, dzielimy się ze światem - kontynuowałem poetycki wywód. To nie ja w tym duecie byłem językem, zwykle to Lex gadał. - A przynajmniej z tymi, którzy potrafią z tego korzystać. - zakończyłem tajemniczo. Wciąż jednak w mej duszy narastało to dziwne napięcie. Nie lubię niepewności. Jak ja jej nie znoszę.
- Kim jesteś? - wypaliłem w końcu, nie mogąc się powstrzymać. Nie mogłem, naprawdę.


Nie odpowiedział. Dziwne. Czyżby był tak daleko? Przecież nic raczej nie odwróciło by jego uwagi. Jest zbyt skupiony i czujny. Hemm, coś zaczęło się dziać. Coś dziwnego. Co to za dym, co to za głos.
Xel! Gdzie jesteś! cholera nie dobrze. Zacząłem przepychać się przez tłum, sunąc w kierunku środka sali. Może gdzieś na niego trafię. Oby. Co prawda, zapewne to nic złego, ale bez Xela...


Skąd ja to wiedziałem. Nosz niech to trafi szlag. Wiedziałem że jest w tym coś podejrzanego. Mam wręcz szósty zmysł. Ale nie ma tego złego. Słyszałem go.
Idę do ciebie Lex. Do środka sali braciszku. Jak rzekłem, tak zrobiłem, udałem się w kierunku środka. Przeczucie mówiło mi, że szykują się kłopoty. A ono nigdy się nie myliło. Nigdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#15PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pią Sty 27, 2017 9:19 pm



Vergil i Terjei

Obaj wybraliście się na zwiady po sali. Wyglądało to jednak tak, jakbyście sprawdzali zawartość stołów.
Pierwsze, co wam się rzuciło w oczy, fakt, że tylko wy posiadaliście pierścienie. Nikt inny, poza wami takowych nie miał. Kolejną rzeczą, na jaką zwróciliście uwagę, była taka, że goście, mimo, że się częstowali to tak naprawdę nie jedli ani nie pili. Raczej improwizowali każdą czynność. Zupełnie tak jakby tylko odgrywali swoje role, niczym statyści na planie. Mało tego, wasze czujne oczy dostrzegły także, iż każdy gość balu (poza wami, rzecz jasna), nie rzuca cienia. Już mieliście pewność, że to wszystko było tylko iluzją. W sumie, bardzo dobrą. Terjei, już wiedziałeś, czemu tak źle się czułeś, kiedy trafiłeś do tego miejsca. Magiczna energia, była wszędzie. Jej ilość sprawiała, że twój dar, w tym momencie stał się pieprzonym przekleństwem i utrapieniem.
Vergil, ponieważ twoje zmysły są bardziej wyostrzone, zauważyłeś, że z podłogi, po ścianom, ku górze, bardzo powoli przesuwa się coś w rodzaju lepkiej mazi. Jednak, tylko wprawne oko, takie jak twoja mogło je bez problemu zobaczyć. Zaś drzwi, którymi tutaj weszliście, delikatnie lśniły na czerwono. Jednak, na pierwszy rzut oka nie było tego widać.
Co do muzyki, jaką wygrywali grajkowie, zaczynaliście mieć wątpliwości, czy aby na pewno jest prawdziwa.
Terjei, kiedy twój pierścień zaświecił, poczułeś ciepło, które przeszło przez całe twoje ciało, a jego źródłem, była owa ozdoba. Ból zaś, ponownie, jak ręką odjął. W ogóle jakoś, dziwnie się poczułeś. Miałeś wrażenie, że czegoś ci brakuje. Nie wiesz jeszcze do końca czego, ale na pewno ejst coś nie tak i to bardzo nie tak.
Natomiast ty, Vergilu, kiedy twój pierścień zalśnł, podobne jak Terjei, poczułeś ciepło przechodzące po całym ciele. U ciebie, również się coś zmieniło. Miałeś wrażenie, że coś utraciłeś. Także jednak, nie potrafiłeś pojąć, co konkretnie. Mało tego, nie czułeś w ogóle głodu krwi. Mimo, że ten był mały, to zniknął bezpowrotnie.
Obaj, mieliście się niebawem dowiedzieć, co takiego spowodowało to dziwne uczucie.


Lex i Xel

Lex, oj tak dałeś niezłą plamę, ale nie na sobie tylko na sukience owej damy. Cóż, zdarza się i tak. Może i przed pierwszym kieliszkiem, ale przynajmniej twoje gapiostwo zaowocowało, jakimś zwrotem akcji.
Xel, właśnie dlatego, ty byłeś tym rozważniejszym bratem. I może, gdybyś miał dar przekonywania, to by was tutaj nie było. Jednak byliście.
Gęsta mgła dość mocno was od siebie rozdzieliła. Mimo, że mieliście telepatyczny kontakt, nie byliście w stanie się odnaleźć. Po prostu było za gęsto. Zostaliście rozdzieleni na pewien czas.

Thresh

Oczywiście, jak zwykle byłeś pewny siebie. Było to widać, zwłaszcza w tańcu. Prowadziłeś Deith i ani razu nie nadepnąłeś jej na stopy. Nie ma co, byłeś dobrym tancerzem, który wiedział, jak prowadzić partnerkę.
Podobnie jak Vergil i Terjei, także poczułeś ciepło, przechodzące przez całe twoje ciało. Chwilę potem, przestałam widzieć aury. Wyglądało to tak, jakby ktoś nałożył ci kotarę, zakrywając możliwość widzenia jej. Mało tego, przestałeś odczuwać zmęczenie wywołane iluzją.
-Przechytrzyłem samą śmierć.-posłyszałeś, tuż przy lewym uchu szept.
Poczułeś również oddech na swoim uchu, co wywołało falę drgawek. Dało ci to powód, do rozmyślań, o ile cię to zainteresowało.
Obecność tego kogoś, zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

Deith

Twój towarzysz okazał się być bardzo dobrym tancerzem. Najwidoczniej, musiał uczęszczać na jakieś lekcje tańca.
Czułaś, że coś jest nie tak. Twój pierścień, także zalśnił jasnym blaskiem, a ciepło rozeszło się po całym twoim ciele. Odczułaś brak czegoś, co jest ci bliskie. Żar jaki się w tobie tlił, po prostu przestał istnieć.

Jhin

Cóż, kobieta nie musiała odbierać, twoich przesłanek w zły sposób. To ty byłeś jej ofiarą i miała zamiar zrobić wszystko, żeby zaciągnąć cię do łóżka. Przynajmniej tak to wyglądało. Miałeś zostać jej kolejną zdobyczą.
Ponieważ wolałeś pływać myślami gdzieś indziej, nie dostrzegłeś od razu tego, że wszystko się wokół zmienia. Twój pierścień, jak pozostałych lśnił pięknym blaskiem. Poczułeś ciepło przepływające przez całe twoje ciało. Podobnie jak reszta, czułeś coś dziwnego. Właściwie to, można by czuć, że stałeś się jakiś taki nieswój. Jakby ci coś zabrano, odebrano. Nie byłeś jednak pewien, co to takiego było.

Wszyscy

Znowu, mogliście posłyszeć odgłoś łańcucha, ale tym razem był głośniejszy i dużo bardziej wyraźniejszy. Coraz bardziej, wasze uszy zaczynały cierpieć z powodu tego ocierania metalu o metal oraz o podłoże. Nie mogliście się przez to skupić, a do tego
mgła zgęstniała w końcu na tyle, że nie widzieliście praktycznie nic. No dobrze, może tylko czubek swoich nosów było tym, co mogliście zobaczyć.
Właśnie wtedy, kiedy byliście najmniej skupieni, każde z was zostało, z impetem rzucone do tyłu. Przelecieliście kilka ładnych metrów, po czym wasze plecy zderzyły się ze ścianą, do której coś was dociskało z wielką siłą. To coś, powoli rozpłynęło się w tak sposób, że stworzyło swojego rodzaju kokon, uniemożliwiający wam jakikolwiek ruch. No, chyba, że chcieliście poruszać głową, to nie było problemu. Reszta waszych ciała została pokryta tym dziwnym kokonem. Owa skorupa mała fioletowo-czarny kolor, a do tego wyglądała tak, jakby poruszała się w niej woda.
Mgła, nieznacznie cofnęła się jakby do tyłu, tworząc krąg, w taki sposób, że bez problemu mogliście dojrzeć podłogę. Słyszeliście także kroki, a raczej powłóczenie nogami.
Przed wam, pojawił się nie kto inny jak gospodarz balu, tylko jak zdążyliście zauważyć zachowywał się dość nienaturalne. Poruszał się tak, jakby ktoś nim sterował. Jak tylko stanął na środku wydzielonego koła, zatrzymał się. Teraz, mogliście dostrzec, że jest pod wpływem jakiegoś czaru. Stał tak, jeszcze chwilę w samotności, kiedy tuż za jego plecami pojawił się Joker.
Objął go jedną ręką w pasie, drugą złapał za podbródek. Głowę obrócił w waszą stronę, ale nie mogliście dostrzec jego oczu, gdyż w pewien sposób były ukryte.
-Ludzie, ludzie, takie słabe i wątłe istoty.-Joker, długim, szpiczastym językiem przejechał po policzku starszego mężczyzny-Ludzie, takie z nich urocze marionetki Nadają się tylko do jednego…-otworzył buzię, a jego kły wysunęły się na pełną długość.
Wbił je, bez żadnej delikatności w szyję starszego mężczyzny. Przebite tętnice szybko zaczęły wypuszczać czerwoną cień. Ta spływała po lewym ramieniu hrabiego, klatce piersiowej, biodrze oraz lewej nodze. Całe jego ubrane, w błyskawicznym tempie nasiąknęło od krwi. Wszędzie roznosiła się woń vitae. Na podłodze, rozrastała się plama krwi, jednak Joker nic sobie z tego nie robił. Pił krew, dopóki nie uszło życie ze starego człowieka.
Joker puścił starca, a ten padł bezwładnie na podłogę, wprost na plamę krwi.
-Znasz dobrze, to uczucie nasycenia, prawda, tato?-wasz przeciwnik spojrzał na ciebie Vergil-W końcu cię znalazłem, mój drogi tatku.-zacisnął pięść tak mocno, że dało się słyszeć skrzyp skórzanych rękawiczek-Nawet nie wiesz, jak bardzo cię nienawidzę, tatusiu, ale nie martw się, moja nienawiść wkrótce przestanie być twoim utrapieniem. Uwolniłem cię od tego przeklętego daru, możesz być mi wdzięczny, tatusiu.-cały czas, z kącików ust sączyła mu się krew hrabiego- Władco śmierci, popatrz, takie widoki to dla ciebie codzienność, prawda? To takie przyjemne, patrzeć jak ktoś dokonuje żywota, czyż nie? Konająca, bezradna i bezbronna ludzka istota, ach cudowny to widok prawda? Zwłaszcza, kiedy ofiara kwili i skowycze z bólu.-Joker wpatrywał się uważnie w ciebie Threshu.-Zobaczysz sam, jak to jest być takim bezbronnym człowiekiem, ale na pewno ci tego brakowało, po tym wypadku, czyż nie?-napastnik odwrócił wzrok w stronę ciebie, Jhin-Ucz się, wirtuozie zbrodni, jak dokonuje się prawdziwego mordu. Zaraz będziesz świadkiem epickiego wydarzenia, którym pobije cię w swej przeciętności oraz prostocie, ale wywoła, sporo zamieszania. Udowodnię ci, że tak naprawdę jesteś po prostu zdrowo pierdolniętym świrem, który nie ma prawa chodzić stąpać po tym padole.-odwrócił głowę w waszą stronę chłopcy-Zieloni rewolucjoniści, kurwa mać. Rzygać mi się chce od tego waszego pierdolenia o powrocie do łona natury. Jak tak bardzo wam się chce, żyć na łonie natury, to wypierdalajcie pod szałas i zostawcie te wszystkiego wygody. W sumie, to dzięki wam jestem tutaj, dzięki wam...ach, potem się dowiecie. Mogę wam jednak podziękować.-Joker ukłonił się nisko-Te pierścienie, to dzięki wam on powstały.-uśmiechnął się szeroko, po czym oblizał usta-Panienko Deith, czy teraz jestem wystarczający, na twoje progi?-Deith, czułaś jego przeszywający wzrok, mimo, że nie widziałaś jego oczu-Nawet jeśli, to przykro mi bardzo, ale ty nie dorastasz do moich progów, wolę kogoś ambitniejszego od ciebie.-machnął ręką, po czym podszedł do ciała hrabiego.-Terjei, popatrz tylko, jak popełniam najgorsze przestępstwo na twoich oczach. Pamiętasz, tak jak kiedyś, ale tym razem, ja jestem górą.
Kucnął obok niego. Nadal był przodem do was. Podniósł głowę hrabiego za brodę.
-Widzicie? Przyjrzyjcie się uważnie, bo jesteście teraz tacy sami, jak on. Słabi, zwykli ludzie, nie posiadający żadnych zdolności, ani magicznych ani fizycznych.-puścił to, co trzymał w ręku.
Otrzepał dłonie, patrząc to na ciało to na was. Uśmiechnął się podle, po czym zgniótł czaszkę hrabiego. Ta trzasnęła z głośnym hukiem. Krew rozbryzgnęła na boki, razem z kawałkami mózgu.
-Jak karaluchy, które trzeba zgnieść i zabić, zanim się rozmnożą.-cofnął się do tyłu, robiąc kilka kroków w tył.
Rozłożył do tego ręce na boki.
-Coś wam zademonstruję.- tuż obok niego mogliście dostrzec Twisted Fate.
Ten, wisiał nad ziemią, związany grubym, metalowym łańcuchem przewiązanym za nadgarstki. Całe jego dłonie pokryte były krwią, która zabrudziła rękawy od jego białej koszuli. Istnie ciekawe połączenie-śnieżnobiały kolor z barwą burgundowej cieczy.
Włosy Mistrza Gry były całe posklejane od krwi. Po jego policzkach spływały stróżki czerwonej cieczy, która komponowała się z siniakami oraz opuchlizną. Ledwo oddychał, gdyż robił to przez usta. Z jego buzi, także wypływała krew, jednak były to bardzo cieniutkie smużki. Szyja Fate była okręcona łańcuchem, który dość mocno się wbijał, tworząc widoczny ucisk na niej. To on był powodem płytkiego oddechu mężczyzny. Cała reszta jego ubrania była poszarpana o pazurów. Najbardziej było to widać w okolicach brzucha, gdzie przechodziła sporej wielki szrama oraz na nogach. Chyba miał spotkanie z bardzo agresywnym kotkiem.
-Człowiek jest tak przewidywalny i taki łatwy do manipulacji, tak jak ten tutaj. Wystarczy wam podsunąć pod nos małą zachętę, zupełnie tak jak osłu marchewkę, a zrobicie wszystko, co się wam powie.-Joker objął w pasie Fate.
Przytulił się do jego pleców.
-Ach, jak niespokojne jest jego serce, ale co się dziwić, w końcu zaraz przestanie wydawać z siebie to piękne brzmienie, prawda moja Evciu?-Joker spojrzał w prawą stronę.
Mogliście ujrzeć Evelynn, słynną morderczynię.
-Zamknij się już i kończ to. Chcę patrzeć jak cierpi. Mam go serdecznie dość.- Eve poprawiła włosy-Jesteście tacy słabi, w stosunku do kobiet, które kiedyś kochaliście. Wystaczy was odpowiednio podejść, a tracicie swój….fason.-kobieta podeszła do Fate.
Złapała go za podbródek.
-Dżentelmen się znalazł. Jak to szło? A, no tak nie skrzywdzę kobiety, którą kochałem. Phi! Żałosne.-zacisnęła palce na jego brodzie-Tak samo żałosne jak jego łóżkowe eskapady. W sumie, jeśli to prawda, co mu pokazałeś, to nic dziwnego, że jest taki beznadziejny w pieprzeniu się. Ktoś, kto daje dupy, nie może dobrze jej rżnąć.- Eve puściła Fate, po czym odsunęła się.-Pokaż to, na co tyle czasu czekałam.-kobieta skrzyżowała ręce na piersiach.
Joker wyjrzał zza wiszącego Mistrza Kart.
-Czekaj, czekaj, muszę naszym gościom powiedzieć, o co chodzi. Muszą wiedzieć, jak bardzo mają przejebane.-Joker nadal przytulał Fate.
-Nie lepiej, jak sami się tego dowiedzą, będzie...ciekawiej.
-Nie.-mężczyzna stanął obok wiszącego.-Krótki instruktarz, bo nie lubię się rozwodzić. Pierścienie, które posiadacie, to specjalnie zaklęte pierścienie, dopasowane do waszych osób. Blokują wasze zdolności, umiejętności, a magiczne iluzje urzeczywistniają.-Joker popatrzył na ciebie Thresh-Jesteś człowiekiem, takim samym jak pozostali. Zobaczymy, jak spełnisz się w tej roli. Co za tym idzie, wszystkie twoje dusze będą mogły odejść w spokoju. Taka wielka strata, ach jak mi przykro.-wzruszył ramionami-A co do ciebie tatusiu, nie martw się, nikogo już więcej nie skrzywdzisz tak, jak mnie. Także jesteś człowiekiem. Nad twoim pierścieniem pracowałem bardzo długo. Bardzo, bardzo, długo ale było warto. Odebrałem ci coś, co sprawiło, że jestem tym czymś, co się nazywa wampirem.-Joker skrzywił się-Obrzydlistwo, ale kurewsko przydatne.-zerknął na was, Lex i Xel-Pamiętacie, jak mówiłem, że dzięki wam to stworzyłem? Gdyby nie wy, nie poznałbym czym jest pustka. Cieszę się, że wpadłem na nią.-spojrzał na ciebie Terjei-I co teraz zrobisz, palancie w przebraniu superbohatera? Pokaż swoją moc, swoje umiejętności, uratuj ich wszystkich.-Joker rozłożył ręce na boki-No tak, nie zrobisz tego, nic nie potrafisz przecież.-Deith, znowu czujesz wzrok mężczyzny, gdy odwraca głowę w twoją stronę-Szkoda mi trochę ciebie, bo jesteś naprawdę ładna, ale jesteś teraz kimś za bardzo zwyczajnym, jak dla mnie. Nie posiadasz żadnych zdolności, ani też umiejętności. Przykro mi, jesteś szarakiem, którym gardzę.-wyprostował prawą rękę, a dłoń otworzył-Skoro już wiecie, czym są pierścienie, to powiem wam, że jeśli zaklęty przedmiot nasączyć odpowiednią ilością pustki, dają one ciekawe efekty. Tak tak, wasze prezenty, na które się tak rzuciliście, mają w sobie szczyptę pustki. Dlatego są tak potężne. Tylko bardzo potężna magia, jest je w stanie zniszczyć, ale wy jej nie posiadacie. Więc, zapomnijcie, że je kiedykolwiek zdejmiecie.-na jego dłoni pojawiła się czarna, lśniąca kula.
Ta, rozlała się po jego dłoni, po łokieć, po czym zaczęła lśnić.
-Wiecie, co się dzieje z wampirem, który dotknie pustki? Coś bardzo, bardzo ciekawego.-błyskawicznie przystawił lśniącą dłoń do klatki piersiowej Fate.
Mistrz Kart krzyknął, wręcz nieludzkim głosem. Odczuwał ogromny ból, który doprowadził go do płaczu.
-Aarggg!-Fate krzyczał cały czas, tyle ile miał sił w płucach.
Poruszał głową na wszystkie możliwe strony. Nogami zaś machał, chcąc się uwolnić. Łańcuchy brzęczały od ruchów wykonywanych przez Tobiasa, walczącego o życie.
-Hmph!-Evelynn stała niewzruszona, patrząc na to wszystko.
Joker zaś napawał się tym widokiem. Bawiło go to, że Mistrz Kart tak cierpi.
Jasne światło, zaczęło jawić się z klatki piersiowej Fate. Jeden ruch ręki Jokera, a ciało Tobiasa nabrało nienaturalnie szarego koloru, a jego oczy straciły blask. Źrenice przybrały kolor tęczówek. Łańcuchy rozluźniły więzy, a Fate upadł bezwładnie na podłogę, niczym szmaciana lalka.
Joker, odwrócił się tak, aby wam pokazać, co trzyma na dłoni. Był to śliczny, żółty kwiat, który, gdy tylko się otworzył przybrał barwę kryształu.
-Wiecie, co to jest? Ja to nazywam sercem duszy. Dzięki temu, że zetknąłem się z pustką, zyskałem zdolność wyciągania tego, co napędza duszę każdej żywej istoty. Nie ważne, kim ona jest. Nie mogę dostać się do duszy, tak w gwoli wyjaśnienia. Dusza, zostaje w ciele, ale bez tego czegoś, jest bezużyteczna, a ciało żywej istoty, tylko pustym naczyniem.-Joker podał kryształ Evelynn-Potrzymaj, moja droga.-patrzył na was, chcąc widzieć waszą reakcje, wasze twarze-Och, spokojnie, was tak szybko się nie pozbędę. Wolę się pobawić, ale ciebie…--błyskawicznie zaatakował Evelynn, robiąc jej dokładnie to samo, co Faetowi-...nie potrzebuję…-Joker patrzył jak czerwony kwiat rozkwita w jego dłoni, po czym zamienia się w kryształ-Spokojnie, zabawa się zaczyna, ale dam wam szansę ich uratować.-Joker wycofał się do tyłu-...każde piętro tego budynku, to zagadki przypisane do każdego z was. Jeśli, uda wam się dojść na ostatnie piętro, stawić mi czoła, oddam im życie.-znów dał kilka kroków w tył-Ach, bym zapomniał, macie tylko jedną próbę na każdą zagadkę. Nie wolno wam się pomylić, bo…- urwał, powoli znikając we mgle-...jeszcze coś, macie czas do rana...do tego czasu ich serca duszy, muszą wrócić do ciała, inaczej umrą. Nie próbujcie też, zdejmować pierścieni, chyba, że jesteście samobójcami...wróć już jesteście...Powodzenia…-dało się słyszeć pstryknięcie palców.
Wasze więzienie zniknęło. Wszyscy spadliście na podłogę, obijając sobie tyłki. No, prawie wszyscy, bo Deith upadłaś tak niefortunnie, że uderzyłaś głową o posadzkę. Nie rozbiłaś sobie głowy, ale straciłaś przytomność. Przyszła wam tylko jedna myśl do głowy, że ciekawość to pierwszy stopień do pieprzonego piekła.

//OOC:

Dobra kilka wyjaśnień, na szybko, po sesji będą dokładniejsze:
-wasze pierścienie to zaklęte, magiczne przedmioty, spaczone cząstką pustki przystosowane do każdego z was-mają inne właściwości dopasowane do waszych osobowości, umiejętności, magii itd. blokują każdą waszą zdolność, blokują magię, zdolności, urzeczywistniają iluzje, uczłowieczają tych, co nie są ludźmi. Jesteście zdani tylko na waszą pomysłowość.
-łączy wasze grono Joker- częściowo, macie już podpowiedź ode mnie, kim była ta osoba w życiu waszych postaci, jeśli sami czegoś nie dodacie, spokojnie-mam kilka założeń, ale wolałabym, aby to od was wyszło,
-każde wasze 6 postów to jedna godzina, więc uważajcie co zamierzacie zrobić,
-ustalcie między sobą, jak teraz będziecie pisać, ewentualnie działać, ja kiedy będzie taka potrzeba dam odpowiedni post-jeśli nie będzie takiej potrzeby-napiszę krótko, że minęła godzina.
-Deith, nie odpisała na czas, więc żeby was nie blokować wykluczam ją, chwilowo z rozgrywki, do czasu, aż napisze, że wróciła.

[/b]




Ostatnio zmieniony przez Twisted Fate dnia Sob Sty 28, 2017 12:10 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Deith Luanes
Liczba postów : 14
Dołączył/a : 22/12/2016

#16PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sob Sty 28, 2017 3:01 am

Nieuprzejmie byłoby odmówić tańca. Szczególnie osobie, która poprosiła o niego z nienaganną gracją i kulturą. Oczywiście, nie dało się ukryć, że mogłam być przy tym nieco spięta. Od początku, gdy tylko ujrzałam tego mężczyznę... coś mi się w nim nie spodobało. Był wręcz nieczytelny. W głębi duszy przeczuwałam, że miał coś na sumieniu. O ile w ogóle można było to tak ująć... Niemniej jednak jego uroda, szmaragdowe oczy, które od razu przykuły mój wzrok, czarne jak smoła włosy, cóż, była zdecydowanie w moim guście. Często na widok takich mężczyzn przestawałam zupełnie myśleć, stając się przez to beztroską kobietką. A już dopiero, gdy pod ręką był alkohol, ups. Całkowicie mu się oddałam w tańcu. Prawie całkowicie. Tak samo jak i on starałam się go nie podeptać, gdyż mistrzynią tańca to ja ani trochę nie byłam. Na szczęście Thresh był niczego sobie i niejeden, z którym miałam kiedyś szansę potańczyć - mógłby się od niego jedynie uczyć i podziwiać.
Pomimo tego, że spędziliśmy ze sobą prawie pół godziny, nie wymieniliśmy ze sobą ani jednego słowa. Pozwoliło mi to tak właściwie na dogłębniejsze obserwowanie wszystkich zebranych. Choć tak naprawdę nawet nie byłam pewna w którą stronę mam patrzeć. Czułam, że ktoś mnie obserwuje, a raczej nas. Tylko kto? Za cholerę nie byłam w stanie nikogo takiego dostrzec. Za dużo ludzi plątało się w jednym miejscu, co mogło być trochę dezorientujące. W każdym razie postanowiłam ostatecznie skupić pod koniec całą uwagę na tańcu. A przynajmniej próbowałam. Niestety ciągły natłok niespokojnych myśli mi w tym dość przeszkadzał, ale nie dawałam tego po sobie poznać.
W końcu, gdy taniec dobiegł końca, czarnowłosy mężczyzna podziękował i pięknie się ukłonił, miałam nadzieję gdzieś usiąść i załatwić sobie kolejny kieliszek szampana, a najlepiej wina, które pomogłoby mi wytłumić myśli z głowy.
- Ja również.
Odwzajemniłam ukłon z uśmiechem na twarzy, po czym skierowałam wzrok na zmieniającą się scenę. Wtedy od razu z moich myśli usunęłam chęć napicia się czegoś. Spojrzałam kolejno na świecący się pierścionek i na Thresha, który nie zdążył odbiec za daleko. Jemu najwidoczniej też nie przypadło to wszystko do gustu, jednakże wydawał się również być tym niewzruszony. Nie wyglądał na zestresowanego, ani nic z tych rzeczy. Jedynie na naburmuszonego.
Podeszłam do niego niepewnie. Nie wiedziałam czy mogę mu zaufać, ale postanowiłam zaryzykować.
- Nie podoba mi się to...
Rzuciłam bez głębszego namysłu zaraz po stanięciu obok mężczyzny.
- Tak samo jak Ci nasi woźnice...
Spojrzałam na jego twarz z dziwnym grymasem. Byłam jednocześnie niespokojna i zdenerwowana. Może on również wyczuł w nich coś niepokojącego tak samo jak ja? Nie znałam jego zdolności, ale miałam nadzieję, że jeszcze poznam, ale nie na sobie.
Finalnie ciszę przerwał jakiś głos. Skąd dobiegał? Spektakl, w którym staniemy się „atrakcją”, ta? Oj, żebyś to Ty przypadkiem zaraz się nią nie stał. Zmarszczyłam znacznie brwi i skrzyżowałam ręce na torsie. Zaczęłam nawet rzucać pod nosem różnorakimi wulgaryzmami i przekleństwami, nie zważając przez chwilę na to czy ktoś to w ogóle słyszy. Choć w sumie miałam to aktualnie głęboko w czterech literach. W końcu nie byłam jedyną damą na tym świecie, która potrafiła kląć.
W pewnym momencie spojrzałam ponownie na pierścień. Miałam wrażenie jakby wysysał cząstkę mnie. Spróbowałam rozpalić malutki płomyk na jednym z koniuszków moich palców u prawej ręki. Nie udało się.
- Moja moc...
Serce zaczęło walić mi jak dzwon. Cząstka mnie zniknęła od tak. Jak to było w ogóle możliwe? Ściskało mnie niemiłosiernie w gardle. Nie byłam w stanie nic z siebie wydusić. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Chwyciłam za pierścionek, chcąc go zsunąć z palca, ale... coś mnie powstrzymało. Uniosłam wzrok z powrotem, w kierunku szuranych łańcuchów o podłogę. Niestety mgła z sekundy na sekudnę stawała się coraz to bardziej mleczna przez co niczego nie mogłam dostrzec. Nawet Thresha stojącego obok... Niemniej jednak stało się to nagle mniej ważne, gdy coś pchnęło mnie z ogromnym impetem w tył, prosto w ścianę, a następnie przeobraziło się w pieprzony kokon, który uniemożliwił mi możliwość jakiegokolwiek ruchu. No, z wyjątkiem poruszania głową.
Kiedy mgła już się cofnęła, mogłam dostrzec, że reszta naszej wspaniałej szóstki również nie ma się za dobrze. Jednakże moją uwagę skradła postać, a właściwie gospodarz balu. Od razu można było ujrzeć, że coś jest z nim nie tak. Nienaturalne ruchy, skurcze mięśni i dziwne miny. Zupełnie inny człowiek, niż ten, którego spotkaliśmy na wejściu. Ponownie poczułam współczucie do tego człowieka. Już miałam się odezwać, kiedy zza niego wyszedł kolejny osobnik, odpowiedzialny za to wszystko. Od razu skojarzył mi się z błaznem.
Ktoś tu próbuje zaistnieć...
Postanowiłam póki co się zamknąć i obserwować całe to przedstawienie. Nie odezwałam się nawet, gdy ten postanowił się wgryźć w szyję starca. Nie oznaczało to jednak, że nie miałam ochoty nic zrobić. Niestety bardzo dobrze wiedziałam, że mogę jedno wielkie nic. Bez mocy byłam tylko kobietką z ładną buźką i zapasem pieniędzy.
Słuchałam jego zażaleń do wszystkich po kolei. Byłam cholernie ciekawa co przygotował dla mnie... cóż, zawiodłam się. Czułam jego wzrok na sobie, ale wbrew pozorom nie budził on we mnie strachu. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej miałam ochotę mu pierdolnąć w ten pajacowaty łeb.
Żebyś się nie zdziwił, pajacu...
Nagle spostrzegłam Twisted Fate'a, a następnie... Evelynn. Kobiety nie miałam okazji wcześniej spotkać, ale... Tobias'a już tak.
- Nie...
Rzuciłam od tak, jakby miało to cokolwiek zmienić. Łzy zaczęły mi napływać do oczu. Nie wiedziałam czy dalej patrzeć czy może spuścić wzrok. Już zresztą nie miałam ochoty słuchać jego kolejnych zażaleń. Można rzec, że wlatywały one do jednego ucha, a wylatywały z drugiego. Panikowałam. Nie mogłam znieść myśli, że zaraz skrzywdzi kolejną osobę. I to w dodatku, którą znam i mam do niej sentyment.
- Zostaw go!
Warknęłam głośno z podłamanym głosem. Gdybym tylko mogła użyć mocy... gdybym tylko darowała sobie założenie tego durnego pierścionka. Niech Cię szlag, Deith!
Łzy spływały mi po policzkach. Nie potrafiłam słuchać jego cierpienia. Kurwa. Za wszelką cenę próbowałam się uwolnić, ale nie skutkowało to czymkolwiek.
W końcu krzyki ustały, a my mogliśmy ujrzeć „kamień duszy” i... nieprzytomnego TF'a. Spuściłam wzrok. W prawdzie rzeczy byłam już po części pogodzona ze śmiercią, ale i tak nie miałam zamiaru się w żadnym wypadku poddawać. Gdyby pojawił się choć ten jeden jedyny zalążek nadziei...
Wtem kokony zniknęły. Wszyscy upadli. Z czego ja niefartownie, uderzając się cholernie mocno w głowę. Poskutkowało to oczywiście utratą przytomności, na szczęście niedługą.
Kiedy tylko się ocknęłam, chwyciłam się za bolące miejsce. Rozejrzałam się po sali, wyszukując się Tobias'a. Wstałam z podłogi chwiejnym krokiem i gdy zdołałam ujrzeć jego ciało, przyspieszyłam nieznacznie kroku, po czym prawie padłam obok niego. Poliki w dalszym ciągu miałam mokre, a skóra zauważalnie pobladła. Usiadłam obok niego i chwyciłam go za dłoń jedną ręką, a drugą chwyciłam za bok głowy, przejeżdżając z kolei kciukiem po poliku Foxtrot'a.
Temperatura jego ciała zauważalnie spadała, przez co jeszcze bardziej zbierało mi się na płacz, który za wszelką cenę starałam się powstrzymać.
Podniosłam wzrok. Obserwowałam wszystkich po kolei. Szczególnie Vergil'a i Thresh'a. Vergil ojcem? Thresh władcą śmierci? W co ja się wkopałam?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Thresh
Liczba postów : 91
Dołączył/a : 26/11/2016

#17PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Nie Sty 29, 2017 8:20 pm

Co do.. przemknęło mi przez myśl, gdy nagle, jakby za pstryknięciem palców przestałem widzieć otaczające mnie aury. Nie ma. Zniknęły. Widzę świat pozbawiony dodatkowych kolorów. Potrząsnąłem lekko swą głową, jakby chcąc pozbyć się chwilowego zamroczenia, które okazało się tym nie chwilowym. Co jest, do cholery. Po chwili, do moich uszu dotarł czyjś głos. A raczej do jednego ucha, lewego. Był to szept. Ani drgnąłem, nie chcąc wzbudzać podejrzeń. Zacisnąłem tylko lekko pięści, a usta me stały się cienką linią na twarzy. Coś mi tutaj bardzo, ale to bardzo nie pasowało. Nie mogłem, od tak, przestać widzieć to, co widziałem od momentu mojej śmierci, gdy stałem się bytem. Zaraz.. może to przez tą falę ciepła, którą odczułem? To przeszło przez moje ciało, zupełnie jak wiązka jakiejś tajemniczej energii. Może mi coś dała, a może odebrała? Sam nie wiem.. Jeżeli ten ktoś chciał przechytrzyć śmierć, to niby w jaki sposób to zrobił? Dalej nie rozumiałem, tłukłem się z myślami, bezskutecznie. Jak widać, musiałem poczekać, aby uzyskać odpowiedź.
Znów zaczęło się coś dziać. Łańcuchy, dźwięk był wyrazistszy, nie przytłumiony. Kiedy prawie przejąłem się tym, że coś niedobrego zaczyna się dziać i nie widziałem dosłownie niczego, zostałem.. popchnięty albo rzucony do tyłu, potem przywaliłem z impetem plecami o ścianę. Odczułem wrażenie, jakbym znowu miał płuca - nie mogłem przez ułamek sekundy złapać oddechu, czując pustkę wewnątrz nich. Dziwne.. zmarszczyłem lekko nos, nie będąc specjalnie zadowolonym. Mój humor z minuty na minutę stawał się coraz to gorszy, i miałem wrażenie, że zaraz odrzucę te swoje całe maniery na bok. Miałem już kompletnie dość - chociaż mogłem przez chwilę odpocząć, czując się jakby lżejszym, nie czując na sobie iluzji. Już wiedziałem, co jest grane. Moja iluzja, którą wytworzyłem na sobie, urzeczywistniła się. Nie mam pojęcia, jakim cudem, ale to może za sprawą tego mężczyzny, który powiedział, że mnie przechytrzył.
Wtem, moim oczom ukazał się gospodarz balu, który zachowywał się zupełnie jak nie on. Jak marionetka, trzymana na cienkich, niewidocznych sznurkach. Zatrzymał się. Chwilę po tym, pojawił się za nim człowiek. Nawet śmiesznie ubrany. Uśmiechnąłem się lekko, przekrzywiając swą głowę delikatnie do lewego ramienia. Patrzyłem na to przedstawienie z pogardą. Prawdziwą pogardą. Co się może jeszcze stać? Umrę drugi raz? Och, jaka szkoda. … zaraz. Widząc czerwony, szkarłatny kolor wylewający się z tętnicy Crafta, przypomniały mi się te wszystkie osoby, z których to, swoimi łapskami wyrwałem duszę. Cholera, właśnie, dusze.. nie wiedziałem, jak to się odbije na mojej latarni, gdy mam ciało. Zostanie nietknięta? A może otworzy się i ulecą z niej wszystkie, a potem inne zjawy łakome na taką energię zgarną je do siebie? Westchnąłem ciężko, starając się opanować swój gniew. Gniew, który pomimo mojego wewnętrznego liczenia, wzrastał. Było źle. Jeszcze trochę, a naprawdę wybuchnę - a sztylet w mojej kieszeni przy torsie, w marynarce, na coś się przyda. Nie, nie, nie.. nie mogłem tak myśleć. Nie mogłem, nie wiedząc co mnie czeka. Gdybym od tak wyrżnął tu ich po kolei, mógłbym zostać sam. W obliczu zagrożenia. Szlag.
Słuchałem wywodu.. syna tegoż anioła, z którym to na miejscu zbiórki zdążyłem się przywitać. Słyszałem bardzo dużo nienawiści w tym, czym mówił. Widać było, że ta nienawiść wręcz przepaliła się przez jego szpik kości. Serce prawdopodobnie też było czarne - i może nie tylko dlatego, że był wampirem.
Jego słowa najzwyczajniej w świecie mnie uderzyły. Jak to się mówi..? Ach, tak. Poruszyły. Rzeczywiście, miał rację co do tego, że lubię patrzeć, jak z kogoś uchodzi życie. Ale nie w ten sposób. Ten był za prosty.
- Dziecinne.. - prychnąłem, ignorując już jego następne słowa. Nie. Nie brakowało mi tego. To był najgorszy dzień w moim życiu. A miało być tak pięknie.. to nie. Wymyślili sobie, że się na mnie zemszczą. Aj, cholera.. zamiast się uspokoić, tylko nienawiść we mnie wezbrała. Nie chcę, po prostu nie chcę znów przechodzić tego samego! Poruszyłem się nieznacznie, jednak niewiele to dało. Pieprzony kokon.. pieprzone wszystko. Już całkowicie wyłączyłem się z tego monologu nieznajomego, po prostu nie słuchając. Po prostu moje myśli byli za głośne.
Widziałem jeszcze jakiegoś innego człowieka, kobietę mężczyznę.. czy to tamte dwie aury, które widziałem wcześniej? Najprawdopodobniej. A ta aura, potężna, pewnie należała do tego całego synalka Vergila. I jeszcze, na domiar złego, on stworzył te klejnoty.. na domiar złego, wiedział o mnie chyba wszystko. Chyba, bo mam takie sekrety, o których nawet ja czasem zapominam. Fate.. Twisted Fate. Jego krzyki tylko umilały mi czas, stawałem się też spokojniejszy słysząc agonię odbijającą się echem po ścianach tej sali. Och, jaka szkoda, że to nie ja mogłem być tym, który sprawiał ten ból.. Potem przyszła pora na kobietę. Tak tylko obserwowałem słabe przedstawienie.. ech. I jeszcze miałem ich uratować.
Kokon rozerwał się, a ja spadłem na twardą posadzkę moimi pośladkami. Szlag.. moja biedna kość ogonowa. Podniosłem się niemal od razu, rozglądając się. Pokoje. Zagadki. Joker.. Joker. Znałem go. Nie pamiętam dokładnie, skąd, ale przewinął się przez moje życie. Niestety, to wspomnienie uleciało, tak samo jak część innych, mało ważnych chwil. To, że po śmierci miałem świadomość, nie oznaczało, że będę pamiętał wszystko sprzed stanu swojego żywota. No cóż.. trzeba było teraz obmyślić plan, jak działać.
- Jak mniemam, każdy z was chce przeżyć - odezwałem się dość donośnie, aby każdy mógł usłyszeć mój głos - Nie możemy być teraz podejrzliwi w stosunku do siebie. Podajmy sobie dłonie.. wiemy już całkiem dużo o sobie. Jedynym sposobem aby uratować nasze mar.. nasze życia, jest współpraca.
Mam nadzieję, że takim krótkim i nieco żałosnym, człowieczym wywodem zmuszę innych do przemyśleń, aby tak nie stali okoniem względem siebie. A szczególnie wględem mnie, gdy już wiedzieli, że jestem.. a raczej byłem Śmiercią.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Vergil Lacroi
Liczba postów : 32
Dołączył/a : 22/12/2016
Wiek : 19

#18PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Sty 30, 2017 11:44 am

Obchodziłem salę, lecz nie zauważyłem zbyt wiele. Zawsze jednak coś: po pierwsze, prawie wszyscy wokół okazali się być iluzją. Dziwne, że nie dostrzegłem tego od razu. Zwykle zwracałem uwagę na cienie i nienaturalne zachowania. No nic, grunt, że się okazało. To mogło oznaczać, że stał za tym jakiś całkiem silny mag - a prawdopodobniej kilku.
Po drugie, co ciekawsze, po ścianach ciągnęło się coś... dziwnego. Bez chwili oczekiwania, ruszyłem ku pierwszej lepszej, zabierając ze sobą ze stołu jabłko czy jakikolwiek inny owoc, jaki był pod ręką. Zeskrobałem kawałek skórki i nałożyłem na wskazujący palec "przeklęte ostrze", by pozbyć się odrobiny tej dziwnej mazi ze ściany. Przez chwilę badałem ją, podsuwając sobie koniuszek palca blisko oka i próbując dostrzec, czym właściwie była. Sprawdziłem również jej zapach. Jeżeli powiodło się wszystko dotychczas, a wciąż właściwie nie miałem żadnych konkretnych informacji o tej substancji - nałożyłem ją na część owocu, którą pozbawiłem skórki, obserwując efekt.
Poza tym raczej nic konkretnego i szczególnie intrygującego nie działo się, poza coraz większym utwierdzaniem mnie, z biegiem czasu, jak duża część otoczenia jest zwykłą iluzją.
Gdy spotkaliśmy się z Terjeiem, a nasze pierścienie zaświeciły, odczułem... coś niepokojącego. Przyjemne, ale niepokojące ciepło. No i nie byłem już głodny. I to dziwne poczucie straty... czegoś.
Cholera.
Dotknąłem palcem wskazującym jednego z moich kłów, próbując go wydłużyć. Czyżbym nie był już wampirem? Jakim cudem?
Drugą ręką próbowałem wywołać przeklęte ostrze, pokrywając nim na chwilę całą moją otwartą dłoń.
I magię też utraciłem? Co najmniej niepokojące...
W pewnym momencie, gdy mgła zasłoniła praktycznie wszystko, odczułem spory nacisk na całe moje ciało. Właściwie, było to podobne do uderzenia bardzo silnego wiatru. Rozłożyłem skrzydła, bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię, zaraz o coś solidnie pieprznę - i być może nawet je połamię. Zdążyłem wyhamować, ale napór siły był stały, i tak przygważdżając mnie do ściany. Przez chwilę się szamotałem, wytężając całą moją fizyczną siłę, której, niestety, ale w nieprzeklętym ciele samego anioła nie miałem zbyt wiele. Być może jako wampir zdołałbym to przebić, ale teraz - nie było szans.
Zza oddalającej się mgły wyłoniła się postać... a właściwie to dwie. W tym jedna była gospodarzem balu - a przynajmniej za takiego go dotychczas uważaliśmy - a druga jakimś pajacem.
Pajacem, który po chwili okazał się być wampirem (średnio miłe zaskoczenie - miałem co do tego dość mieszane uczucia), i... no, pajacem. W drugim znaczeniu tego słowa. W sensie, zachowywał się dość... groteskowo. Polizał twarz starucha - fuj! - po czym zaczął spijać jego krew.
Coraz bardziej wątpiłem w tego typa. Totalne bezguście. Nawet na całkowitej głodówce, starałbym się znaleźć coś innego, niż całkowicie podupadającego na zdrowiu i życiu starucha... pfe. A ten się jeszcze tym nie wiadomo jak delektował, pozbawiając Vonder Crafta jego krwi do cna.
Co gorsza, błazen zagadał do mnie. I nazwał mnie "tatą"...
Co, kurwa? Naprawdę?
Po pierwsze - byłem... nieco zaskoczony. Nie spodziewałem się po pięćdziesięciu latach spotkać swojego syna, zwłaszcza w takim miejscu. Nie pomyślałem też, że mógłby być wampirem.
Z drugiej strony - moje zaskoczenie nie było aż tak znowu ogromne. Ktoś, z kim miałem aż tak znaczne więzy krwi rzeczywiście mógłby być jedną z nielicznych osób, które potrafiłyby mnie odnaleźć... no i miałyby jakikolwiek powód do zaproszenia mnie gdziekolwiek.
Po drugie - odpychał mnie wizerunek tego wampirka. I w połowie aniołka w dodatku. Ktoś mu nieźle namieszał we łbie...
Ach. I ktoś go musiał przecież przemienić w krwiopijcę. I chyba nawet już wiem kto.
Koleś, który zniszczył moją przeszłość i zdegradował mnie do tego, czym byłem. Typ, na którym od półwiecza planowałem zemstę i rosłem w siłę tylko po to, by jej dokonać.
I znów z drugiej strony... byłem z niego całkiem dumny. Dobrze, że mój potomek był tak silny, by - choć działając całkowitym podstępem, co też doceniałem - w końcu musiał wykazać się odrobiną sprytu - przygwoździć mnie do muru. No i sześcioro innych, niezwykłych ludzi, choć oni już byli na dalszym planie.
Miałem więc cholernie mieszane uczucia względem aktualnej sytuacji. Nie wiedziałem też, za co mój malec mnie tak nienawidził, jak to powiedział. Logicznego powodu do tego raczej nie miał...
A, chwila.
Zmierzyłem tego pajaca wzrokiem.
No tak. Przecież on nie musiał mieć logicznego powodu.
Co do "bycia wdzięcznym", odsunąłem to jednak od siebie. Pogodziłem się z moją klątwą już dawno. Trzymałem ją blisko siebie, by dokonać zemsty na mordercy - i, jak widać, w dodatku człowieku, który zamiast litościwie zabić mojego potomka, postanowił skarać przekleństwem również i jego. I pomieszać mu we łbie do... takiego stopnia. Dziwna iskra goryczy zapłonęła we mnie, dodając ciepła do gorejącego od kilkudziesięciu lat płomienia, oczekującego na jednego, jedynego faceta, na którym tak bardzo chciałem dokonać rzezi.
Pozostawało mi słuchać tylko, co mówił błazen. Najwidoczniej zdradzał teraz tę prawdziwszą naturę każdego z zaproszonych. I widocznie, do każdego miał jakiś osobisty interes i urazę...
"Władca śmierci", chyba najbardziej ciekawe określenie, padło na postać Thresha. Uniosłem jedną brew, ale mimo wszystkich zgromadzonych przeze mnie informacji nie mogłem zgadnąć, dlaczego akurat takim określeniem mianowany został tamten człowiek. Ale cóż - skoro zostały odebrane nam nasze zdolności... raczej nie powinien się szczególnie wyróżniać.
Jhin został nazwany wirtuozem zbrodni, więc w części "artystycznej" mogło być ziarno prawdy. Po prostu był artystą jako... zabójca, jeśli dobrze myślałem. To miły pseudonim. Byłoby ciekawie być posiadaczem takowego.
Bliźniacy zostali przedstawieni w sumie podobnie, jak poprzednio. Byłem jednak prawie pewny, że coś ich odróżniało od przeciętnych leśników. Magia? Być może, biorąc pod uwagę, że ponoć w jakiś sposób pośredniczyli przy produkcji biżuterii zdobiącej teraz palce całej zebranej tu siódemki. Bo nie było tajemnicą, że w jakiś sposób pierścienie te były dość... niezwykłe.
Deith chyba w przeszłosci odrzuciła zaloty mojego syna - czy cokolwiek w podobie - bo do niej, zdawało się, miał tego typu urazę. Poza tym nie powiedział niczego konkretnego. Dalej nie wiedziałem, czy była potężną czarodziejką, czy początkującą piromanką, ale w tej chwili w sumie miało to znikome znaczenie. W końcu pierścienie odbierały moc magiczną, i pewnie nie tylko... jeśli dobrze wywnioskowałem.
Terjei widocznie kiedyś złapał błazna, chcąc wymierzyć mu sprawiedliwość, ale cóż - coś się chyba nie powiodło. Nie mówiło mi to zbyt wiele o sile ani Terjeia, ani synka. Ostatecznie tak naprawdę nie znałem ani jednego, ani już drugiego.
Obserwowałem kolejne wydarzenia. Nie poznawałem zawieszonego na łańcuchu człowieka, no i nie wiem, czy powinienem. Tak czy inaczej, kolejne wydarzenia były dosyć ciekawe. Nie mówiły mi zbyt wiele, ale wyglądały całkiem spektakularnie.
I wyglądało na to, że kobieta z którą pajac współpracował... hm, to ona mogła wymyślić cały ten plan wokół. Nie spodziewałem się raczej niesamowitego sprytu po moim synu (był bardziej po mamie, heh), a kwestia tej panny dawała do myślenia w podobny sposób.
To, co jednak najbardziej zwróciło moją uwagę, to cała gadka o pierścieniach. W tej kwestii akurat byłem w stanie zaufać pajacowi, bo, choć zdawał się być... hm, pojebany - to w oszukiwaniu we własną grę, którą tak dokładnie planował (lub planowali), nie miałby żadnego interesu. Gdzie w tym zabawa?
A po co mu zabawa? Wystarczy się rozejrzeć. Gdyby chciał zwykłą, nieskomplikowaną zemstę, po prostu podszedłby do nas i każdemu poderżnął gardło. W końcu... no, mógł.
..."nie skrzywdzisz nikogo tak, jak mnie"... Hm? Jak ja niby go skrzywdziłem - zastanawiałem się. Bardziej sam się skrzywdził swoim poczuciem stylu i grozy, jeżeli próbował tym występem kogokolwiek z nas wystraszyć. Nie wiem jak reszta, ale ja podobne akcje mogłem mieć na porządku dziennym, a oni nie wyglądali na boidupy.
Akcja z pustką i wyciąganiem duszy była całkiem ciekawa, ale... no cóż, nie widziałem powodu jej prezentacji. Niemniej jednak, nie wzbudziło to moich obaw. Ponownie - gdyby tak proste pozbawienie nas życia interesowało tego błazna, po prostu by to zrobił  - już spory czas temu. A przynajmniej by próbował.
I jak przewidywałem, przygotował coś specjalnego. Zagadki, hoho. Doskonale.
- Powodzenia! - krzyknąłem serdecznym głosem, gdy znikał we mgle. Z jednej strony, fascynowało mnie, że zostało po mnie coś, co mogło być silniejsze ode mnie. Co prawda był durniem, ale z wiekiem może się ogarnie.
Nie miałem jednak zamiaru łatwo dać mu zwycięstwa. Życzyłem mu powodzenia, bo naprawdę mu się przyda.
Nie byłem gotowy na upadek, po tym, jak przytwierdzające mnie do ściany coś odpuściło. Upadłem więc, prawie na podłogę, podpierając się jednak w porę jedną dłonią, lądując też na jednym kolanie z rozpostartymi częściowo skrzydłami (cały czas były szeroko otwarte). "Epic hero landing", chciałoby się rzec.
- No. - rzuciłem krótko, gdy Thresh zakończył swój wywód. - Nie patrzcie na mnie krzywo. Nie ja wychowywałem tego pajaca. - rzuciłem, z nieco pogardliwą nutką na koniec. - Gdyby nie pewien incydent, byłbym z nim spokojną, pokojową, prawie przeciętną, szczęśliwą rodzinką. Ale to było dawno. - powiedziałem, wzruszając ramionami. Nie zależało mi już na tym. To była przeszłość, dziesiątki lat dawniej. Zdążyłem już zapomnieć, pogodzić się, wzgardzić nią. Miałem jednak pewną nadzieję, wiarę w syna, ale bardzo odległą. Szczerze mówiąc, byłem prawie pewny, że umarł.
- Takżeee... No, zapraszam na górę. Wiele nam nie pozostało do roboty. - rzuciłem, prawie się uśmiechając na zachętę. - Wygrajmy z nim w tę grę, chodźcie. - powiedziałem, kierując się w stronę schodów prowadzących ku górze i licząc na to, że reszta nie będzie się ociągać, czy płakać nad rozlanym mlekiem, tak jak robiła to Deith. Mieliśmy ograniczony czas, a nie wiadomo, co na nas czeka. Miejmy nadzieję, ze panna szybko się ogarnie.
Prawdę mówiąc, miałem w dupie zarówno los leżących tu postaci w formie tych "kwiatów duszy", czy czegokolwiek, jak też całej reszty siódemki. Mimo wszystko, skoro każda z zagadek była przyporządkowana do każdej osoby, po prostu nie było innej opcji, jak zachęcić całą resztę, żeby prędko ruszyli dupy. Dobrym na to sposobem było po prostu iść przodem. Z doświadczenia, jakie nabył jakiś wiek temu, ludzie nawet lubią iść za kimś większym i wyglądającym na silnego.
Czy bałem się iść przodem? W sumie to nie. Co prawda nie byłem tak "nieśmiertelny", jak byłem jako wampir, ale nie obawiałem się ani zagadek, ani mojego syna - o ile pajac rzeczywiście był tym, za kogo się podawał. Jeżeli myśli, że bez magii i wampirzych ulepszeń będę bezbronny, to chyba jego mentor nie opowiadał mu, że go przedziurawiłem na wylot... pięćdziesiąt lat doświadczenia w walce temu.
Co prawda nie było to czysto techniczne i zamierzone trafienie, ale sednem sprawy było dokładnie to. Dlaczego zdołałem powstrzymać tamtego wampira?
Miałem pewną moc, która nie mogła być mi odebrana.
Byłem po prostu pierdolonym farciarzem.
A jakie szanse ma jakiś podstępny wampir-czarownik przeciwko aniołowi, który ma za plecami dobrą wolę całego wszechświata, podkładającego mu poduszkę pod rzyć za każdym razem, kiedy ten pada na ziemię?
Wyszczerzyłem się bardzo, bardzo szeroko. Od kiedy przypomniałem sobie nieco zdolności magicznych i nabrałem doświadczenia bitewnego, rzadko kiedy potrzebowałem szczęścia. Teraz, po długim odpoczynku, być może będzie miało szanse się wykazać.


Ostatnio zmieniony przez Vergil dnia Pon Sty 30, 2017 3:23 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Terjei Duibhne
Liczba postów : 13
Dołączył/a : 23/12/2016

#19PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Sty 30, 2017 2:40 pm

To wszystko było tylko iluzją i to w zasadzie tłumaczyło dlaczego mój szósty zmysł tak cholernie sfiksował. Szkoda tylko, że zorientowałem się w tym wszystkim trochę poniewczasie. Dobre w tym wszystkim było to, że nagły ból głowy jaki mną wstrząsnął zniknął ponownie tak nagle, że wydawał mi się już tylko złym wspomnieniem. Mogłem się podnieść co bez ociągania zrobiłem. Mniej więcej właśnie w momencie kiedy stanął i wyprostowałem się moje ciało przeszyła fala ciepła, której źródłem była ozdoba na moim palcu. Nie żeby było to jakieś nieprzyjemne uczucie, ale po nim odniosłem wrażenie jakby coś się zmieniło. Jakby przejście tej energii sprawiło, że coś straciłem. Nie bardzo miałem czas zastanawiać się co takiego utraciłem, bardziej koncentrowałem się na tym wszystkim co działo się dookoła. Ponownie dźwięk łańcucha, był coraz bardziej nieprzyjemny. A ta mgła? Cholerstwo było już tak gęste, że nie byłem w stanie dostrzec wyciągniętej przed sobą dłoni. I wtedy jebs, coś szarpnęło mnie do tyłu z taką siłą, że zatrzymałem się dopiero na najbliższej ścianie. Boleśnie się zatrzymałem. Nim się obejrzałem byłem uwięziony. Uwieziony w czymś na kształt wielkiego kokonu tak, że mogłem poruszać jedynie głową. Pozostali byli dokładnie w takiej samej sytuacji co ja. Oczywiście próbowałem się poruszyć, jakoś uwolnić. Nic, nie mogłem zrobić nic. Zrozumiałem to od razu więc porzuciłem próby uwolnienia się z tego czegoś, były zupełnie bezsensowne. Pozostało mi się więc poddać i przekonać się jakiego to spektaklu miałem zostać główną atrakcją. Nie trzeba było długo czekać...

Mgła zaczęła się powoli rozrzedzać, a niedługo po tym jak usłyszałem jakieś kroki pojawił się organizator tej wspaniałej imprezy. Od razu pomyślałem, że nie jest to ta sama osobą, która powitała mnie przed wejściem. Wydawało się jakby to nie on wykonywał wszystkie ruchy, jakby był kierowany niczym marionetka. I odpowiedzialny był za to jakiś mało umiejętny marionetkarz sądząc po nienaturalnych ruchach tego staruszka. Na widok osoby, która pojawiła się za nim... nie zrobiłem nic. Nadal po prostu patrzyłem swoimi wąskimi ślepiami na całe to kiepskie przedstawienie, które się przede mną rozgrywało. Pajac - bo jak inaczej można było określić kogoś ubranego w taki sposób - najpierw zakończył żywot staruszka dosłownie wysysając z niego życie. Wampir, co? Co to za różnica kim czy też kim on był, gdybym mógł wzruszyłbym ramionami, ale nie mogłem więc po prostu patrzyłem. Patrzyłem i słuchałem jak tamten zaczyna wylewać z siebie jakieś żale. Najpierw mówił do mojego wspólnika, który ze słów tamtego wynikało jest jego ojcem. Czyli współpracowałem z wampirem? Cholera by to wszystko...
Potem pojawiła się kobieta, którą nawet kojarzyłem. Nie znałem jej oczywiście, ale kto nie słyszał o tym zabójcy. Krótka wymiana zdań i kolejne żale. Powiem tylko, że każdy z tu obecnych jest moim wrogiem. Nie nie wrogiem, raczej celem. I właściwie nie teraz, bo teraz to mogłem im co najwyżej posłać nienawistne spojrzenie (ale tego nie zrobiłem), w przyszłości każdy z nich stanie się moim celem jeśli tylko pojawi się w Piltover. Każdy prócz tej Deith, ona była po prostu czarownicą. Co do słów tamtego skierowanego bezpośrednio do mnie... Olałem je, spłynęły po mnie jak woda. Jedyną osobą, o której ratowaniu w ogóle bym pomyślał była właśnie ta czarownica, pozostali byli tylko jakimiś mordercami, czy potworami. Wcześniej był jeszcze ten staruszek, ale no... nie byłem w stanie nic zrobić. Moja moc... moc której nie lubię używać nie działała. Wtedy właśnie zrozumiałem czym był ten impuls, którzy przeszył moje ciało. A czy go wcześniej spotkałem? Nie bardzo faceta kojarzyłem, plus powiedział to tak jakbym ostatnim razem ja był górą. Więc chyba jednak nie miałem wątpliwej przyjemności spotkać go wcześniej, gdyby tak było, i gdybym wtedy go załatwił to... to zwyczajnie by go tutaj teraz nie było.
Wracając jednak do tego co się działo... Pojawiła się kolejna osoba. Twisted Fate. Patrzyłem z obojętnością na to co się z nim działo. Oszust, złodziej, krętacz, nie był kimś kogo los mnie obchodził. Z resztą i tak nic nie mogłem zrobić. Mogłem tylko patrzeć, i słuchać. W końcu to całe przedstawienie zmierzało ku końcowi. Zanim jednak wszyscy wylądowaliśmy na podłodze zostaliśmy poinformowani, że w drodze na najwyższe piętro do tego pajaca czekać nas będą jakieś zagadki. Oj tka, wybierałem się do niego, ale bynajmniej nie po to aby uratować te dwa leżące teraz bez życia ciała. Chciałem stanąć przed nim z zupełnie innego powodu. Zanim jednak ruszyłem musiałem coś sprawdzić. Nie ze złości czy kierowany innymi uczuciami, po prostu żeby coś sprawdzić. Aby odpowiedzieć sobie na pewne dręczące mnie pytanie przypieprzyłem w podłogę pięścią, dość mocno. Chciałem się przekonać co z moim kostiumem, czy jego moc też została jakoś zablokowana? Jeśli tak to po prostu bolała mnie troszkę łapka, a jeśli nie to przynajmniej część podłogi powinna rozlecieć się na kawałeczki. Jak by się jednak nie stało ruszyłem spotkać się z tym pajacem. Czy kombinezon działał czy nie i tak zdecydowałem się tam pójść. Nie odezwałem się ani słowem. Ani do Thresha czy Vergila, którzy - wyglądało na to - uważali, że jesteśmy teraz jakąś drużyną. Ani do Jhina "wirtuoza zbrodni", ani też do czarownicy nad ciałem TF'a. Nie miałem zamiaru jej pocieszać, podnosić na duchu. Ją po prostu zignorowałem, a pozostałych... Nic, nic poza utrwaleniem ich twarzy w pamięci. Na razie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#20PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Nie Lut 05, 2017 8:52 pm

Westchnąłem, poprawiając mankiety białej koszuli. Nie byłem uradowany zapowiedzianym widowiskiem. Sprawiało, że czułem się dziwnie pusty. Brakowało mi czegoś. Czegoś, czego nie umiałem wyrazić słowami, nawet sztuką. Nie mogłem jednak odwrócić wzroku, aby pomyśleć, wytłumaczyć sobie wszystko. Nie miałem czasu. Scena powoli schowała się między mgłą, pozwalając usłyszeć głośniejsze pobrzękiwanie łańcuchów. Przełknąłem ślinę, lekko się wszystkiego obawiając.
- Ugh... - mruknąłem, gdy potężna siła odepchnęła mnie w stronę ściany. Nie spodziewałem się, że coś podobnego się wydarzy. Uwielbiam zaskakujące zwroty akcji. Są nie tylko fascynujące, ale i barwne. Próbowałem się wyswobodzić, odzyskać władzę nad własnym ciałem, jednak rezultatów nie było żadnych. Odpuściłem więc, widząc fioletową substancję, która uniemożliwiła nam ruchy. Spojrzałem na pozostałych. Byli równie zdezorientowani. Doprawdy, sytuacja nie wyglądała zbyt korzystnie.
Uniosłem lekko zmęczony wzrok. Gospodarz balu, będący na scenie, nie przypominał zachowaniem człowieka, którego poznałem wcześniej. Nie on witał przybyłych w drzwiach. Spoglądał na nas niczym marionetka. Oczy nie miały w sobie pasji, żadnego koloru. Nie uśmiechał się radośnie, ciesząc się przyjęciem. Pusty, porcelanowy. Wykonywał jedynie polecenia. Polecenia lalkarza, który stał niedaleko niego, szczerząc się do publiczności. Cieniutkie sznurki obwiązane wokół nadgarstków, nóg i szyi nie musiały być widoczne, aby były dostrzegalne. Przymknąłem nieco powieki, obserwując głównego reżysera pojącego się krwią mężczyzny. Czuł na pewno cały towarzyszący temu ból. Marionetka, niby zwykła, pozbawiona świadomości, jednak cierpiąca potrzebami własnego właściciela. Teatrzyk lalek, tak opisałbym atmosferę przedstawienia. Zignorowałem nawet niemiłą uwagę, zafascynowany niedolą starca. Każdy artysta ma w sobie odrobinę szaleństwa. Ten demon za pewne tego nie zrozumie, dlatego większość czasu nie wsłuchiwałem się w jego słowa. Przygryzłem lekko wargę, przyglądając się dalszym wydarzeniom. Nie odczuwałem współczucia, beznamiętnie obserwując agonię Tobiasa, a następnie towarzyszki Evelynn. Doskonale wiedziałem, że oni uraczą nas pierwszym występem, gdy tylko ujrzałem ich sylwetki na tle mgły. Zainteresowałem się dopiero późniejszym aktem, unosząc głowę wyżej. Pierścienie miały ogromną moc, nie wątpiłem, jednak zawiodłem się, słysząc ich działanie. Niestety, nie dane mi jest posiadanie magicznych zdolności. Umiejętność strzelania nie powinna się do nich zaliczać. Nawet jeśli - nie mam przy sobie broni, prócz niewielkiego sztyletu, a on niewiele powinien zmienić. Natomiast me największe uznanie zyskały róże, które demon nazwał kryształem duszy. Perfekcyjne. Postać natchniona właśnie pustką, nicością. Zdolna jednak do artyzmu. Ciekawe.
Upadłem dosyć niefortunnie, obijając sobie kolana. O ile dobrze zrozumiałem, to żeby przeżyć, musimy odzyskać szlachetne kwiaty. Liczyłem na atrakcje, ale walka o życie niezbyt się do nich zalicza. Oczywiście, nie obawiałem się śmierci, jednak moje zadanie jeszcze się nie zakończyło i nie odpuszczę, dopóki nie spełnię pragnienia.
Westchnąłem, spoglądając na swych towarzyszy. Rozmawiali między sobą, ja natomiast wolałem pozostać w samotności. Nadal miałem w swych myślach gospodarza, który otrzymał najgorszą możliwą śmierć. Nienawidzę obserwować podobnych aktów. Podszedłem do jednego ze zdobionych wazonów, zapełnionych po brzegi różami. Zgarnąłem jedną, po czym wszedłem na scenę.
- Nie dane Ci było zakosztować sztuki - ukląkłem, kładąc delikatnie kwiat na klatce piersiowej zmarłego. - Obyś zaznał piękniejszego życia.
Chwilę wpatrywałem się w różę, którą pozostawiłem mężczyźnie, zaraz po tym schodząc z parkietu. Wypadałoby rozpocząć indywidualne przedstawienie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#21PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Lut 13, 2017 8:02 pm



Mogliście wszyscy zauważyć, że pomieszczenie w jakim się znaleźliście, także nasączone było magią iluzji.
W momencie, kiedy Joker się ujawnił, cały stworzony przez niego obraz rozpłynął się, a wy znaleźliście się w starych ruinach. Rezydencja była tylko budynkiem połączonym z pozostałością tajemniczego kompleksu budynków.
Coś błysnęło między szczelinami. Mogliście tylko przypuszczać, że prawdopodobnie była to swoistego rodzaju bariera, która miała umożliwić wam jakąkolwiek ucieczkę. O czym, dość szybko się przekonaliście. Ciekawska sowa, która zainteresowana zmieniającym się wizerunkiem, chciała przedostać się do was. Może, gdyby wiedziała, co ją czeka, nie odważyłaby się na ten krok.
Stworzenie, jak tylko wpadło na barierę, dosłownie usmażyło się żywcem. Na szczęście, śmierć zwierzęcia była krótka, więc nie cierpiało długo. Truchło ptaka spadło na ziemię, unosząc drobinki pyłu dookoła.
Jednak, waszą uwagę przykuło to, co zrobił Terjei-w momencie, kiedy uderzył pięścią o podłogę, ta nieco się uszkodziła. Nie miałeś jednak pewności Ter, czy kombinezon ma pełnię mocy. Wprawdzie ręka cię nie bolała, odczuwałeś tylko mrowienie. Wiedziałeś, że płytki mogły uszkodzić się z powodu starości. Nie były tak wytrzymałe jak wcześniej.
Deith, widziałaś, że ciało Twisted Fate, podobnie jak Evelynn stało się nienaturalnie zabarwione, do tego zimne niczym kawałek lodu. Ani jedno, ani drugie nie oddychało. Ich oczy nie były tak piękne jak kiedyś. Straciły blask, zupełnie tak jakby pozbawiono je połysku. Zobaczyć jednak mogłaś coś na szyi Fate, czego nie było u Evelynn-miał on bowiem symbol pękniętego półksiężyca na niej.
Vergil, owszem jak najbardziej to był twój syn, ale nie ten, o którym myślałeś. Uświadomiłeś sobie, właśnie teraz o pewnym problemie, jaki ci się potrafi zdarzać kiedy jesteś głodny. Poza tym, przypomniałeś sobie, że raz na jakiś czas możesz podzielić się swoim darem. Także, jak twoje trybiki zaczną działać, to układanka zacznie ci się składać w piękny obrazek sytuacji.
Thresh, ty bardzo dobrze znałeś tego chłopaka! Przecież zabrałeś mu kogoś, kogo każdy kocha najbardziej na świecie. Nawet ty miałeś kogoś takiego!

Byliście tak zajęci sobą, że nawet nie dostrzegliście pary oczu was obserwującej. Osoba ta, najpierw upatrzyła sobie Lexa i Xela, którzy będąc od siebie w sporej odległości, zdawali się robić za najsłabszy element. Czarna poświata, najpierw pochłonęła jednego, a potem drugiego. Działo się to tak szybko, że żadne z was nie mogło tego dostrzec, gdyż nawzajem odwróciliście swoją uwagę od otoczenia.

Kolejną ofiarą miałeś stać się ty Jhin. Kładąc róże, skupiłeś się na tej jakże neiartystycznej śmierci starego człowieka! Nie mogłeś zrozumieć, jak w tak sposób, można było zmarnować taką szansę. Jeszcze ta krew, która mogła się przydać.
Podłoga pod twoimi stopami zaczęła lśnić na czerwono. Nim zdążyłeś to zauważyć z podłogi, niszcząc ją doszczętnie wysunęły się grube pnącza, które owinęły się wokół twoich nóg oraz pasa, aż na nadgarstkach. Zostałeś unieruchomiony i wciągnięty do powstałej dziury.
Szybko dowiedziałeś się, kto cię tak załatwił. To był woźnica z karety, którą tutaj przyjechałeś. Miałeś już pewność, że nie byli ludźmi, a jakimś potworami.
-Babcia się ucieszy, kiedy dam ci mały prezent.-wyszczerzył się, patrząc w twoje oczy-Ale najpierw...się trochę zabawimy!-napastnik poraził się prądem.
Czułeś, jak elektryczność przechodzi przez twoje ciało, zadając ci sporą dozę bólu. Kilkakrotnie oberwałeś wstrząsem elektryczny, ale na tyle, by cię nie zabić, a osłabić.
-A to tak prezent od babc.-szyja napastnika wydłużyła się, podobnie jak jego kły.
Te zaś, wbiły się w twoją szyję. Czułeś ból nie do opisania. Jak tylko się oderwał od ciebie, na twojej szyi pojawił się symbol pękniętego półksiężyca.
-Jest i drugi.-napastnik, dalej jednak cię trzymał.
Nie miał zamiaru puścić. Posłał ci kolejną falę elektryczną, aby jeszcze bardziej cię zranić.
Pozostali mogli tylko widzieć błysk odbijający się gdzieś na samym dole, w wielkiej dziurze. Jak również usłyszeć twój krzyk.
Jhin wiedziałeś, że jak jeszcze raz dostaniesz, to stracisz przytomność, a może nawet i życie. Zamknąłeś oczy, szykująć się na spotkane z przeznaczeniem, kiedy poczułeś zapach świeżej krwi, a także odgłos przechodzenia metalu przez ciało.
Więzy jakie cię trzymały poluzowały się, a ty poczułeś, że spadasz. Odczucie to jednak trwało chwilę ponieważ ktoś bardzo delikatnie złapał cię i trzymał na rękach.
Jak otworzyłeś oczy to mogłeś dostrzec wpatrzone w ciebie czerwone tęczówki oczu. Twarz twojego wybawcy była skryta, za maską mima. Jednak te rubinowe oczy, gdzieś już kiedyś widziałeś te oczy! Jesteś tego pewien!
Czarny kaptur od peleryny zakrywał głowę tego kogoś, ale głównie, to chyba był po to, żeby ukryć to, co na tej głowie się znajdowało-prawdopodobniem dość duże rogi. Reszta peleryna skrywała, dość dobrze całe ciało twojego rycerza bez białego konia.
Postać była dość wysoka, z tego co zdążyłeś wywnioskować, a do tego silna, gdyż bez problemu mogła trzyma trzymać cię na rękach.
Zanim zapytałeś na głos, jak dostał się do dziury, już byliście w powietrzu. Dziwne, poszarpane skrzydła unosiły ich właściciela oraz ciebie w powietrzu. Poruszaliście się na tyle powoli, że mogłeś, na dole dostrzec przecięte na pół ciało woźnicy, które rozsypało się tak, jakby zrobione było z piasku.
Jak tylko znaleźliście się na powierzchni, jegomość jeszcze chwilę potrzymał cię na rękach, po czym delikatnie postawił. Widząc jednak, że się rozjeżdżasz, na powrót wziął cię na ręce.
Kiedy szedł dało się słyszeć dość specyficzny odgłos. Nie był to ani stukot butów, ani bosych stóp. Trudno w sumie, było go nazwać.
Niemniej, owy osobnik posadził cię przy ścianie. Potem podszedł do Twisted Fate i Evelynn, których posadził obok ciebie.
Przyjrzał się zarówno twojej, jak i Fate’a szyi, po czym podszedł do Deith. Popatrzył na ciebie z góry. Kucnął, a następnie kciukami otarł twoje łzy. Po wykonaniu tej czynności, zasiadł na jakimś zniszczonym fragmencie.
Wyprostował rękę, wskazując na kolejn: Vergila, Terjeia, a potem Thresha. Jego czerwone oczy, lustrowały was bardzo uważnie. Czegoś od was chciał. Pytanie tylko czego?
Nie zabił was od razu, a nawet uratował Jhina. Jednak, czy na pewno był to sojusznik, który chciał wam pomóc, czy była to kolejna sztuczka Jokera?
Trudny wybór, prawda?

Póki co, minęło niecałe trzydzieści minut.

----------

OOC: Xel i Lex, ponieważ mimo mojego pytania o post, nie było go, mimo zapowiedzi, że takowy się pojawi, nie było go, plus pojawił się odpis na prywatnej sesji, chwilowo wykluczam was z rozgrywki. Jak wrócicie, to zaczniemy w innym miejscu, z dala od innych. Póki co, zostajecie porwani, jesteście gdzieś, nie wiecie gdzie, ponieważ blokujecie brakiem odpisu event. Rozumiem moją zwłokę z postem, która jest uzasadniona, ale takiego zachowania, jako MG, tolerować nie będę.

Pozostali macie szansę otrzymać sojusznika, zatem postarajcie się i nie spieprzcie tego.

Nie ma kolejki, piszecie jak kto woli.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#22PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Pon Lut 20, 2017 3:05 pm



DO JUTRA DO GODZINY 21 PROSZĘ O POSTY W EVENCIE. JEŚLI NIE POJAWIĄ SIĘ ODPISY, PRZERYWAM EVENT.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

Miano : Jhinuś
Liczba postów : 45
Dołączył/a : 26/11/2016

#23PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Wto Lut 21, 2017 9:19 pm

Nie czułem okrutnego bólu, jednak krzyczałem, szlochając cicho. Strach bywa zgubny. Nie warto zbyt wiele myśleć, aby uniknąć przemyśleń. Te natomiast nazwać można największym wrogiem. Niekiedy prowadzą doprawdy trudną drogą, którą normalnie nie zdecydowalibyśmy się podążyć. Ważne, by zachować własne spostrzeżenia. Nie zamierzałem reagować, spoglądać dzielnie przed siebie. Nie dano mi napisać scenariusza własnym piórem, dlatego musiałem zagrać zgodnie z innym. Ideą obcego pisarza. Piękne uczucie móc poznać zupełnie nową sztukę. Postrzeganie świata niepoznanym umysłem. Mogłem mimo wszystko zignorować zaproszenie do rezydencji, która okazała się złożoną iluzją połączoną kilkoma starymi, zburzonymi przez czas murami tajemniczych pozostałości pierwotnych budynków, stworzoną na potrzeby jednego występu. Na pewno nie stałbym się głównym aktorem spektaklu mając to na uwadze. O wiele lepszym jestem reżyserem, twórcą dramatów, długo pozostających w pamięci ich widowni. Me uczestnictwo niezbyt pasowało do ogólnego zamysłu każdego z nich. Nie miałem czasu dbać jednocześnie o przebieg fabuły i zaszczycać scenę obecnością wybitnego artysty. Poczułem krew, a moment później urokliwą ciszę. Jedynie lekki podmuch wiatru przypominał o sobie, świecie. Nie miałem siły. Mdlałem, nie mogąc się uspokoić.
Niewiele pamiętałem. Jedynie wygląd oprawcy umiałbym idealnie opisać. Wiedziałem, że woźnicy nie należą do normalnych ludzi. Nikt nie byłby wstanie milczeć tyle czasu. Znów miałem rację. Szkoda, że zawsze w nieodpowiednim czasie.
Uchyliłem powieki, czując ogarniający mnie chłód. Rozejrzałem się. Cóż, towarzystwo dwóch mało chętnych do rozmowy osób pozbawionych duszy wyglądało naprawdę kusząco, jednak ostatecznie podziękowałem za propozycję. Postanowiłem zignorować własny wygląd, którym szczerze się brzydziłem, oraz zmęczenie, aby podejść bliżej zamieszania. W prawdzie trudno było mi pojąć przebieg ostatnich zdarzeń, ale musiałem wiedzieć tylko jedno.  
- Dlaczego... - wstałem, ledwo podchodząc bliżej - mi pomogłeś?
Wybawiciel. Jego również miałem w pamięci. Gdyby nie on podejrzewam śmierć otwarłaby na mnie swe ramiona. Oczywiście, niezmiernie ekscytowałbym się tym zdarzeniem, ale nie uważam, abym był już na nie gotowy. Nie spełniłem jeszcze marzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#24PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   Sro Lut 22, 2017 5:03 pm



Przerywam event. Może innym razem poprowadzę go od nowa, lepiej zaplanuję.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


#25PisanieTemat: Re: Rezydencja na uboczu   

Powrót do góry Go down
 
Rezydencja na uboczu
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Last Bastion :: 

Eventy

 :: Archiwum :: Stare Ruiny
-
Wymiana
Forum oparte na realiach gry firmy Riot Games, League of Legends. Styl został wykonany przez Przyczajoną Grafikę z Monochrome Layouts. Prosimy uprzejmie o niekopiowanie treści zamieszczonych na łamach forum.
Fragment kodu w ogłoszeniach: ©corazon