IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Twisted Fate

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#1PisanieTemat: Twisted Fate   Sro Gru 21, 2016 7:40 pm

Imię i nazwisko: Tobiast Fokstrot aka Twisted Fate
Tytuł: Mistrz Kart

Wiek:32 lata

Rasa: Człowiek

Miejsce pochodzenia: Rzeka Serpentine
Przynależność: Bilgewater
Ranga:-
Profesja: Karciany Rekin

Wygląd:
Co, faceta nigdy nie widzieliście? Szkoda słów...to po kolei Tobias, czyli nasz Fate, jest przeciętnej budowy. Z daleka to można stwierdzić, że jakiś taki chuderlak z niego. Oczywiście, że pozory mylą. Poza tym, on doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest nienormalnie przystojny. Jak wiadomo te złe typy tak mają-charyzmę i do tego swój urok. Czarne włosy, sięgające łopatek często opadają na jego plecy, a niekiedy częściowo na ramiona. Rzadko się zdarza, aby je spinał. Ewentualnie robi to wtedy, kiedy nikt nie patrzy. Ciemny kolor czupryny kontrastuje z lekko opaloną cerą. Podobnie jest z jego zarostem. Dobrze przycięty i dodający mu tego czegoś. Poza tym, kobiety z jakiegoś powodu lecą na brodatych. Patrząc dalej, to często ukrywa twarz za kapeluszem. Dlatego też ciężko dostrzec ten grecki nos oraz zielone oczy. Niemniej, dzięki magii mogą zmieniać kolor na czerwony, żółty lub niebieski. To jak z kartami-jaki kolor wypadnie, taki będzie. Usta duże ma ten jegomość. Co ciekawe, prawie nigdy nie schodzi z nich chytry uśmieszek. Taki jego znak firmowy. Skoro opis lica, tego przystojniaka mamy za sobą pora przejść dalej. Szyję ma grubą, nigdy nie ozdobiona żadnym łańcuszkiem. Obojczyki ma lekko odstające. W sumie, to samo można powiedzieć o łopatkach. Ramiona ma szerokie, ale lekko zaokrąglone. Ręce z widocznymi mięśniami. Dłonie duże oraz grube palce nie ozdobione żadnymi błyskotkami. Klatka piersiowa oraz brzuch w stanie nienagannym. Rozumie się przez to nawet dobrze zarysowane mięśnie. Także, jest co pomacać, jak pozwoli. Tyłek ma okrągły, bo mu się wyrobił od tych wszystkich ucieczek. Jak się porusza nogami, to mięśnie tyłka się wyrabiają. Ten robi się no wiecie, zgrabny i jędrny. Nogi, także są dobrze wyrzeźbione. W sumie, z tego samego powodu co zgrabność czterech liter. Stopy, a no z kupnem butów to problemów nie ma. Ach, jeszcze jedna rzecz, ale wiecie to lepiej niech zostanie tajemnicą. Jak jesteście ciekawi, to po prostu spytajcie te osoby, które uwiódł.
Warto wspomnieć coś na temat jego ubioru. Menda społeczna nie szczędzi pieniędzy na ubrania. Gorzej jak baba. Kupuje drogie fatałaszki, Głównie po to, by sobie poszaleć jak król za ciężko zarobione pieniądze. Cóż, w końcu użyczanie sobie cudzej mamony to też praca. W dodatku bardzo męcząca! I bardzo ważna rzecz: nikt, ale to nikt nie ma prawa dotykać jego kapelusza! No, chyba, że chce ktoś stracić rączki tudzież paluszki.

Charakter:
Zacznijmy od tego, co widać. Przede wszystkim rzadko wszystko traktuje serio. Każdy dzień wita tym swoim szyderczym uśmiechem, połączonym z niefrasobliwym wdziękiem. Posiada, w każdej dziedzinie życia, asa w rękawie. Inaczej nie poradziłby sobie w tym okrutnym świecie. Jest pewny siebie, wie czego chce od życia. Lubi bawić się kosztem innych, właściwie tych kasiastych. Wręcz ubóstwia kłaść łapska na ich świecidełkach, a potem szaleć sobie na prawo i lewo. Można też zauważyć, że jest pyszałkiem, który za nic ma sobie uczucia innych oraz to, co o nim pomyślą. Z jednej strony jest to duży plus, bowiem nie warto przejmować się zdaniem innych. Z drugiej jednak strony wywołuje kłopoty, w które notorycznie się pakuje. Potem trzeba go z nich wyciągać. Ewentualnie sam się wyciągnie. Jednak, przeszłość będzie go zawsze goniła, nie ważne gdzie ucieknie. Trzeba uważać na to, co się przy nim mówi. Potrafi wykorzystać to przeciwko komuś, jeśli będzie miał z tego korzyść. Cholernie przebiegła i cwana bestia z niego. Potrafi tak manipulować innymi, by wszystko uchodziło mu na sucho. Wszak, życie na ulicy nauczyło go przetrwania, Wie również jak radzić sobie w ekstremalnych sytuacjach. Owszem, zawsze stawia na swoje karty, ale pamięta, że nie zawsze mu pomogą. Dlatego nigdy nie pokazuje swoich zdolności oraz inteligencji. Woli uchodzić za aroganckiego śmieszka, mającego gdzieś prawie wszystko i wszystkich.
Jest też druga strona medalu. Warto się zastanowić czy to, co pokazuje jest prawdą. Każdy znający go choć trochę, zwłaszcza jego przeszłość pojmie w czym rzecz. Jakby nie patrzeć miał kochających rodziców, którzy zapewnili mu opiekę. Nauczyli karcianych sztuczek oraz przekazali wszystko, co istotne na temat wartości. Inaczej nie stanął by w ich obronie, te kilkanaście lat temu. Oznacza to, że nie zostawi bliskiej osoby na pastwę losu. Jest gotowy zrobić naprawdę dużo, chociaż czasami powinien przemyśleć to, co planuje zrobić. Tak, jak było w przypadku rodziców. Podobnie było i z Gravesem, ale to pozostaje między nimi. Udało się im jednak pogodzić oraz zapomnieć o starych niesnaskach. Także jest kolejny dowód na to, że ten facet wcale taki zły nie jest. Potrafi wybaczać czy dać drugą szansę.
Jeśli chodzi o miłość, cóż...to nie jest jego konik. Zawsze trafiał na kogoś, kto się przeważnie nim zabawił tudzież, chciał być dla pieniędzy czy pogłosu. Przecież to coś wspaniałego być z kimś, kto jest sławny. Nie ważne, w jakim tego słowa znaczeniu. Długo był w związku z Evelynn, ale ta postanowiła przerwać ten romans. Fate, nie pokazując nikomu bardzo się tym przejął. Wszak, każdy ma uczucia. Poza tym, nie jest niczym fajnym, gdy dziewczyna przychodzi do swojego chłopaka i oświadcza mu koniec związku bez podawania przyczyny. Niby wszystko było w porządku, ale dopiero z czasem zaczął zastanawiać się, co było tego powodem. Kierunek jego myśli, przeważnie schodził na tor-moja wina. Z racji tego, że nie chciał powtórki z rozrywki, zamknął swoje uczucia na kłódkę i złoty kluczyk. Jeśli się komuś uda ją otworzyć, na pewno nie pożałuje. Nocne, jednorazowe przygody, a takie nie ma nic przeciwko. Stały związek-pas. Tak czy siak, tego faceta albo się lubi, albo nienawidzi. Chociaż przeważnie, to drugie.

Umiejętności:

-Mistrz Kart-trzeba tu coś więcej dodawać? Ta cholera potrafi sprawić, że karty się go słuchają. Może z nimi robić, co tylko chce. Chociażby używa ich jako broni do walki. Można by powiedzieć, że jest takim Valoranowym Gambitem. W zależności od tego, jaką moc karty zamierza użyć: żółty, czerwony czy niebieski to te przybierają jeden z trzech kolorów. Warto wspomnieć, że używając koloru żółtego-może ogłuszyć przeciwnika, co da mu czas na ucieczkę. Niebieski zaś, sprawia, że karta po zetknięciu z celem po prostu wybucha, a czerwony daje możliwość spowolnienia przeciwnika poprzez spowolnienie czasu dookoła celu.

-Manipulator-potrafi tak pokierować rozmowę, naciągać fakty, aby zawsze miał z tego jakąś korzyść-przeważnie materialną.(jest jednak jedna osoba, która już się na to nabrać nie da.)

-Teleportacja-Fate opanował sztukę teleportacji, z wykorzystaniem swoich kart. Jednak, po użyciu tej sztuczki musi dosyć długo odpoczywać. W końcu, przechodzenie z jednego miejsca na drugie przez Bramę, jest wyczerpujące.

-Otwieranie zamków/kradzież kieszonkowa/włamania-jest osobą, która wychowała się na ulicy. Musiał nauczyć się sztuki przetrwania. Jedyną opcją i najłatwiejszą, według niego było nauczenie się złodziejskiego fachu. Nie raz, oczywiście wpadł nim stał się mistrzem. Wie jak użyć wytrychu, aby sforsować zamek w drzwiach czy też kłódkę. Potrafi tak przemknąć obok ofiary, że bez problemu zwinnymi palcami wyjmie z kieszeni czy też odepnie od paska mieszek ze złotem. Opanował także sztukę włamywania się. Wydawało się Wam, że to takie łatwe? O nie, to nie taka prosta sprawa. Każde włamanie, trzeba dobrze zaplanować, a wszystko zaczyna się od rozpoznania budynku. Wszak, trzeba wiedzieć jak szybko się ulotnić, nie robiąc przy tym hałasu, czyż nie?

-Kocia gracja-Fate jest jak kot. Wyrobił sobie tę umiejętność, gdyż stała się ona przydatna podczas złodziejskich eskapad. Czasami warto opanować, w stopniu bardzo dobrym, chodzenie po drzewach czy dachach budynków, czyż nie? Poza tym, koty podczas polowania skradają się na swoja ofiarę i są wręcz niewidoczne. Tak samo jest z Fatem. To taki kocur, który wędruje swoimi ścieżkami.

Ekwipunek/złoto:

Przy sobie:
-Zestaw kart(zwyłe, tylko odpowiednio oznaczone, ale tak by nikt nie widział oraz te magiczne)
-Nerka na pasku, a w niej: wytrychy, zestaw do podrabiania kluczy( czyli specjalna guma, która pod wpływem gorąca robi się miękka, więc można szybko odcisnąć klucz, buteleczka z roztworem szybko schnącym, więc może zrobić odlew klucza z odznaczonej formy).
-Notatki w postaci książki, dotyczące wszystkich skarbów, artefaktów znajdujących się w Valoranie(kiedyś tam udało mu się wygrać podczas rozgrywki w karty).
-Szczęśliwe kości.
-Małe kulki z dymem w środku, które po zniszczeniu tworzą biały dym unoszący się jakieś kilka sekund. Wiecie, na tyle, by dać dyla.

W domu:
-Apteczka (bandaż 1 metr, nożyczki, woda utleniona, plaster 1 metr, igła oraz nitka),
-Mapa Valoranu,
-Plany budynków, które obskubał, tudzież dopiero obskubie.
-Skarbiec, w którym ma sporo pieniędzy, jakieś dzieła sztuki...ogółem, trochę tego jest, nawet więcej niż trochę skoro uchodzi za jednego z najbardziej bogatych ludzi (ale wiecie, tylko dla tych nielicznych)

Ciekawostki fabularne:

-Nikt nie wie na co, poza drogimi ciuchami przeznacza skradzione pieniądze.
-Nie wiadomo czy jego rodzice żyją czy nie.
-Nikomu się nie przyzna, ale boi się Gravesa, zwłaszcza tego jego spojrzenia.
-Potrafi walnąć sucharem, w najmniej odpowiednim momencie.
-Lubi uprzykrzać życie innym, ale to przecież takie oczywiste!
-Jego imię oznacza spaczony los.
-Jest dobrym tancerzem.
-Zmienił swoje imię na Twisted Fate, po tym jak kilka lat temu, on wyszedł bez szwanku, a złapano jego partnera.
-Podobno to on i Graves obrabowali Skarbiec Mechaniczny w Piltover.
-Prawdopodobnie jest ścigany przez Caitlyn.
-Zawsze zostawia kartę z ornamentem C.
-Ściga go Kalista, za zdradę Gravesa.
-Nie wiadomo, gdzie lokuje swój zad, ale podobno tam gdzie Graves.


Pozostałe

Cechy/Zalety/wady:

-Charyzmatyczny(z)-co tu dużo mówić. Wystarczy spojrzeć na tego faceta, żeby nogi zaczęły się uginać. jeszcze jak puści oko albo zarzuci tym swoim tekstem: “Czy to twoja karta, mon cheri?” i wszystko staje się jasne.

-Poszukiwany(w)-jego gęba jest znana wszystkim. Przysparza mu to nie lada kłopotów, zwłaszcza, jak ktoś bardzo chce urąbać jego łeb przy samej dupie. Niemniej, bywa tez odwrotnie-są tacy, którzy chętnie mu pomogą, chociażby dlatego, że jest jednym z nich.

-Kłamca(w)-jest obrzydliwym kłamczuchem. Potrafi od tak wymyślić jakąś historyjkę, nawet taką z dupy wziętą. Najlepsze jest to, że potrafi zapamiętać treść wymyślonej powiastki, co utwierdza innych o jego prawdomówności. Chociaż zdarzają się wpadki. Wszak nikt nie jest idealny, nawet Fate. Dlatego często, jego nos ma randkę z czyjąś pięścią Jedyną osoba, która potrafi wyczuć jego kłamstwo to...a w sumie nie ważne, wiadome kto to jest.

-Fotograficzna pamięć(z)-Fate ma dobrą pamięć fotograficzną. Potrafi dużo zapamiętać, nawet drobne detale. W jego pracy, jest to bardzo przydatna cecha.




Ostatnio zmieniony przez Twisted Fate dnia Czw Gru 22, 2016 3:31 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#2PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Sro Gru 21, 2016 9:59 pm

A historia długa, więc będzie w kawałkach...

Historia

Osada Orburn, miasteczko portowe na północnym wybrzeżu Runeterry

Miasteczko nie wyróżniało się w sumie niczym istotnym. Niskie domostwa wybudowane z kamienia, pokryte dachówkami. Niektóre z nich przypominały kamienice, których wybrane lokale posiadały balkony. W sumie, większość z nich przyozdobionych była doniczkami roślin o różnokolorowych kwiatach. Brukowane uliczki roznosiły odgłosy końskich kopyt oraz butów mieszkańców miasteczka. Było tutaj strasznie spokojnie, za spokojnie, przynajmniej jak dla mnie. Sam nie wiem, czemu zawitaliśmy z Gravesem na to cholerne odludzie. Nudziłem się jak cholera. Nic tutaj się nie działo. Zupełnie nic.
Obserwowaliśmy z mostu rzekę przepływającą przez osadę, jak również ludzi spacerujących chodnikiem. Ten znajdował się na dwóch wałach, robiąc koryto dla wody. Opierałem się o kamienny murek. Wsparłem łokcie, aby oprzeć o jedną z dłoni swój podbródek. Słońce dawało się we znaki, ale nie narzekałem, bo kapelusz skutecznie mnie przed promieniami chronił. O tak, kapelusz to dobra rzecz.
Graves stał obok, plecami do murku. Najwidoczniej odechciało mu się oglądać ten spokojny widoczek. Palił to swoje cygaro. Blech, coś okropnego! Papierosy to inna sprawa, żeby nie było! Zerknąłem ukradkiem na dwie starsze kobiety, które rozprawiały o wczorajszym pogrzebie jakieś bliskiej osoby jednej z nich. Totalna nuda! Ziewnąłem przeciągle. Nawet nie chciało mi się zakrywać buzi. Wtedy, kapelusz przysłonił mi świat.
-Zakrywaj gębę, kiedy ziewasz. Na tarnację, nie chcę się zarazić twoją głupotą.-Graves położył swoją rękę na moim nakryciu głowy, aby lekko go zsunąć.
Wprost, na moje oczy. Odgoniłem go machnięciem ręki. Co on sobie wyobrażał?
-Phi! Mogę robić co mi się żywnie podoba, bajerancie.-podniosłem kapelusz.
Zmrużyłem oczy, kiedy zerknąłem na mojego przyjaciela. Za dużo sobie pozwalał, nie ma co. Jednak, brakowało mi tego. Westchnąłem. Mało tego, mój żołądek dał o sobie znać. Ostatnio mało co jedliśmy. Nie chcieliśmy też za bardzo rzucać się w oczy.
-Czy ty znowu jesteś głodny?-Graves wypuścił biały dym z ust.
-Nie, skądże. Ostatnio prawie nic nie jadłem. Trudno, żebym nie był głodny.-zirytowałem się.
Głuchy był czy co?
-Co ty robisz z forsą, jaką ukradniemy? Na ubrania cię stać, a na jedzenie już nie?-Graves patrzył na mnie z góry, tym wzrokiem.
Co zabawne, jego żołądek, też się upomniał o żarło.
-Hehe! Nie twoja sprawa, co robię z moją częścią pieniędzy. Poza tym, chyba sam byś coś zjadł, nie uważasz, bajerancie?-podrapałem się palcem po nosie.
Coś Graves zaczął mówiąc, ale nie słuchałem go. Dostrzegłem, dość dobrze ubraną i pulchną osóbkę. Dostojnie ubrana kobieta. Oblizałem usta. Fortuna jednak się do mnie uśmiechnęła. Nie czekając poszedłem w jej stronę. Jak tylko nadarzyła się okazja, uderzyłem ją ramieniem, tak aby upadła. Udałem, że zrobiłem to niechcący.
-Wielkie Nieba!-kobiecina upadła na kolana.
Graves podszedł do nas. Widocznie musiał mnie obserwować, jak tylko oddaliłem się od niego. Złapał mnie za ucho.
-Proszę o wybaczenie, ten łobuz nie ma w sobie ani krzty taktu. Przeproś panią.-Graves mało mnie nie zabił wzrokiem.
-Najmocniej przepraszam! Nie zauważyłem pani!-pomogłem jej wstać, a wtedy moje zwinne paluszki dobrały się do sakwy ze złotem, która zniknęła pod moim płaszczem.-A ty...puść już moje ucho...dobrze?
Graves zrobił to, o co go poprosiłem. Musiałem rozmasować ucho. Bolało jak cholera!
-Musiałeś tak mocno?! Musiałeś, prawda?!-patrzyłem za oddalającą się kobietą.
-Tak, musiałem. I na tarnację, uprzedź mnie następnym razem, kiedy zdecydujesz się na brykanie.-Graves strzelił mnie przez łepetynę-Ile tego jest?
-Hehehe! -byłem dumny z siebie-Auć! Musisz to robić? Znęcasz się nade mną.-nadąłem policzki oraz skrzyżowałem ręce na piersiach.
-Poznęcać, to się zaraz nad tobą mogę. Przypominam, że dalej wisisz mi rekompensatę, za tę odsiadkę w pierdlu.- pochylił się nade mną, a następnie zmroził tym swoim spojrzeniem.-Dawaj.-wyciągnął spod mojego płaszcza sakwę.-Dosyć ciężkie.-Graves wysypał na dłoń korony.-Nie ma co, kasę to ty wyczuwasz na kilometr.
Uśmiechnąłem się tylko. Sam byłem ciekawy, ile koron udało mi się pożyczyć na wieczne nieoddanie. Poprawiłem kapelusz, a następnie zerknąłem na dłoń Gravesa. Zagwizdałem.
-Hoho!-wyszczerzyłem się.
-2000 koron, no ładnie, ładnie oszołomie.-Graves poklepał mnie po głowie-Wybrałeś niezłą ofiarę. Dzięki tym koronom weźmiemy sobie przytulny pokoik w gospodzie i nasycimy się do syta ciepłym żarciem.-Graves schował korony do sakwy, po czym schował pod pelerynę.
-Ej! Oddawaj! Kto powiedział, że ty dysponujesz moimi pieniędzmi?!-pokazałem kciukiem na siebie.
Ten oczywiście mnie nie słuchał. Ruszył w stronę centrum miasteczka.
-Graves! Mówię do ciebie, bajerancie jeden!-byłem wściekły.
-Skoro wolisz spać na dworze i głodować, twój wybór.-Graves wzruszył ramionami.
Wyjął spomiędzy warg cygaro, które otrzepał przy najbliższej śmietniczce.
Coś jeszcze miałem powiedzieć, ale mój żołądek dał o sobie znać. Złapałem się ramionami tak, aby nie było zbytnio słychać tego burczenia. Widziałem ten podły uśmiech mojego partnera, kiedy zerknął na mnie. Cóż, nie miałem wyjścia. Byłem głodny jak cholera, a z pustym żołądkiem to nic nie zrobię. Westchnąłem i potulnie poszedłem za nim, do gospody. Tam, zamówiliśmy żarcie oraz wygodny pokój.
---------------------------------------------------------
-Gdzie leziesz?-Graves leżał na łóżku, gdyż odpoczywał po obwitym jedzeniu.
-Nie twoja sprawa.-poprawiłem pasek od spodni.
-Tylko nie ładuj się w kłopoty, bo rzyci nie zamierzam ci ratować.-położył sobie gazetę na twarz.-Dobranoc.
-Już ty się tak o mnie nie martw, ty mój drogi przyjacielu. Potrafię sam o siebie zadbać.
-Tak, tak. A ja jestem władcą Valoranu.-Graves podniósł gazetę, by zerknąć na mnie tym swoim jednym okiem.-Mam ci przypomnieć, co było w Bilgewater?
-Malcolm, odwal się.-pokazałem mu język.
Nałożyłem kapelusz na głowę. Co go to obchodziło? Wielkie mi halo! To było i minęło. Będzie mi tu wypominać, bajerant od siedmiu boleści.
-Och, to tylko z troski o ciebie. Nic więcej.-Graves odparł bezczelnym tonem.
Jak ja mam ochotę mu przywalić w ten cholerny ryj.
-W ogóle, słyszałeś o Klejnocie Chronosa?-Graves dalej się na mnie patrzył.-Co robisz taką minę? Nie wiesz, co to jest?
Pokiwałem głową na nie, ale zaciekawiło mnie to.
-Siadaj na dupie, to ci opowiem.-pokazał palcem, abym usiadł obok niego.-Zanim tutaj trafiliśmy, przestudiowałem pewną legendą. Pomyślałem, że to cię zainteresuje.-Malcolm ułożył dłonie na swojej klatce piersiowej- Widzisz, nie przez przypadek wybrałem to zadupie. Klejnot Chronosa to magiczny wisior potrafiący zatrzymać czas. Każdy, kto go posiądzie oczywiście.-na słowa mego przyjaciela, oczy mi zabłysły-Haha! Już widzę ten twój wzrok, Tobiasie. Podobno, ukryty jest w podziemiach tego małego kościółka, na południu miasta. Wiesz, tego zabytkowego, z białego marmuru.
-Pewnie, że wiem, który.-przetarłem dłonie-To by było coś. Móc zatrzymać czas.
-Wiesz, jest tylko mały szkopuł. To tylko legenda, więc ze swoimi zdolnościami musisz powęszyć.
-A ty, to przepraszam co, panie bajerancie? Zamierzasz grzać dupsko, podczas gdy ja będę pracować?-nadałem policzki.
Co on sobie w ogóle myślał?!
-Wisisz mi rekompensatę kaszalocie jeden.-Graves krótko skwitował moje słowa.
Pies go mać! Miał rację. Nie miałem co się z nim sprzeczać.
-Jak się już dowiesz, czy ta legenda jest prawdą to pomogę ci ze wszystkim kaszalocie. Wiesz, jak za dawnych dobrych lat. A teraz dupę w troki i do roboty. Ja idę podrzemać. -Graves zamknął oczy-Spróbuj mnie obudzić, a urządzę ci darmową lekcję latania.-nakrył twarz gazetą.
Nic nie mówiłem, tylko mamrotałem pod nosem. Jeszcze mu się kiedyś za tą zniewagę odpłacę! O wiem! Jak zdobędę ten kryształ, to on będzie pierwszą osobą na której go wypróbuję. W ogóle, zdziwiło mnie, czemu od tak mi o tym powiedział. Sprawdzał mnie czy jak? W sumie, nie ważne. Grunt, że powiedział. Poza tym zawsze jakieś fakty mogę ukryć, żebym tylko ja miał z tego użytek. Nie wiedziałem, że jak tylko opuściłem gospodę w celu rozpoznania, Graves zrobił dokładnie to samo.
Musiałem pomyśleć od jakiego miejsca zacząć. Jako osoba przyjezdna, zadająca nagle tyle pytań, mógłbym wzbudzić podejrzenia. Wolałem tego unikać. Ludzie, przeważnie w małych społeczeństwach zwracają uwagę na kogoś, kto zadaje pytania o istotne rzeczy. Niby to tylko legenda, ale możliwe, że dla nich to nie jest tylko jakąś tam opowiastką. Poszukam biblioteki. Tam najłatwiej znaleźć to, czego się szuka nie wzbudzając podejrzeń.
Nie było dla mnie problemem takową znaleźć. W razie czego, jakby pytali dlaczego interesuję się mitami i legendami, rzucę śpiewkę, że jestem jakimś tam bajarzem. Strój i tak mam kolorowy, więc powinni łyknąć ową bajeczkę.
Bez problemu udało mi się skorzystać z biblioteki oraz czytelni. Budynek nie był, aż tak duży jak się wydawało. Jednak, zbiory książek mieli pokaźne jak na tak niewielką miejscowość. Miałem w czym wybierać. Poza tym, na ślepo nie będę się pchać. Muszę wszystko zaplanować. Zwłaszcza, że ktoś będzie mi patrzeć na ręcę...ta...Graves...na samą myśl o nim przechodzą mnie ciarki po plecach. Dobra! Nie ważne! Trzeba się brać do roboty!
Zacząłem od pierwszego regału i dolnych półek. Z początku nie byłem w stanie znaleźć nic interesującego. Musiałem zatem, zmienić miejsce poszukiwań. Wziąłem drabinę, żeby dostać się na górę. W sumie, to sam do końca nie wiedziałem od czego zacząć. Mogłem, faktycznie szukać tego w dziale z bajkami dla dzieci, ale może miało to jakiś motyw historyczny? Jakby nie patrzeć, legendy nie biorą się znikąd!
Sam nie zauważyłem jak szybko, Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Biblioteka powoli zaczęła robić się opustoszała. Chyba, poza bibliotekarzem zostałem tylko ja i jakaś starsza kobieta. Nie przeszkadzało mi to w żaden sposób. Miałem czas. Nie zamierzałem się spieszyć. Nawet nie doszedłem do połowy, jeśli chodzi o regały. Ech, ciężka sprawa, ale nie poddam się. Jeśli to cacko, naprawdę istnieje warto będzie poświęcić czas na szukanie informacji o nim. Przynajmniej, będę wiedział jaki zrobić z tego użytek. Najlepiej, przeciwko Gravesowi, hehehe.
Już miałem schodzić na dół, gdy dostrzegłem skrytą za innymi tomiszczami wiekową książkę. Wyglądało to tak, jakby ktoś celowo ją tam schował. Miała grubą oprawę oraz złoty grawer na grzbiecie. Zdawała się być dość stara. Na pewno, gdy ją otworzę poczuję ten zapach. Uwielbiałem go, gdyż miał w sobie coś wyjątkowego. Przejechałem dłonią po okładce. Widniał na niej jakiś przedziwny runiczny symbol. Pierwszy raz taki widziałem. Układał się w idealne koło, a w jego środku wpisane zostały coś jakby wskazówki. Moje opuszki palców dokładnie badały fakturę okładki. Skóra, byłem tego pewien na sto procent. Dopiero po chwili dostrzegłem, że na brzegu tomiszcza znajduje się jakaś złota, metalowa osłona. W dodatku z dziurką od klucza.
-Nie no, to jakiś żart, prawda?-mruknąłem niezadowolony.-Jak można umieszczać w bibliotece książkę otwieraną na kluczyk?-nadąłem policzki.
Rozejrzałem się dookoła. W sumie, miałem przy sobie mój zestaw wytrychów. Jednakże, spróbowałem ją otworzyć. Oczywiście, że nie poszło. Została druga opcja…
Wsadziłem książkę pod pachę. Sam nie wiem, co mnie tak kusiło, żeby ją otworzyć, ale chyba ciekawość. Czułem, że może mieć coś interesującego w środku. Poza tym, musiało tam być coś ważnego, skoro była zamknięta na klucz! Zaraz..czy aby tak nie wyglądały niektóre pamiętniki? Tak, chyba tak.
Ustawiłem się na drabinie w taki sposób, by sobie ładnie po niej zjechać. Jak tylko wylądowałem na podłodze poprawiłem kapelusz. Uniosłem książkę ku górze. Promienie zachodzącego Słońca oświetliły złote ozdoby. Mieniły się tak, jakby naprawdę nim były! Normalnie korciło mnie podwinąć ją, ale czułem się taki jakiś obserwowany. Może mieli tu jakieś magiczne istoty, które obserwowały czytelników? Cholera tam wie. Ruszyłem w stronę czytelni. Na szczęście nie było już nikogo.
Rozejrzałem się. Jak tu było cicho. Wszystko wydawało się być takie idealne. Bordowe ściany z drewnianymi, do połowy panelami ściennymi. Jeszcze te proste stoliki z jednym krzesłem oraz lampą naftową. Westchnąłem. Skierowałem kroki do jednego ze stolików będących najbliżej początku. Tuż przede mną, na ścianie wisiał obraz. Pięknej młodej kobiety ubranej w jasnoniebieską suknię. Miała na kolanach książkę. Z początku nie dostrzegłem jednej istotnej rzeczy.
Usiadłem do stolika. Położyłem na nim książkę, a stojącą obok lampkę zapaliłem. Klapnąłem na tyłek ociężale. Zmęczyłem się tym szukaniem. Podniosłem kapelusz, aby otrzeć pot z czoła. Zerknąłem na tomiszcz, aby jeszcze raz przejechać dłonią po fakturze okładki. Czemu, do diaska czułem jakąś cholerna fascynację z powodu jednej książki? Przygryzłem dolną wargę. Musiałem ją otworzyć, musiałem. I na pewno nie powiem o niej nic Gravesowi. Moje znalezisko. On, niech się wypcha.
Sięgnąłem do kieszeni płaszcza. Wyjąłem małe pudełeczko. W nim były moje wytrychy. Uniwersalne, rzecz jasna, tylko w różnych rozmiarach. Przyjrzałem się dokładnie zamkowi w książce. Średniej wielkości, prosty kluczyk z podwójnymi ząbkami i trzema wyciętymi prostokątami...czyli musiałem wziąć jeden z mniejszych jakie posiadałem, acz nie te najmniejsze. Powoli włożyłem jeden z wytrychów. Za luźno. Wziąłem drugi. Niby pasował, więc zacząłem nim poruszać. Dało się słyszeć ciche ocieranie się metalu o metal. Wystawiłem język. Tak jakoś mi się zdarzało to robić.
Coś zamek nie chciał ustąpić. Wyjąłem wytrych. Musiałem wziąć kolejny. Zacząłem nasłuchiwać czy cicho na horyzoncie. Póki co, tak było. Spróbowałem kolejny raz. Skoro trzasnęło, szedłem w dobrym kierunku.
Nagle przed moim nosem zawisł złoty kluczyk.
-Kluczyk od książki.-odparł męski, spokojny głos.
-A dziękuję bardzo!-stwierdziłem zadowolony.
Dopiero po chwili, zorientowałem się, że wpadłem jak śliwka w kompot. Zakryłem książkę oraz wytrychy rękami.
-Hahaha! To nie tak, jak pan myśli!-odwróciłem się, a starszy już bibliotekarz stał do mnie plecami.
-Co, nastraszyłem cię?- mężczyzna zaśmiał się bezczelnie-Jesteś jedyną osobą, która od pięćdziesięciu lat, zainteresowała się tą książką.-mężczyzna spojrzał na mnie.
Jego patrzące zza okularów zielone oczy, miały w sobie jakiś taki smutek.
-Możesz ją zabrać do domu. Tutaj, tylko leży zapomniana, a komuś takiemu jak ty, na pewno się przyda.
-Od pięćdziesięciu lat…? To nikt wcześniej, nie dostrzegał tej książki czy jak?-rozmasowałem kark-Zaraz...komuś takiemu jak ja?
-Owszem. Każdy, widząc zamek odkładał ją na miejsce, aż w końcu pomijano ją.-bibliotekarz pokiwał głową-Owszem, taki jak ty. Mimo, że jesteśmy kim jesteśmy, nie przejmujemy się niczym to nie potrafimy skraść jednej rzeczy. Serca ukochanej kobiety, prawda Fate?-mężczyzna przystawił palec do ust- Wszak tacy jak my, mają wielkie serca.-jegomość oddalił się powolnym korkiem, po czym zniknął za regałem.
Coś miałem powiedzieć, ale taka porządna szpila wbiła mi się w plecy. Czym się zdradziłem? Tym, że mnie złapał czy może gdzieś tu wiszą listy gończe za moją osobą? Wlepiłem w niego oczy, jak wspomniał o sercu ukochanej kobiety. Coś jakby zakuło mnie w klatce piersiowej.
-...Evelynn…-zamknąłem oczy.
Do diaska, nadal kochałem tę kobietę! Za każdym razem, jak coś lub ktoś mi o niej w jakiś sposób przypomni to wszystko wraca. Cholera!
Zaraz! Przecież nie mogłem go tak puścić wolno, skoro wiedział kim jestem! Poderwałem się z siedziska, prawie przewracając krzesło i rzucając książkę. Pobiegłem za nim. Skręciłem za regal, za którym zniknął, ale...nie było tam nikogo. Podrapałem się po czuprynie. Jako wiekowy starzec, nie mógł tak szybko się ulotnić. Zrobiłem spacer po czytelni oraz bibliotece. Nie znalazłem tego faceta. To było dziwne. Poza tym dopiero teraz zorientowałem się, że budynek jest już zamknięty.
Dla pewności jeszcze raz, dokładnie obszedłem bibliotekę, ale staruszka ani śladu. Przetarłem nos. Może to tylko mi się przywidziało i gadałem sam ze sobą? Pewnie tak. Poza tym, zmęczenie dawało mi się we znaki.
Wróciłem do czytelni. Książka nadal tam była. Westchnąłem. Pozbierałem swoje wytrychy. Zabawne, bo kluczyk także tutaj był. Wziąłem go i przyjrzałem mu się. Zwykły otwieracz do zamków, nic poza tym. Wsunąłem go w miejsce dla niego przeznaczone i przekręciłem. Zamek skrzypnął, po czym puścił. Książką była otwarta.
Usiadłem, żeby mi było wygodniej. Na stronie tytułowej był narysowany przepiękny stary zegar. Z całej tej fascynacji, przejechałem opuszkami palców po obrazku. Te misterne dzieło wyglądało tak, jakby ktoś spędził mnóstwo czasu by odwzorować czasomierz. Zabawne, że fascynowało mnie jakieś malowidło zegara. Ziewnąłem przeciągle, a potem przetarłem oczy. Senność zaczynała brać górę. Nie chciało mi się nawet wracać do wynajętego w gospodzie pokoju. Tu przynajmniej miałem ciszę i spokój. Poza tym, nikt mi nie patrzył na ręce. W ogóle, to chyba zapomnieli o mnie, ale jak coś dam rade się wydostać.
Przewróciłem stronę i ujrzałem kolejny rysunek. Przedstawiał jakąś osadę. Nawet, bardzo przypominało miasteczko, w którym byłem tylko jakby takie nieco starsze? Tak, chyba tak. Ewentualnie ja już przestałem myśleć o tej porze. Wpatrywałem się w to arcydzieło, ale nie było żadnego opisu czy krótkiej notki. Przewróciłem kolejną stronę.
-Następny rysunek? Tyle zachodu, stresu dla jakieś bajki dla dzieci?-przejrzałem na szybko książkę.
Wszędzie były rysunki.
-No naprawdę...narażałem tyłek, dla jakiś bazgrołów?-teraz to się poważnie zirytowałem.
Zagotowało się we mnie. Oparłem brodę o otwarte strony książki. Tak jakoś senność mnie zaczęła ogarniać. Powieki stały się takie ciężkie, a ja nim się zorientowałem zasnąłem, mrucząc coś cicho pod nosem.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#3PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 3:44 pm


Muzyka...taka spokojna, kojąca myśli. Skąd dochodziła? Nie miałem zielonego pojęcia. Otworzyłem oczy. Oślepiło mnie białe światło. Promienie Słońca, czy jak? Zamrugałem powiekami. Powoli wzrok przyzwyczaił mi się do światła. Rozejrzałem się dookoła. Znajdowałem się w jakimś pomieszczeniu. Na pewno nie była to biblioteka, w której zasnąłem. Wszędzie było pusto, ale skądś dochodziło światło i ta melodia.
W oddali dostrzegłem snop światła, padający na jakiś podest. Z zaciekawieniem podszedłem bliżej. Moja głowa, dalej chodziła na prawo oraz lewo. Szukałem źródła dźwięku. Wystarczyło, że na chwilę odwróciłem wzrok od podestu, a wtedy ujrzałem ją. Stała tam młoda dziewczyna. Właściwie to mogła mieć, ja wiem osiemnaście albo dziewiętnaście lat? Tak mi się wydawało. Nie przypominałem sobie, aby ktoś posiadał taki strój, jaki ona miała. Długa suknia o bufiastych ramionach koloru błękitnego. Jej włosy idealnie kontrastowały z tym kolorem oraz odcieniem jej brzoskwiniowej cery. Oczy miała zamknięte. Trzymała coś w dłoniach. podszedłem jeszcze bliżej, a wtedy spojrzała na mnie. To, co trzymała w dłoniach przytuliła mocniej do piersi.
-Kim jesteś? Czego chcesz?-jej głos wydawał się nieść nutkę strachu.
-Czy to ważne, mon cheri?-podszedłem jeszcze bliżej-Lepiej powiedź, co taka piękna dama jak ty, robi w takim odludnym miejscu.-ująłem kilka kosmyków jej włosów i powąchałem.
Pachniały fiołkami.
-Spytałam, kim jesteś?-blondyna lekko się odsunęła.
Pochyliłem się ku niej. Kosmyk jej włosów okręciłem sobie wokół palca. nasze twarze były blisko siebie. Delikatnie ująłem jej dłonie. Byłem cholernie ciekawy, co ona tam tak ukrywa.
-Może, grzecznie oddasz mi to, co tam masz, mon cheri?-ująłem jej dłonie-Obiecuje, że oddam. Tylko nie wiem kiedy.
-Proszę, to mój wielki skarb. Sama ci go oddam, jak przyjdzie czas.-dziewczyna jeszcze mocniej zacisnęła pięści na przedmiocie.-Nie zgadzasz się?-spojrzała na mnie takim błagalnym wzrokiem.
Rany koguta. Jak mogłem odmówić tak pięknej kobiecie? Znowu bawiłem się kosmykiem jej włosów.
-Zgadzam się na propozycję tak urokliwej kobiety, mon cheri.-powąchałem jeszcze raz jej włosy.
Ten fiołkowy zapach był taki przyjemny. Kojarzył mi się z rodzicami i jednym miejscem, w którym się kiedyś zatrzymaliśmy.
-Dziękuję!-blondynka szczerze się do mnie uśmiechnęła.
Coś mnie ruszyło w środku. Jej uśmiech czy te radosne oczy? Sam nie wiem.
-W ogóle, co to tam ukrywasz, mon cheri?-ponownie spróbowałem dowiedzieć się, cóż ona tam ukrywa.
-Nie! Zostaw! To mój skarb!-krzyknęła zdenerwowana.
-Pokaż do jasnej cholery!-zirytowałem się.
Nie dość, że nie słuchała jak grzecznie prosiłem, to jeszcze miała czelność na mnie głos unosić! Co za brak wychowania!
Próbowałem wyrwać jej przedmiot. Zaczęliśmy się siłować. To, co ukrywała, wypadło nam z rąk. owy przedmiot był zwykłym wisiorkiem zegarkiem o brudnym, złotym kolorze. Jednak wskazówki, nie poruszały się.
-Tyle zachodu o jakiś głupi zegarek?-chciałem go sięgnąć.
-Zostaw! Nie dotykaj! To mój skarb!-dziewczyna złapała mnie za ramię w momencie, kiedy moje palce dotknęły zegarka.
Białe światło, które wystrzeliło z zegarka oślepiło mnie.

----------------------------------------------------------
Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą twarz Gravesa.
-Cholera!-wystraszyłem się, do tego stopnia, że cofnąłem się do tyłu lekko podskoczywszy na krześle.
Siedzisko nie utrzymało mnie, więc poleciałem do tyłu. Uderzyłem głową o posadzkę. Zrobiło mi się czarno przed oczyma. Mało tego mogłem podziwiać wszystkie konstelacje Valoranu.
-Na tarnację, wstydź się Fate. Podczas gdy ja, szukam jakiś informacji na temat tej całej legendy, ty ucinasz sobie drzemkę w jakieś bibliotece przy książce dla dzieci!-Graves uderzył dłonią w otwartą książkę,.
Stolik zadrżał, a lampka poruszyła się na boki.
-Hę?!-rozmasowałem obolałą potylicę.
Usiadłem tyłkiem na oparciu krzesła. Rozejrzałem się dookoła. Użytkownicy czytelni patrzyli na mnie jak na idiotę. Przeniosłem wzrok na zdenerwowanego Malcolma. Położyłem dłoń na skroni. Już był ranek? Czyli naprawdę musiałem zasnąć, czytając książkę.
-Co ty tu robisz, Malcolm?-wlepiłem zaspany wzrok w przyjaciela.
-Ja? Wiesz, tak tylko sobie tędy przechodziłem i pomyślałem sobie, że poczytam jakąś ciekawą lekturkę.-jego głos był pełen pogardy-Oczywiście, że szukałem ciebie! Na tarnację, znikasz mi na całe popołudnie i wieczór.
Spojrzałem gdzieś w bok. Zaraz, czy on się o mnie martwi? Wstałem. Podniosłem krzesło oraz zgasiłem lampkę.
-Nie chrzań, że się o mnie martwiłeś.-rzuciłem krótko.
-W przeciwieństwie do ciebie, nie zostawiam towarzyszy na pastwę losu.-pochylił się ku mnie, aby zajrzeć mi pod kapelusz.
Obaj patrzyliśmy sobie w oczy. Znowu, tak jakoś mnie coś plecy zabolały od kolejnej szpili Malcolma.
-Dobra, nic nie mówiłem. Tylko skończ mi wytykać przeszłość, do jasnej cholery.-zacząłem mamrotać pod nosem.
-Bierz tą swoją bajeczkę i idziemy. Robota czeka.-Graves wsadził mi do rąk książkę i moje zabaweczki.
Miałem nadzieję, że nikt tego nie widział. Coś chciałem powiedzieć, ale Graves złapał mnie za kołnierz i zaczął prowadzić w stronę wyjścia.
Jak tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, mocne Słońce nieco mnie oślepiło.
-Możesz już mnie puścić, do cholery?-próbowałem się wyswobodzić.
Graves wywrócił oczyma, po czym puścił mnie. Odwrócił się w moją stronę. Położył rękę na mojej głowie.
-Na tarnację, zamknij się już. Przyciągasz uwagę tym swoim zachowaniem. Kto to słyszał, by sobie ucinać drzemkę w bibliotece? W dodatku w środku nocy.-Graves nie był zadowolony.
Zmalałem w oczach.
-To nie była drzemka tylko pracochłonne poszukiwanie informacji.-odwróciłem głowę w bok.-W przeciwieństwie do ciebie, się nie obijałem.
-Tak, tak. Podczas gdy ty czytałeś jakieś bajeczki, a potem smacznie spałeś, ja dowiedziałem się czegoś na temat rzeczonego przedmiotu.-strzelił mnie przez łepetynę-Udało mi się zdobyć plany kościółka.-wyjął zza połów płaszcza zwitkę papierów-Reszta roboty, należy do ciebie.-odwrócił się do mnie plecami, po czym uniósł prawą rękę ku górze-Powodzenia. Ach, bym zapomniał...dzisiaj śpisz pod drzwiami.
-Malcolm!-nawet nie dał mi dojść do słowa.-Co za jakiś burak. Ćwikła z ciebie będzie niejadalna.-burknąłem pod nosem.
Właśnie, a pro po burczenia, mój żołądek dał o sobie znać. Malcolm miał wszystkie korony, więc musiałem sam zdobyć jakieś jedzenie. Westchnąłem. Poprawiłem kapelusz i ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu potencjalnej ofiary.
Jak na poranne godziny, to sporo osób się tu kręciło. Nadal jednak nie mogłem wypatrzeć odpowiedniego celu, a żołądek w tym momencie nie pomagał, ani trochę. Podrapałem się po łepetynie. Spojrzałem w bok. Przechodziłem właśnie koło piekarni. Ten zapach! Świeże pieczywo! Ile bym dał, żeby zatopić zęby w takim, ledwo co wyjętym z pieca pieczywie. Rozmarzyłem się, dopóki żołądek nie dał o sobie znać.
-Mmmmrrrmmm…-mruknąłem do siebie.
Musiałem znaleźć jakiegoś frajera, co podzieli się ze mną swoim jedzeniem.
Patrzył na klientelę w piekarni. Dostrzegłem w sumie tylko dwie osoby. Starszą panią, dość ubogo ubraną i jakiegoś...ninję? Nie no, facet w tych swoich portkach wyglądał komicznie. Zaraz...miał zgrabniejszy tyłek ode mnie i nie tylko...cholera jasna...to nie prawdopodobne, że ktoś miał no wiecie...większego. Skąd wiem? Przecież mu się wszystko odznaczało! Przylgnąłem nosem do witryny. Co on tam kupował?
-Mmm…-oblizałem usta-Kanapki z serkiem i szyneczką…-aż mi ślinka pociekła.-Dobra! Te kanapki będą moje!
Zaczaiłem się na tego całego ninję. Musiałem poczekać, aż wyjdzie. Dobrze. Mój cel na teraz-papierowa torebka ze świeżymi kanapeczkami! W sumie, to nawet zabawne, że ktoś taki jak ja zamierzał okraść kogoś z jedzenia. Cóż, kiedyś to było dla mnie normą. Poprawiłem książkę, a plany od Gravesa ukryłem w kieszeni płaszcza. Opuściłem lekko kapelusz. Oparłem się plecami o sklepową ścianę i czekałem.
jak tylko facet wyszedł, odczekałem chwilę po czym ruszyłem za nim. Szedłem powoli, aby nie wzbudzać podejrzeń. Dla niepoznaki, od czasu do czasu rozglądałem się dookoła. Robiłem wszystko, by wyglądało to tak, jakbym szukał jakiegoś miejsca. Ten cały ninja chyba nie spieszył się jakoś, bo po drodze wszedł do sklepu z uzbrojeniem. Posiedział tam sobie dobre kilkanaście minut. Mógłby się pospieszyć.
-Ja tu umieram z głodu!-tupałem nogą, czekając, aż wyjdzie.
Po dobrych dziesięciu minutach, łaskawie wyszedł. Jeszcze się rechotał jak głupi. Chyba podrywał tą śliczną panią sprzedawczynię o wielkich...no wiecie..sam bym chętnie ułożyłbym łepetynę na takich podusiach. O czym ja myślę?! Teraz priorytetem jest Jedzenie!
Ruszyłem, ponownie za tym kolesiem. Poszliśmy do jakiegoś parku. No! Teraz była okazja! Zwłaszcza, że ten usiadł sobie na ławce, przy jakiś krzakach. Cichutko, wszedłem na trawnik. Skradałem się pomiędzy drzewami. Mój cel był coraz bliżej. W dodatku niczego nie świadom. na klęczkach podszedłem do pobliskich krzaków. Ten ninja od siedmiu boleści siedział na przeciwko mnie. Teraz wystarczyło tylko sięgnąć ręką po papierową torebkę i jedzonko będzie moje. Jeszcze tylko trochę, troszeczkę, kapiszkę. Moje palce już prawie dotykały upragnionego celu. Już moje palce były, wręcz na torebce, kiedy minimalnie przed nimi błysnęło mi ostrze. Szybkim ruchem zabrałem dłoń. Przytuliłem dłoń do piersi. Cholera! jakim cudem się zorientował?! Co to był za koleś?!
-Nie radzę, inaczej stracisz te śliczne paluszki-posłyszałem głos mojej niedoszłej ofiary.
Ciarki, aż mnie przeszły słysząc ten głos. Chyba dzisiaj, nie był mój szczęśliwy dzień. Wycofałem się do tyłu. Jakoś nie miałem ochoty stracić palców. Jak będę kraść, grać, a przede wszystkim macać kobiece ciałka?
Przylgnąłem plecami do drzewa. Ujrzałem cień przed sobą, a po chwili ten sam miecz prawie mnie wykastrował. Także, ten miecz miałem miedzy nogami.... Ostrze było tak blisko mojego krocza. Spojrzałem w górę. To był ten ninja! Jego wzrok...gorszy niż Gravesa w czasie szału na moją osobę.
-Taki stary cap, a zachowuje się gorzej niż przedszkolak, co to ledwo od ziemi odrósł.-złapał za miecz, który włożył do pochwy na plecach, obok drugiego.-Jak byłeś głodny, wystarczyło użyć takiego ładnego słowa, jak proszę.-mężczyzna rzucił mi torebkę między nogi-Te słowa są naprawdę piękne, zacznij ich używać.-odwrócił się tyłem do mnie, po czym odszedł.
Siedziałem tak jeszcze osłupiały, dobre kilka minut. Jakim cudem on mnie wyczuł? Pokiwałem głową. Dobra, nie ważne! Jedzenie czekało! Zajrzałem do torby. Ten zapach! Zgłodniałem jeszcze bardziej. Dwie! Aż dwie kanapki! Może to nie jest za dużo, ale jednak jest! Zatopiłem zębiska w świeżym pieczywku. Mmm! Tak, tego mi brakowało! Właśnie! przytrzymałem bułkę w zębach. Wyjąłem z kieszeni płaszcza plany, które dostałem od Malcolma. Oparłem się wygodniej o drzewo. Książkę położyłem obok, torbę z jedzeniem y na okładce. Oblizałem palce. Usiadłem tak, by skrzyżować nogi. Dzięki temu, mogłem rozłożyć plany. Zacząłem je dokładnie studiować. nie widziałem w nich nic nadzwyczajnego. Chyba będę musiał zrobić sobie zwiad do kościoła. Nim się zorientowałem, już pałaszowałem drugą bułkę. W ogóle, kim była ta dziewoja, która mi się śniła? Jeszcze ten zegarek. Zaraz! Położyłem książkę na kolanach, przygniatając plany. Wygrawerowany na okładce runiczny symbol w kształcie zegara, był bardzo podobny do tego wisiorka ze snu. Może to ma jakiś związek ze sobą? Książka i mój sen?
Znowu oblizałem palce, a potem wytarłem je o płaszcz. O tak, tak było zdecydowanie lepiej. Jeszcze raz zacząłem oglądać obrazki.
-Hmm. To naprawdę wygląda jak ta osada, w której jesteśmy.-zamyśliłem się.-Zaraz...ta dziewczyna z obrazu!-olśniło mnie-Ona miała taki wisiorek w ręku! I była tą, która mi się śniła! Hmm...ciekawe...kim ona była?-włożyłem plany między strony, po czym zamknąłem książkę.
Wstałem i otrzepałem tyłek. Nie pozostało mi nic innego, jak poszukać informacji o tej dziewoi. Na pewno musiała mieć jakiś związek z Klejnotem Chronosa. Tylko nadal, nie wiedziałem, czym był owy klejnot.
Teraz jednak, musiałem przestudiować te wszystkie rysunki. Może znajdę coś, co mnie zaprowadzi na trop Klejnotu Chronosa. Skierowałem kroki do gospody.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#4PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 3:48 pm


-Na tarnację...-Graves rozmasował kark-...idź już spać. Siedziałeś nad tą bajeczką dla dzieci cały dzień. Noc mógłbyś sobie darować.-rzucił we mnie poduszką.
Trafił idealnie w moją głową.
-To moja sprawa, co robię. Nie interesuj się.-burknąłem, odkładając poduszkę na bok.
Nie zamierzałem mu mówić, o moim odkryciu. Im mniej wie, tym więcej dla mnie. Poza tym, Kryształ Chronosa będzie mój, a nie jego.
Mała, naftowa lampka postawiona na małym stoliku blisko mojego łóżka, rozświetlała nieco pokój. Dobrze, że ja spałem na drugim końcu pokoju, bo chyba Graves by mnie zabił. W sumie, już chciał.
-Fate, liczę do pięciu. Gaś lampkę, albo wypieprzaj za drzwi. Inaczej poczujesz śrut w dupsku.-Graves podniósł się z łóżka.-Raz...
-Zluzuj gacie, Malcolm. Już sobie idę.-nie mogłem pozwolić, aby dowiedział się, że książka może mieć związek z rzeczą przez nas poszukiwaną.
Wstałem z łóżka. Zabrałem książkę oraz lampkę i poszedłem do łazienki. Zamknąłem drzwi.
-Dobranoc!- odparłem szorstkim, obrażonym tonem.
-Ta, dobranoc.-Graves przekręcił się na bok-Uprzedzam cię Fate, że jak coś kombinujesz, to marny twój los. Nawet te twoje karty, nie uratują cię przed moim śrutem.
-Ta, ta.-pomachałem ręką do drzwi-A idź spać, bufonie.-usiadłem na podłodze.
Podkuliłem nogi. Lampkę postawiłem obok, tak by widzieć stronice wspartej na moich nogach książki.
Zacząłem przeglądać każdą stronę bardzo uważnie. Na pierwszej z nich widniało oczywiście miasteczko, w którym byliśmy. Kolejne kilka stron przedstawiało życie osady. Na jeszcze jednym dostrzegłem dziewczynę z portretu. Wyglądała na szczęśliwą i radosną. Następne ilustracje pokazywały, chyba jej życie. W pewnym momencie, pojawił się młodzian. Wyglądało to tak, jakby byli bardzo związani ze sobą. Ziewnąłem przeciągle, po czym przetarłem oczy. Senność zaczynała brać górę. Nie mogłem się jednak poddać. Mimo, że tyle już razy przeglądałem strony książki! Dalej historia przedstawiała jak młodzian żegna się z ukochaną, a potem odchodzi. Kolejnymi etapami historii była śmierć tego chłopaka. Każda ilustracja z dziewczyną pokazywała jak ta, modli się w kościele. Oczywiście, że to był ten niewielki kościółek w miasteczku. Patrząc dalej, martwy młodzian nagle został ożywiony, ale dziewczyna była martwa. Nie rozumiałem tego. Modliła się do kogoś tam na górze, by co…? Ukochany ożył, a ona umarła? Nie ma to w ogóle sensu. Ani krzty. Podrapałem się po łepetynie. Nie trzymało się to kupy. Zwłaszcza końcówka historii, gdzie młodzian rozpaczał, widząc martwą ukochaną. Później pokazana była jakaś aura, która zasłoniła kochanków. na ostatnim obrazku w ogóle jej nie było. Ciekawiło mnie, czy w środku, kościół wyglądał tak samo, jak w tej powieści. Chyba, naprawdę urządzę sobie jutro spacer do tego kościółka.
Ponownie ziewnąłem. Wstałem. Pora spać. Cichutko wyszedłem z łazienki. Zgasiłem lampkę, którą odstawiłem na miejsce. Ukryłem książkę pod materac. Miałem nadzieję, że Graves tego nie widział. Nie wiedziałem jak bardzo się myliłem. Położyłem się tyłem do niego i poszedłem spać. Graves wcale nie spał. Obserwował moje poczynania i dało mu do myślenia to, że schowałem książkę.
-----------------------------------------------------------
Odgłos kościelnych dzwonów rozbrzmiewa w samo południe. Miały, wbrew pozorom delikatny dźwięk. Zupełnie tak, jakby ktoś grał na cymbałkach. Zaiste, jak to jest, że tak wielkie przedmioty, wykonane chyba z metalu, potrafiły wytworzyć tak cudowny dźwięk. Tak. Interesują mnie takie rzeczy i niejako podobają. Mogę? Mogę.
Patrzyłem w górę, na strzelistą wieżyczkę. Kościół jak kościół, tak po prawdzie. Zbudowany z białego marmuru, dach z brązowej dachówki. Witraże kolorowe, przedstawiające jakieś sceny z życia religijnego. Drzwi wejściowe duże, zapewne dębowe. Nie były ozdobione niczym, poza dwiema kołatkami. O tak, były całe ze złota. Może mógłbym...nie, dobra...akurat mam swój honor. Nie będę okradać kościołów...jakoś tak...nie wypada? Sam nie wiem.
Przetarłem palcem nos. Poprawiłem kapelusz.
-No to wchodzę.-pchnąłem drzwi, aby wejść do środka.
Niestety, te nawet nie drgnęły. Rozejrzałem się dookoła. Nikogo nie było w pobliżu, więc sięgnąłem do kieszeni płaszcza. Wyjąłem jedną z kart. Ponownie się rozejrzałem. Wsunąłem ją między drzwi. Starałem się tak wysadzić kartę, aby nie narobić hałasu, ale by otworzyć wrota. Skupiłem się na karcie. Moje oczy zalśniły na niebiesko, karta również. Dało się słyszeć pyknięcie. Uf...udało się. Dla pewności rozejrzałem się jeszcze raz. Nie dostrzegłem nikogo, więc było dobrze.
Cichutko wślizgnąłem się do środka. Zamknąłem drzwi. Rozejrzałem się dookoła. Nic wyjątkowego. Ot podwójny rząd ławek, prosty ołtarz. Ruszyłem przed siebie. Odgłos moich kroków rozszedł się po wnętrzu. Z drugiej kieszeni płaszcza wyjąłem plany od mojego druha.
-Hmm..jestem teraz w salce centralnej, dobrze. Mam rząd ławek, ołtarz na wprost.-moje oczy, ponowie zaczęły wodzić po wnętrzu kościoła-Hmm...idąc przed siebie, zaraz koło ołtarza, powinny być dwa mniejsze ołtarze.-ruszyłem do przodu-...tak, są...jeden na prawo, drugi na lewo. Hmm...potem jest wejście dla klera….hmm…-przystanąłem-Dobra, wszystko ładnie pięknie, ale gdzie niby ma być ten cały Kryształ Chronosa?-podrapałem się po łepetynie-Szukać kawałek, po kawałku? To będzie cholernie uciążliwe. Już bym wolał sobie porandkować. Dawno nie tuliłem się do kobiecego ciałka.-westchnąłem-Czas się brać do roboty-schowałem plany do kieszeni płaszcza.
Postanowiłem, że najpierw zacznę przeglądać dwa mniejsze ołtarze. Szybko mi to poszło, ale nie znalazłem nic. Żadnego ukrytego przejścia czy skrytki. Przebadałem dłońmi, każdy fragment ściany. Przeważnie, to w takich miejscach ukryte są jakieś tajne skrytki.Czyżbym tym razem się pomylił? Nie, musi tu być coś, co naprowadzi mnie do miejsca ukrycia Kryształu Chronosa. Może po prostu źle szukałem? Wolałem, najpierw sprawdzić miejsca na widoku. Nie widzisz tego, co masz na wierzchu.
Skierowałem kroki do głównego ołtarza. Przyjrzałem mu się chwilę. Nic wyjątkowego w sumie. Krzyż zawieszony na ścianie, a za nim czerwone płótno. Oczywiście, że zamierzałem tam zajrzeć. Marmurowy stół mszalny z podestem na świętą księgę.
Opuszkami palców przejechałem po brzegach tego widowiskowego dzieła. Musiałem przyznać, że ten, kto był twórcą napracował się. O ile mi wiadomo, to granit nie jest ustępliwym materiałem rzeźbiarskim. Chyba, że się myliłem. No nic, trzeba było zajrzeć pod stół. Przejechałem dłonią. Nie, też nic. Poprawiłem kapelusz. Musi tu coś być...zamyśliłem się. Cały czas, moje zielone oczy wodziły po wnętrzu kościoła. Może, coś pominąłem? Zaszedłem za stół, aby widzieć wejście. Dla pewności sprawdziłem jeszcze krzyż, ale tutaj też był ślepy trop.
Podszedłem do stołu. Rozłożyłem na nich plany kościółka. Przyglądałem im się uważnie. Może jeszcze powinienem sprawdzić podłogi i ławki? Tak, to był dobry pomysł. Kawałek po kawałku, pukając butem, próbowałem znaleźć ukryty schowek w podłodze.
Sam nie wiem, ile czasu spędziłem na poszukiwaniach, ale światło padające do wnętrza dawało znać, że Słońce chyli się ku zachodowi. Witraże były takie piękne. Dawno nie widziałem nic bardziej wspanialszego. Nawet uśmiechnąłem się na ten widok.
-Coś pięknego.-przeciągnąłem się.-W ogóle...ciekawe dlaczego nikt tutaj nie przychodzi. Spędziłem tu tyle czasu, a ani jedna dusza się tu nie pokazała. Nawet dzwonnik.-zacząłem szukać wejścia na wieżę.-Chyba, że dzwony dawały o sobie znać w jakiś automatyczny sposób. Hmm...gdzie to wejście?-zerknąłem na plany-Hmm...nie ma wejścia na wieżę?-popukałem palcem w papier-A to dziwne. Może jest na zewnątrz?-spojrzałem przed siebie.-Jeśli tak, to mogłem najpierw zacząć tam.-ponownie westchnąłem.
Mało tego, żołądek domagał się jedzenia. Docisnąłem dłoń do wydającego burczenie miejsca na ciele. Trzeba było się streszczać. Praca bez żarła, to nie praca!
Złapałem plany i schowałem do kieszeni płaszcza. Wskoczyłem na stół mszalny, po czym usiadłem. Rozglądałem się po kościele. Co, poza wieżą pominąłem? Oparłem łokieć o udo, aby wesprzeć na dłoni podbródek. Moje zielony oczy lustrowały kawałek po kawałku to, co było w środku.
-Czego nie potrafię dojrzeć?-spytałem sam siebie.-Chyba się starzeję…-zamknąłem powieki, po czym je otworzyłem-...Zaraz! Co ja chrzanie!- zacisnąłem pięści-Ktoś taki jak ja się nie starzeje! W końcu jestem Twisted Fate! Mistrz Kart, szuler, oszust, złodziej, w dodatku przystojny! Także nie, to były niepotrzebne słowa!-skwitowałem do siebie-Znajdę ten Klejnot Chronosa i pokaże Gravesowi, kto jest lep...hę?-zwróciłem uwagę na światło, jakie padało na środek kościoła-Zaraz…-stanąłem na stole-Hahahaha!-uderzyłem się otwartą dłonią w czoło.-To ci dopiero numer! nawet ja, słynny Twisted Fate, nie wpadłbym na to!-zeskoczyłem na podłogę.
Ruszyłem w stronę padającego światła. Nakładające się kolorowe blaski tworzyły niewielki wzór na jednej z kamiennych płyt. Kucnąłem. Przejechałem dłonią po owym miejscu.
-Hmm...tylko jak tu cię otworzyć…-palcami sprawdzałem czy jakoś ta płytka się czymś nie wyróżnia.-Gdybym tak włożył tu kartę, w tą szczelinę…-wyjąłem kartę.
Wsunąłem ją między płyty. Wsunęła się bez problemu.
-Idealnie.-moje oczy błysnęły na niebiesko, podobnie jak karta-Dobra…-odsunąłem się, aby nie zrobić sobie krzywdy.
Kartka, wybuchając rozszczelniła szpary między płytami. Cóż, naruszyłem nieco płyty, ale warto było. Podszedłem do uszkodzonego miejsca. Wyjąłem, z niemałym trudem płytę. W środku było ciemno. Na pewno jednak, to była jakaś mała skrytka. ostrożnie odłożyłem to, co trzymałem w ręku na bok. Wsadziłem rękę do środka. Coś kliknęło, nawet głośno. Rozejrzałem się, a wtedy dostrzegłem, iż czerwona kotara zaczęła się delikatnie poruszać.
-Hmm? Ukryte przejście?-schowałem płytę na miejsce-A to ciekawe. Jakim cudem to przeoczyłem?-ruszyłem w tamtą stronę.
Faktycznie, za czerwoną kotarą, która wisiała za krzyżem, było wąskie przejście.
-Hmm..wszystko się łączyło idealnie. Dlatego nic nie dostrzegłem.-przejechałem dłonią po brzegach rozsuniętych ścian-Niczym idealna układanka. Zupełnie tak, jakby komuś bardzo zależało, aby tutaj nie trafić. Czyżby, Klejnot Chronosa był, aż takim cennym przedmiotem? Chyba, że to dosłownie, był artefakt.- wsunąłem się do drugiego pomieszczenia.
Ciemno tutaj było, więc musiałem użyć swojej karty, aby nieco rozświetlić okolice. Żółty kolor błyszczał w moich oczach, podobnie jak karta. Ręką wymacałem ścianę, by iść wzdłuż niej. Kilka razy się potknąłem.
Dotarłem w końcu do jakiegoś pomieszczenia. Drzwi do niego były, na wpół uchylone. Wyglądały na bardzo stare. Całe oblepione pajęczyną. Zaciekawiło mnie to, że z pomieszczenia wydobywało się bardzo jasne światło. Podszedłem bliżej i zajrzałem przez niedomkniete drzwi. Coś tam, na środku pomieszczenia było i emitowało ten blask. Wsunąłem kartę, aby utorować sobie przejście. Drzwi ustąpiły pod wybuchem. Mogłem bez problemu, wejść do środka. Musiałem tylko dać porządny krok, by pominąć kamienie leżące na podłodze.
Rozejrzałem się uważnie. Pomieszczenie było zbudowane na planie koła, tuż pod kościołem. Tak, jakby robiło za piwnicę. Na środku znajdował się kryształ emitujący błękitne, jasne światło. W środku coś było. Podszedłem bliżej. Zainteresowało mnie to, co tam było.
-Zegarek z mojego snu? Ale jakim cudem?-wyciągnąłem rękę, aby dotknąć kryształu.
Nie mogłem uwierzyć, że przedmiot z mojego snu był jak najbardziej realny.
-Nie radzę.-posłyszałem znajomy głos.
Odwróciłem się. To był Graves. W dodatku celował we mnie. W wolnej dłoni trzymał książkę. Rzucił mi ją pod nogi.
-Nic się nie zmieniłeś, podła szujo.-dalej celował we mnie-Znowu chciałeś mnie wystawić, gnojku. Przejrzałem cię.-odbezpieczył broń-Na tarnację, książka dla dzieci, tak? Znalazłeś trop i nawet mi o tym nie powiedziałeś. Jesteś trupem Fate.-wystrzelił w moją stronę dwa naboje.
-Cholera, Graves to nie tak!- nie dał mi się wytłumaczyć, tylko od razu zaatakował.
Po prawdzie, to mnie trochę przejrzał. Nawet bardziej niż trochę. Tylko, do cholery zaczynało mi być z tym źle! Może to przez wzgląd na stare, dobre czasy?
Coby móc uniknąć ciosu, musiałem odskoczyć w bok. Dym uniósł się w powietrzu. Nie czekając, aż wyłoni się z dymu, rzuciłem kilka kart. następnie Wycofałem się do tyłu. W dłoniach już miałem przygotowane kolejne pociski. Patrzyłem na dym, który powoli upadał. Jak tylko dostrzegłem cień Malcolma, wyrzuciłem w ową stronę świecące karty. Bez problemu odbił je celnymi strzałami. Oczywiście, nie pozostawał mi dłużny.
Wyrzucałem karty w stronę pocisków kierowanych w moją stronę.
-I tak cię dorwę Fate! Odstrzelę ci ten łeb, a za twoje truchło zgarnę niezłą sumkę! Nigdy więcej mnie już nie zdradzisz!
-Gadaj zdrów!-nie zamierzałem dać się złapać.
Na pewno, nie jemu! Chyba musiałem mu nieźle zaleźć za skórę, tym ukrywaniem faktów, skoro tak się zirytował. Musiałem się ukryć. Moje karty miały, nieco mniejsze szanse niż jego naboje. Jak te dotrą do celu, to będzie ze mną krucho! Pełno było tutaj skał, ewentualnie fragmentów czegoś, co tutaj kiedyś stało. Biegiem ruszyłem w stronę jednego z fragmentów.
Graves wystrzelił salwę w moja stronę. Musiałem zrobić ślizg, żeby w ostatniej chwili zrobić unik. Dzięki temu,ślizgając się na butach udało mi się szybciej dotrzeć do upatrzonej kryjówki. Niestety, przestrzelił mi fragment płaszcza.
-No zamorduję cię za to! Wiesz ile mnie ten płaszcz kosztował?!-patrzyłem na wypalone od śrutu dziury-Umrzesz w męczarniach, bajerancie!
-Po śmierci, ten płaszczyk nie będzie ci potrzebny!-Macolm wypuścił biały dym z ust.
palił to swoje szpanerskie cygaro.
Przylgnąłem plecami do kamiennego fragmentu. Wyjrzałem ukradkiem, aby zobaczyć gdzie jest Graves. W między czasie, przyszykowałem niebieska kartę. Spróbuję wybić mu z rąk tę jego giwerę.
-Nie chowaj się, tchórzu jeden!
-Ja się nie chowam! To tylko część strategii!-poczekałem, aż dym całkiem opadnie.
Jak tylko dostrzegłem mój cel, przeturlałem się w lewą stronę. jak się zatrzymałem, wypuściłem kartę w stronę Gravesa. Trafiłem. Malcolm odleciał ładne kilka metrów, upuszczając swoją spluwę. Szybko przebiegłem za kolejny fragment. To, że raz go trafiłem, nie znaczyło o mojej wygranej.
Ponownie przylgnąłem plecami. Musiałem się schylić, bo pociski zaczęły rozwalać górna część mojego schronienia.
Cholera! jak mnie dostrzegł?! Wtedy zauważyłem lustro, które zdradziło moją obecność. Psia jego! Błyskawicznie poderwałem zad z podłogi. Idąc bokiem rzucałem w stronę Gravesa karty. On jednak idealnie trafiał w nie. Zaczęło mnie to irytować!
Musiałem szybko coś wymyślić. Spróbuję uciec stąd. Tylko do wejścia miałem kawałek. Tym razem Graves mnie zaskoczył. Użył granatu dymnego. Nic nie widziałem. Jak otworzyłem powieki, ten już przy mnie był. Uderzył mnie w brzuch z całej siły. Zobaczyłem mroczki przed oczyma. Mało tego, zgiąłem się w pół. Oberwałem kolejny raz. Tym razem kolbą broni wymierzył mi w twarz. Szybko poczułem krew spływającą z mojego czoła oraz rozciętych warg.. Ostatnio cios powalił mnie na podłogę. Odwróciłem się na plecy. Malcolm stał nade mną. Mierzył we mnie. Cholera! To nie była arena! Jeśli teraz strzeli, to mnie naprawdę zabije. Dobra...dobra...przyznaję nie chcę umierać! Jeszcze tyle fortuny do skradzenia na mnie czeka! Tylu frajerów do obskubania i tyle pięknych kobiet!
-Dobranoc, Fate.-Graves przesunął swoje cygaro w prawy kącik ust.
Już miał strzelić, kiedy kryształ zalśnił oślepiającym blaskiem. To mi dało czas na kontratak. Zgiąłem nogi w kolanach, a następnie wymierzyłem mu cios w brzuch. Dzięki temu wypuścił broń. Ja zaś, szybko wstałem. Zacząłem okładać go pięściami. Zarówno po twarzy jak i torsie czy brzuchu. Może i miałem mniej siły niż on, ale byłem szybszy.
Przystawiłem mu kartę do piersi. Ta wystrzeliła, więc odrzuciło go kilka metrów. Splunąłem krwią na posadzkę. Otarłem wargi rękawem.
-Niech cie, Graves.-popatrzyłem na zakrwawiony rękaw.
Klejnot dalej lśnił tym blaskiem. Nie rozumiałem, co się stało, że tak lśnił. Nie miałem czasu na rozmyślania, bo Malcolm na mnie natarł.
Musiałem zablokować jego prawy sierpowy, bo by mi narobił niezłego bałaganu na twarzy. na przemian wymierzaliśmy sobie ciosy, aż w końcu nawzajem je zblokowaliśmy. Nasze twarze były blisko siebie. Siłowaliśmy się.
-Ty zakłamany oszuście! Mogłem przewidzieć, że mnie wystawisz!-Graves wycedził przez zęby.
-Ale to nie tak...no dobra, może tylko trochę, ale przysięgam, to nie było celowe! Taki już jestem!-próbowałem się jakoś bronić, przed zarzutami Malcolma.
W sumie, uzasadnionymi.
-Jak mogłem wierzyć, że ktoś taki jak ty się w ogóle może zmienić! Nie potrzebnie ratowałem ci wtedy dupsko!
-...-nie wiem czemu, ale jego słowa cholernie zabolały.
Zdezorientowałem się na krótką chwilę, więc ten to wykorzystał. przywalił mi z całej siły z główki. Zamroczyło mnie, jego także. Złapałem się za głowę.
-Kurw…-bolało jak jasna cholera.
Graves złapał mnie za ramiona. Teraz to już w ogóle nasze twarze były blisko.
-Na tarnację, zaufałem ci dupku!- w jego oczach był jakiś taki żal.
Gniewne, a zarazem pełne smutku. Nie mogłem na nie patrzeć dlatego, nadgarstkami odchyliłem mu głowę.
Ten zasadził mi kopniaka w brzuch, a potem pchnął na kryształ. uderzyłem w niego plecami z całej siły. Obsunąłem się na posadzkę. Te jego spojrzenie. Cały czas miałem je przed oczyma! Przymknąłem jedno oko. Wstałem z ledwością. Wszystko mnie bolało. Bez porównania, w walce siłowej Graves był silniejszy.
-Czas...twój...czas…-usłyszałem za sobą szept kobiety.
Odwróciłem się. Słyszałem tykanie zegarka. Jak się dobrze przyjrzałem, to wskazówki zegara poruszały się. W dodatku w błyskawicznym tempie. Zerwał się wiatr. Musiałem się cofnąć. Nawet nie łapałem kapelusza, który został porwany z mojej głowy.
-Na tanrację, co się dzieje?!-Graves też nie pojmował tej całej sytuacji.
Patrzyłem zahipnotyzowany na tykające wskazówki zegara.
-Fate, odsuń się od kryształu!-Malcolm zaczął iść w moją stronę.-Słyszysz?! Odsuń się idioto jeden! Nie widzisz tego?!
-Czego?-odwróciłem się do Gravesa przodem.
-Jak to, czego? Tych liści!-mój druh szedł przed siebie, próbując przełamać coś, dla mnie było tylko wiatrem.-Mówię ci, zabieraj stamtąd dupsko!
-Czemu mam cię niby słuchać co?! Chwilę temu chciałeś mnie zabić!
-Chociaż raz schowaj tę cholerną dumę do kieszeni i rób, co ci karzę!
Wiar nasilał się. W pewnym momencie Graves rzucił się na mnie. Upadliśmy na podłogę.
-Złaź ze mnie!-próbowałem go zwalić z siebie.
-Schowaj dumę do kieszeni Fate!-podniósł się, dociskając mnie do podłoża.
Szarpaliśmy się dobrą chwilę. Jak podmuch jeszcze bardziej się nasilił, Graves przeturlał się na plecy. Z całej siły, nogami odepchnął mnie jak najdalej od siebie.
Przeturlałem się kilka metrów. Bolało jak cholera. Prawie zwymiotowałem od tego ciosu. Podniosłem się na klęczki, ale musiałem podpierać się rękoma. Odwróciłem głowę w stronę przyjaciela.
Jakaś poświata wystrzeliła w górę, a potem w stronę leżącego na ziemi Gravesa. Błysk był tak jasny, że musiałem przymknąć powieki. Wszystko się zatrzęsło. Fala powietrza, która wydobyła się z kryształu pchnęła mnie z cale siły na ścianę.
Upadłem na podłogę. Chwilę jeszcze słyszałem tykanie zegarka, po czym nastala cisza. Pomieszczenie, znowu spowijało jasne światło kryształu.
-Graves?-rzuciłem pytanie, ale nie otrzymałem odpowiedzi.
nim zemdlałem dostrzegłem broń mojego druha, ale jego samego nigdzie nie było.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#5PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 3:53 pm

“Na tarnację, zaufałem ci dupku!”-głos Malcolma rozbrzmiał w mojej głowie.
Otworzyłem powieki.
-Graves!-poderwałem się do pół siadu.
Moja klatka piersiowa unosiła się oraz szybko opadała. Siedziałem tak chwilę, po czym zakryłem twarz rękami.
-Co ja zrobiłem?-rzuciłem do siebie.-To nie jest arena...to nie jest...arena...Graves naprawdę...zniknął…-nie docierało do mnie, co się właśnie stało.
Jego słowa, jego twarz, te pełne bólu oczy nie znikały z mojej głowy. On prawdopodobnie...prawdopodobnie...z jakiegoś powodu nie potrafiłem pomyśleć czy wypowiedzieć na głos tego słowa. Dlaczego, tak przejmowałem się tym, co się stało? Czyżbym naprawdę, aż tak się do niego przyzwyczaił? Komu będę teraz dokuczać i uprzykrzać życie? Znowu, przez swoje nieprzemyślane decyzje straciłem kogoś dla mnie ważnego. Zupełnie jak wtedy, kiedy chciałem ratować rodziców. Jeszcze mnie uratował...Co z tego, że wcześniej chciał zabić?
-Graves…-szepnąłem do siebie-Co ja najlepszego zrobiłem?-starałem się uspokoić.
W sumie to, gdzie ja byłem? Dopiero teraz, zdałem sobie sprawę, że jestem w jakimś niewielkim pokoiku. Znajdowałem się w łóżku, na którym znajdowały się dwie, grube owcze skóry. Okryty byłem wełnianym kocem. Do tego ubrany w nocną koszulę...co za żenada. Tylko to chyba był jedwab. Miękka i delikatna. Kogo stać na takie drogie rzeczy? I kto to mówił w sumie…
Rozejrzałem się dookoła. Mała lampka rozświetlała pokój. Była tutaj komoda, na której stała pusta miska oraz dzbanek. Najpewniej napełniony wodą. Okna były przysłonięte jakimiś kotarami. Na podłodze mnóstwo owczych skór. Moich ubrań nigdzie nie było. Rozejrzałem się za kartami i innymi rzeczami, ale te leżały na szafce nocnej,obok łóżka. Ulżyło mi. Chciałem wstać, ale ból w okolicach brzucha był nie do zniesienia. Objąłem się rękami w uprzykrzającym mi życie miejscu. Musiałem się położyć.W sumie, teraz także zauważyłem, iż ktoś mnie opatrzył. Ciekawe, kto to taki.
Poduszka była taka miękka i wygodna. Pewnie z ptasiego pierza. Wziąłem głęboki wdech, ale brzuch znowu zabolał. Zamknąłem powieki, by je po chwili otworzyć. Ponownie wodziłem po pomieszczeniu. Ten zapach...przypominał mi las. Czułem ukojenie. Może jeszcze się zdrzemnę? Czułem się tu, o dziwo bezpiecznie. Tak, jakbym był w domu, u siebie w domu. Powoli zaczynałem zasypiać. Nie minęło kilka minut, a ja ponownie spałem sobie spokojnie, w wygodnym łóżku.
-----------------------------------------------------
Obudziłem się. Ile czasu spałem? Nie wiem. Promienie Słońca wpadały przez uchylone okno. Musiało świecić akurat prosto na moją twarz?! Cholera, nie cierpię tego!
Jakoś usiadłem. Z wielkim trudem, ale jednak. Nadal odczuwałem ból. Dotknąłem ręką materiału koszuli nocnej. Bandaż miałem pod spodem. Czyżby tak było ze mną źle? W sumie na rękach i czole też takowy się znalazł. Nadal także, byłem w tym dziwnym domu. Wstałem z łóżka, bardzo powoli. Postawiłem stopy na puchatej, owczej skórze.
Ponownie rozejrzałem się po pokoju. Cały czas wyglądał miło i przytulnie. Trzeba było się ruszyć i zrobić rozeznanie, gdzie ja do jasnej cholery byłem? Podszedłem do okna. Otworzyłem boczne skrzydło. Świeży powiew powietrza dostał się do pomieszczenia. Wziąłem głęboki wdech. Zapach sosen. Tak, niedaleko domu znajdował się las. Stąd ten zapach. Wyjrzałem przez okno. Chciałem dokładniej wiedzieć, co to za miejsce. Poza sporą ilością drzew iglastych, wszędzie rozciągały się pola kukurydzy oraz pszenicy. W oddali dostrzegłem osadę. Spory kawał drogi, nie ma co.
Podrapałem się po czerepie. Ktoś przytachał mnie taki kawał drogi? Od razu pomyślałem o Gravesie, ale przecież...no właśnie, jego nie było. Został pochłonięty przez to jasne światło...zacisnąłem pięści. To z mojej winy stało się to wszystko. Dałem mu słowo, że drugi raz tego nie zrobię, a jednak zrobiłem. Spieprzyłem swoja drugą szansę. Ech..trzeciej, raczej nie dostanę. Tylko nadal nie rozumiem, czemu mnie wtedy uratował. Najpierw chciał zabić, a potem to…
Zamknąłem powieki. Zaciskałem mocniej pięści, aż mi knykcie zbielały. Czy ja naprawdę nie potrafię zaufać innym i tylko kierować się dumą? Czy to dlatego, że traktowano nas w taki, a nie inny sposób i to chęć pokazania, że jest się lepszym? Matko jedyna...naprawdę zostałem sam...znowu...znowu...czy ja jestem, aż tak głupi czy jak?!
Moje rozmyślania przerwał odgłos rozmowy. Podszedłem do drzwi. Lekko je uchyliłem. Dostrzegłem wąski korytarz. Ściany w nim, również wyłożone były drewnianymi panelami. Obrazy Valoranu zdobiły przedpokój. Wielka szafa stała na jego lewym końcu. Tuż przy drzwiach. Odgłosy, dochodziły z prawej strony. Dostrzegłem kuchnię, stylizowaną typowy stary styl. Na przeciwko niej był inny pokój, ale zamknięty. Szedłem na palcach, aby nie dać znać, że się obudziłem. Było to trudne z racji bólu na brzuchu. Mało tego, żołądek dawał się we znaki. Zgłodniałem od tego wszystkiego. Swoją drogą, ciekawe ile czasu spałem, tudzież byłem nieprzytomny.
Podszedłem powoli do pokoju. Drzwi były uchylone, ale nie na tyle bym mógł coś dostrzec.
Przylgnąłem plecami do ściany. Chciałem wiedzieć o czym rozmawiano w środku.
-Czyli ten drugi, co był z Fatem został porwany, tak?-odezwał się męski głos.
Zaraz kojarzyłem go! To był...kurczę...nie mogłem sobie skojarzyć w tamtym momencie. Poza tym, musiałem słuchać tego, co mówią. I chyba mówili o Gravesie.
-Tak.-drugi głos należał do kobiety.
Sądząc po tonacji, była bardzo chłodna i raczej niezadowolona z tej całej sytuacji.
-Ja nie rozumiem, po co w ogóle dałeś mu ten klucz. Mówiłam ci, że będą przez to kłopoty.
-Nie przesadzaj. Nic, aż tak złego się nie stało.
Zacisnąłem pięści. Jak nic tak złego?! Przecież Graves...Graves został...zacisnąłem pięści.
-Nic takiego?! Nie rozumiesz co takiego zrobiłeś?! -dziewczyna uniosła głos.
Wzdrygnęło mnie od tego, jaki był nieprzyjemny.
-Klejnot Chronosa powinien być martwy! Martwy, rozumiesz?! Powinien być zapieczętowany!-dziewczyna była bardzo zdenerwowana.
Czyżby to było coś, aż tak poważnego? W co ja się wkopałem...znowu z resztą?
-Po nałożeniu pieczęci, moc Kryształu powinna przestać istnieć. Nie rozumiem, czemu stało się inaczej. Czemu teraz, pieczęć została złamana? Ta moc, teraz się wydostała...-słyszałem jakiś łopot.
Skrzydeł? To ktoś tam miał skrzydła? Przylgnąłem mocniej do ściany. Dobra lubiłem wyzwana, zwłaszcza te niebezpieczne, ale chyba teraz…
-Czyli coś, musiało wpaść w rezonans z nią. Tylko, w takim razie, co to mogło być?-mężczyzna starał się zrozumieć ten dziwny fenomem.
-Rezonans powiadasz? Hmm..też jestem ciekawa.
-Trzeba wrócić do miasteczka, do kościoła. Co, w ogóle zastałaś, jak się tam znalazłaś?
-Powrót do osady nie będzie taki łatwy…-byłem ciekaw, co miała na myśli, mówiąc o utrudnionym powrocie do osady-...wirujące liście, jasne światło. Jeszcze ten podmuch powietrza, który uderzył mnie z całej siły. Prawe skrzydło złamałam.-ponownie posłyszałem łopot.
Kim była ta dziewczyna, że posiadała skrzydła? Anioł? Upadły anioł czy może demon, ewentualnie pół demon?
-Trzeba zapytać Fate, co się dokładnie stało, kiedy tam wszedł. I co najważniejsze, do czego doszło między nimi, nim się pojawiłaś.
-Fate...powinien zdechnąć, za to co zrobił.
-To nie jego wina. Masz rację, mogłem nie dawać mu tego klucza.
-Owszem mogłeś. Dałeś klucz komuś, kto jest przestępcą. Oszustem, szulerem znanym w całym Bilgewater! Co ci strzeliło do tego durnego łba?!-dziewczyna była wściekła-Fate to zadufany w sobie dupek. Nie widzący niczego innego niż koniec własnego nosa! Na pewno chciał Klejnot Chronosa z powodu jego mocy zatrzymywania czasu. Podałeś mu Klejonot jak na tacy! Mało tego, przez zdjęcie pieczęci całe miasto pochłania Cisza! Jak tak dalej pójdzie, Cisza rozniesie się dalej. Nie tylko osada będzie zagrożona, ale cały Valoran!
-C..co takiego? Nie mówisz chyba tego, serio? To żart, prawda?
-Oczywiście, że mówię! Tak to jest, jak daje się ludzkim ścierwom boskie przedmioty. Nie potrafią docenić ich mocy. Nie potraficie korzystać z własnego umysłu. Zrozum wreszcie, że Kryształ Chronosa owszem potrafi zatrzymać czas, ale ma to swoją cenę.
-Czegoś tu nadal nie rozumiem...jaką cenę?
-Czy wy myślicie, że wszystko od tak możecie dostać, nie dając nic w zamian?
O co, chodziło? Czym była Cisza, która tak zirytowała tą dziewczynę? Czemu to było takie niebezpieczne...Chwila moment...zatrzymanie czasu, tak? Zakryłem usta lewą dłonią. Poczułem przerażenie. Chciałem uciekać, jak najszybciej. Byle dalej od tego cholernego miejsca! Zacząłem się wycofywać do tyłu. Ja nic złego nie zrobiłem, prawda? To nie moja wina! Ten kryształ, czy tam klejnot sam zareagował! To nie moja wina!
Cofając się potknąłem się o coś. Upadłem na tyłek, robiąc hałas. Ból na brzuchu jeszcze bardziej się nasilił.
-Kurw…-złapałem się za obolałe miejsce.
Z pokoju wyszedł nie kto inny jak bibliotekarz i ta dziewczyna. Mężczyzna miał na sobie siwy sweter oraz lniane spodnie. Na nogach skórzane kapcie. Teraz rozumiem, skąd znałem ten głos. Dziewczyna zaś, nie była chyba młodsza ode mnie. Pierwsze co, rzuciło mi się w oczy to jej skrzydła. Niby anielskie, pokryte czerwonym pierzem, ale wyglądały dziwnie. Ich końcówki miały ostry szpon. Miała na sobie skórzany kombinezon oraz długie kozaki. Włosy miała do ramion. Blond zmieszany z bardzo jasnymsiwym. Pierwszy raz takie widziałem. Szaro-niebieskie oczy patrzyły zza wielkich okularów. Poprawiła je od razu. Teraz też dostrzegłem rogi wystające z jej czoła, na równej linii z oczami. Zauważyłem także, że posiada ogon. Ten zaś, poruszał się nerwowo.
-Fate, nie śpisz już?-bibliotekarz był nieco zdziwiony moją obecnością.
-Pewnie się obudził, jak rozmawialiśmy. Jestem też pewna, że podsłuchiwał. Jak usłyszał, co się kroi chciał dać dyla. Mówiła ci, że to tchórz.-dziewczyna krótko skwitowała.
W sumie, trafiła w sedno.
-Fate, powiedź, że nie chciałeś uciec…-mężczyzna spojrzał na mnie smutnym wzrokiem.
Spojrzałem gdzieś w bok. Czułem się tak, jakby oczekiwali ode mnie, nie wiadomo czego. Z wielkim trudem wstałem.
-T...to nie moja sprawa! To samo się wszystko spieprzyło! Nie mam zamiaru brać w tym udziału!-dałem krok do tylu, po czym zrobiłem to, w czym jestem najlepszy.
Uciekłem do pokoju, w którym się obudziłem. Zostawiłem rozżalonego bibliotekarza z rozgniewaną dziewczyna.
-Mówiłam ci, że tak będzie. Jak tylko poznał prawdę, to ucieknie. Tacy, nigdy się nie zmieniają. Zawsze pozostają samolubni, dumny i nieodpowiedzialni.-demonica krótko mnie podsumowała.
-Ale ja myślałem...byłem pewien, że…
-Źle myślałeś.
-Skoro ty, mogłaś się zmienić…-mężczyzna mnie bronił-...nie zostawi przyjaciela. Zobaczysz.
-Uwierzę, jak zobaczę. Jeden dzień. Tyle ma czasu do namysłu. Jutro lecę do osady, żeby odnaleźć aktywator.-dziewczyna zasłoniła się skrzydłami, po czym zniknęła.
Bibliotekarz stał jeszcze, dobrą chwilę i wpatrywał się w drzwi do pokoju, w którym siedziałem.
-Fate…chyba nie przedłożysz dumy ponad przyjaźni, prawda?
-------------------------------------------------------------------------
Biłem się z myślami. Co ja do tego wszystkiego miałem? Głupi kryształ! Zacząłem się ubierać. Nie będę się w to bawić. Poza tym, nie ma Gravesa, nie będzie mi nikt zawadzać. Nie będzie mi dukać nad łbem i zabierać co moje!
Zapiąłem klamrę od paska od spodni. Wreszcie będę miał święty spokój. Guziki od koszuli szybko przełożyłem przez dziurki. Poprawiłem się. Potem kamizelka i jeszcze płaszcz. Pochowałem wszystkie swoje rzeczy do kieszeni.
Spojrzałem na świat za oknem. Noc była spokojna. Księżyc lśnił na tle granatowego nieba. Towarzyszyły mu migoczące gwiazdy. Przeważnie to z Graves, wędrowaliśmy w takie noce...zaraz! Do jasnej cholery! Czemu zachciało mi się na wspominki o tym idiocie? Naciągnąłem rękawiczki na dłonie. Spojrzałem w lustro. Jeszcze kapelusz. Dopiero w odbiciu dostrzegłem broń Malcolma. Oparta była o ścianę. Przed oczyma widziałem jego twarz, z tym durnym uśmiechem. Kurw...to przeszłość! Gravesa nie ma! I nie będzie!
Naciągnąłem kapelusz na łepetynę. Nie miałem zamiaru się nawet żegnać. Otworzyłem szerzej okno. Stary, dobry sposób na ucieczkę.Postawiłem nogę na parapecie, a wtedy do pokoju wszedł ten bibliotekarz. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Coś chciał powiedzieć, ale ja odwróciłem głowę i wyskoczyłem przez okno. Zacząłem biec przed siebie, nie odwracając się.
-Fate, dlaczego?-mężczyzna opuścił ramiona.
Spojrzał na pistolet Gravesa.
-Może ona miała rację, że tacy jak ty nigdy się nie zmieniają.-bibliotekarz wyszedł z pokoju zamykając drzwi.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#6PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 3:57 pm


Biegłem przed siebie. Sam nie wiedziałem, gdzie niosą mnie nogi. Zatrzymałem się dopiero na jakimś wzgórzu. Ból nadal dawał się we znaki. Teraz wiedziałem, że poruszanie się tak szybko było błędem. Złapałem się za miejsce urazu.
-Kurw...jak boli.-oddychałem ciężko.-Wdech i wydech.-spojrzałem przed siebie.
To była ta osada, do której przybyłem z Gravesem. Spojrzałem gdzieś w bok. Czemu nie potrafiłem wywalić z głowy tego kretyna? Im szybciej się oddalę od tego miejsca, tym lepiej. Powinienem zapomnieć o Gravesie, o tej osadzie. O tym wszystkim. Spojrzałem jeszcze raz na osadę, która wyglądała tak szaro i smutno. Dość tego! Pokiwałem głową i ruszyłem w stronę lasu. Jak najdalej stąd, jak najdalej.
Mijałem coraz to większą liczbę drzew. Zostawiając za sobą...właśnie...coś bezcennego. Moje kroki stawały się coraz wolniejsze. Zatrzymałem się w końcu. Znowu zacisnąłem pięści. Skóra wydała ten specyficzny odgłos, w momencie zgięcia palców.
-Czemu...dlaczego….to nie może być takie proste? Czemu, nie mogę iść przed siebie i po prostu zapomnieć?-zamknąłem powieki.
-Bo jesteś człowiekiem, a każdy człowiek miewa wątpliwości.-posłyszałem znajomy głos, dochodzący na wprost mnie.
-Hę?
To był ten bibliotekarz. Jak on mnie znalazł? Skąd wiedział, gdzie szukać?
-Witaj, Fate. Nie jesteście w stanie pokonać waszej ludzkiej natury.-mężczyzna trzymał ręce za plecami-Nie ważne, kim jesteście. Prostym chłopem, mordercą, złodziejem, księdzem, łowcą, dzieckiem, dorosłym, starym czy też młodym.
Dziwne, mówił tak, jakby mówił, sam nie wiem, jak to nazwać. Opowiadał o ludziach, ale nie czułem, by mówił tego o sobie. Dziwne, prawda?
-Wasze życie jest krótkie, dlatego chcecie dokonywać takich wyborów, by potem niczego nie żałować, prawda?-w sumie, facet miał rację-Poza tym Fate, waszym największym lękiem jest samotność. Zawsze musicie być blisko kogoś, bo inaczej chorujecie. Zamykacie się w sobie. Stajecie się zagubieni. Nie wiecie, co ze sobą począć. Tak samo jest teraz z tobą. Jeśli teraz odejdziesz, zostaniesz sam jak kiedyś.-mężczyzna dalej na mnie patrzył-Jeśli zaś wrócisz, nie tylko nie będziesz sam, ale zyskasz coś, czego żaden skarb na świecie nie będzie w stanie kupić.
-...-nie wiedziałem, co powiedzieć.
-To..to nie twoja sprawa. Nic o mnie nie wiesz, więc nie masz prawa się wypowiadać.-ruszyłem przed siebie.
Opuściłem kapelusz na twarz. Minąłem bibliotekarza. Nawet na niego nie spojrzałem.
-Tobiasie Foxtrot, nigdy nie zapominaj o osobach, które są blisko ciebie. Ich, nie da się zastąpić. To wyjątkowe persony, które nie bezpodstawnie pojawiają się w naszym życiu.
Zatrzymałem się. Jakim cudem, ten facet znał moją tożsamość?! Odwróciłem się, ale jego nigdzie nie było. Rozglądałem się nerwowo. Iluzja czy może mój rozum już mi płata figle?
W sumie to...nie ważne. Iluzja czy nie, wypowiedziane słowa były prawdą. Wiele razy żałowałem swoich decyzji. Może dlatego, tyle czasu byłem sam? Nawet wtedy, gdy postanowiłem zdradzić Gravesa miałem wyrzuty sumienia. Tłumiłem je suto nakrapianymi zabawami, towarzystwem kobiet. Tylko, kiedy przychodził wieczór i rzeczywistość mnie dopadała, wszystko wracało. To prawda, ludzie boją się samotności. Ja takowej doświadczyłem, po tym jak zostawiła mnie rodzina. Nie interesowało ich, że to było w obronie rodziców. Liczyły się wartości, zasady...a nie ja. Chyba tylko Graves był kimś, komu nie przeszkadzało to, kim jestem i jak się zachowuję. Poza tym, jestem Fate! Twisted Fate!
Spojrzałem w niebo. Nadal było czyste i gwieździste. Dostrzegłem spadającą gwiazdę.
-Odkradnę co mi ukradziono! przyprowadzę go z powrotem! Choćby nie wiem co!-odwróciłem się w stronę miasta i pobiegłem przed siebie.
Nie wiedziałem, że ktoś mnie obserwował. Z cieni drzew wyszedł bibliotekarz oraz dziewczyna.
-Rany, rany, Chronosie, po co ta cała farsa?-dziewczyna podrapała się po głowie.-Rozumiem, że jednym z twoich wybryków było zamieszkanie wśród ludzi, ale to!-rozłożyła ręce na boki.
-Hahaha!-Chronos zaśmiał się-Widzisz, bycie Bogiem Czasu wiąże się z obowiązkami. To nie tylko opieka nad czasem każdej z istot czy jego łamanie. Chociaż tutaj ma się pomocników.-puścił oczko do dziewczyny.
-Masz na myśli Zileana i Ekko?
-Yhym. Dlatego to jest łatwiejsza robota. Niemniej, moja rola polega tez na tym, by życie istot nie było monotonne. Moją główną rolą jest tworzenie wyzwań dla nich. Wiesz, dzięki temu mogą poznać swoje mocne strony, ale i słabości. Jedni zdają testy pozytywnie, wyciągając z nich wnioski. Inni, niestety nie.
-Ech...coś w tym jest...zastanawiam się, czy i w takim razie, moje przeciwności losu, to twoja sprawka?
Chronos przystawił palec do swoich ust. Dziewczyna pokiwała głową.
-Mam nadzieję, że wiesz co robisz. W przeciwnym razie będziesz musiał interweniować. Niemniej, skąd wiesz, kogo jakim poddawać testom?
-To moja tajemnica, młoda damo.
-Phi! Też coś!
-Lepiej idź już…-Chronos odwrócił się do niej plecami-...Fate będzie potrzebować twojej pomocy, żeby uratować przyjaciela. Poza tym, jako jego córka, powinnaś wiedzieć, jak to wszystko funkcjonuje.
-Cóż…-dziewczyna spojrzała w stronę wschodzącego Słońca, na tle osady-...ludzie, to naprawdę dziwne istoty. Raz robią tak, a raz tak. Trudno przewidzieć, co zrobią.
-Dlatego zamieszkałem wśród nich. Mimo, że żyją najkrócej ze wszystkich, są najwspanialszym darem, jaki się pojawił.
-Yhym.-dziewczyna posłała uśmiech rozmówcy.
Rozprostowała skrzydła, po czym poleciała do osady.
-Dlatego, dałeś im wolną wolę, prawda?-Chronos spojrzał wysoko, w niebo.
Chronos nie otrzymał odpowiedzi. Wpatrywał się tylko w nieboskłon.
----------------------------------------------------
Wróciłem do osady. Wszystko było szare. Jakby ktoś pomalował wszystko na ten smutny kolor. Dałem kilka kroków do przodu, aby przejść przez bramę miasteczka.
-Stój!
Zatrzymałem się, słysząc jakiś damski głos. Spojrzałem w górę, bowiem stamtąd dochodził. To była ta dziewczyna. Wylądowała na przeciwko mnie.
-Poczekaj. Nie możesz tam wejść, od tak.-podeszła do mnie.-Cisza odbierze ci czas.
-Cisza?-odwróciłem się w stronę osady.
-Tak. Cisza to, to co widzisz przed swymi oczyma. To wina Klejnotu Chronosa. Pamiętasz, moją i bibliotekarza rozmowę? Konkretnie, dawanie coś w zamian?
-Tak, oczywiście. Czy to, co się daje w zamian, za zatrzymanie czasu to...własny czas?
-Tak, Fate. Otóż to. Jednak istoty ludzkie, które dostały Klejnot w posiadanie, były zaślepione zazdrością. Właściwie, to jedna osoba.
-O czym teraz mówisz?-podrapałem się po czerepie.
Coś pominąłem? Nie, chyba nie.
-Książką, którą dostałeś w bibliotece, opowiada o tym zdarzeniu. Widzisz, Klejnot nie zawsze był tutaj. Skryty był w pałacu Chronosa, w odległym innoświecie. Chronos, tylko nielicznym pozwalał na użycie Klejnotu.-wszystko, powoli zaczynało mi się układać w całość od jej słów-Zanim opowiem ci co było dalej, musimy dostać się do kościoła. To jedyne miejsce, które nie jest skażone. Ja, dostanę się tam bez problemu. Nie wiem, jak ty.-dziewczyna spojrzała na mnie.-Wiesz, skrzydła.
-Nie będzie problemu. Teleportuję się tam. Widziałem już to miejsce, więc to nie problem.-wyjąłem kilka kart: niebieskie, czerwone, żółte oraz różowe.
Moje oczy błysnęły na niebiesko.
Dziewczyna uniosła brew. Przyglądała mi się uważnie. Karty zalśniły.
-To, widzimy się w kościele.-rzuciłem krótko.
Rozłożyłem w powietrzu karty. Jasne światło otoczyło mnie, jak karty błysnęły. Pomyślałem o kościele. Dokładniej o miejscu, w którym ostatni raz widziałem Gravesa. Biała poświata zasłoniła mnie. Moje ciało zostało przeniesione tam, gdzie chciałem w ułamku kilku sekund. Niestety, to było męczące, więc upadłem na kolana. Oddychałem ciężko.
-Cholera…-usiadłem na tyłku-Zmęczyłem się. Ej...faktycznie, tu wszystko jest normalnie. Tylko, jak to możliwe?
-Aura Klejnotu ochrania go w ten sposób.-dziewczyna zjawiła się w wejściu.
-Dobra, to co robimy?-rozmasowałem kark dłonią.
-Szukamy aktywatora. Coś tutaj musi być. Wstawaj.-odparła.
Zaczęła wodzić dłońmi po ścianie.
Skinąłem głową i zacząłem robić to samo.
-Ta historia, z książki...co ona dokładnie opowiada?-musiałem poznać tą opowieść.
Dalej przeszukiwałem ściany dłońmi.
-Chronos kochał ludzi. To też pewnie dlatego, doszło do tego, do czego doszło. Widzisz, kiedyś, kiedy ludzie dopiero uczyli się wszystkiego, zamieszkiwali niewielki siedliska wszystko się zaczęło. Chronos, Bóg Czasu, po tym jak podzielił się obowiązkami z Opiekunem Czasu oraz Łamaczem Czasu, miał możliwość odetchnąć. Fascynował go świat ludzi. Nie wiem, co w nim takiego fascynującego. W każdym razie, przybrał postać człowieka i zamieszkał w tej osadzie, w której teraz jesteśmy. Założył bibliotekę, bo uwielbiał twory pisane przez ludzi. Fascynowały go.
-Bibliotekę?-zdziwiłem się.
-Tak, bibliotekę. Życie mieszkańców, upływało spokojnie. On jednak, jako Bóg widział jak przemija ich czas. Widział jak rodzi się nowe życie, a jak odchodzi stare. Nie mógł z tym nic zrobić. Nie wolno mu było. Jednak...złamał to przykazanie.-dziewczyna westchnęła, ba przestała nawet poszukiwań-Zainteresował się trojką znajomych. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. W dodatku o słabym zdrowiu. Chronosowi, spodobało się to jak silna więź przyjaźni ich łączyła. On nie wiedział, co to przyjaźń więc zaczął ich obserwować. Robił te swoje notatki, do badań. Chciał wiedzieć więcej i więcej. Stało się coś, czego prawie nikt się nie spodziewał. Zakochał się w tej dziewczynie.
-Bóg zakochany w ludzkiej istocie?-zdziwiłem się.
Byłem pewien, że takie rzeczy dzieją się w bajkach.
-Tak.
-Czy, ta dziewczyna, to ta z portretu w bibliotece?
-Dokładnie. Tylko pojawił się problem. Skoro nie wiedział o przyjaźni, czym jest, nie zdawał sobie sprawy czym jest miłość. Wiesz, wiedział, że takie coś istnieje, ale nie znał objawów. Dlatego nie potrafił sobie z tym poradzić. Bogowie, na ogół trzymają się z dala od ludzi, dlatego pewne rzeczy są dla nich obce. Słysza i tym, ale nie wiedzą jak to działa. W każdym razie, Chronos chciał być blisko niej. Robić dla niej wszystko. W dniu, w którym miał z nią porozmawiać, zastał ją z jednym z przyjaciół. Wtedy też zrozumiał jak działa miłość i jak piękne jest to uczucie. Wiedział jednak, że młodej nie zostało dużo czasu. Jak jej ukochany, został sam. Podarował mu swój Klejnot. Właściwie, to tak naprawdę zegarek, który odlicza czas do tyłu. Pokazuje, ile komu jeszcze zostało czasu. Wystarczy podać tej osobie do ręki, a Chronos był w stanie powiedzieć za ile dana osoba umrze. Dla postronnych to był zwykły, zegarek stojący zawsze na tej samej godzinie. Mianowicie trzeciej po południu. W każdym razie, Chronos uprzedził chłopaka, o konsekwencjach użycia Klejnotu. To był sprawdzian, czy chłopak naprawdę kochał dziewczynę. bez wahania, młody zgodził się oddać swój czas jej. Chronosa serce się radowało.-dziewczyna usiadła na jakimś fragmencie, ja zrobiłem to samo-Klejnot został w posiadaniu młodzieńca. Oczywiście, Bóg nie zabrał chłopcu czasu, ale podarował go dziewczynie, oddając małą cząstkę swojego, wiecznego czasu. Chronos zaufał człowiekowi, ale nie przewidział jednej rzeczy. Tak, nawet Bogowie nie są w stanie przewidzieć tego, co potraficie zrobić. Otóż, ten drugi chłopak wszystko widział. Tą całą rozmowę. Poza tym, był zakochany, aż do szaleństwa wręcz do obłędu w przyjaciółce. Dwójka zakochanych, żyła sobie spokojnie, do pewnego momentu. Nadeszła wojna, a młodzian musiał iść na front. Poprosił zatem, przyjaciela, któremu ufał nad życie, aby zaopiekował się jego narzeczoną. Ten zgodził się. Jednak to było czysto samolubne. Wojna jest straszna. Wielu żołnierzy z niej nie wraca. Oślepiony obłędem przyjaciel wykradł Klejnot Chronosa, kiedy opiekował się dziewczyną. Ponieważ, zegar nigdy nie był używany do złych celów, nikt nie wiedział, jakie będą tego konsekwencje.-dziewczyna opowiadała dalej, a ja słuchałem.
Oparłem łokcie o kolana, aby wesprzeć na dłoniach podbródek.
-Chłopak użył zegara, aby zabić przyjaciela. To była prośba o morderstwo, więc zegar się zaczął psuć. Młodzian został zabity, strzałą o w kształcie wskazówki zegara, prosto w serce. Dziewczyna, widziała wszystko, co zrobił jej przyjaciel. Poczekała, aż ten zaśnie. Wymknęła się do kościoła, wraz z zegarkiem. Oddała swój czas, za czas ukochanego. Jakie było zdziwienie tego, który odebrał czas przyjacielowi, gdy dowiedział się co zrobiła jego ukochana. Ten, który miał umrzeć, odzyskał czas, ale nie pamiętał, dlaczego umarł. Powrócił do domu, ale nie było dla niego miłych wieści. Jego narzeczona umarła. Zastał jej grób, właśnie tutaj, gdzie jesteśmy. Zegar jednak był uszkodzony. Przesiąkł nienawiścią i nie działał jak należy. Mimo, że chłopak poprosił, by oddać jego czas, dziewczynie nic się nie stało. Dziewczyna nie ożyła. Młodzik powiesił się w dzwonnicy o trzeciej po południu. Dlatego, zamurowano wejście na górę. Mimo to, dzwony i tak biją. Prawdopodobnie to on, daje znać, że tęskni za ukochaną. Ten, który do tego doprowadził, szukał śmierci, ale jej nie znalazł. Namalował historię, ale była zbyt tragiczna, aby ujrzała światło dzienne. Zmieniono jej zakończenie, zamknięto na klucz i włożono pomiędzy książki. Chronos nie pozwolił, aby ktokolwiek zbliżył się do księgi. Dlatego, została zapomniana na tyle lat.
Ta historia była taka smutna. Nawet mnie ruszyła. Przypomniałem sobie o Evelynn i o tym, jak bardzo ją kochałem i jeszcze to uczucie, gdzieś tam się we mnie tli.
-Powiedź mi, bo czegoś nie rozumiem. Dlaczego, bibliotekarz powiedział, że jestem pierwszą osobą, która zainteresowała się tą książką po pięćdziesięciu latach?
-Widzisz, Fate. Ten, który popełnił grzech, w jakiś sposób nie mógł umrzeć. Można by rzec, że stał się nieśmiertelny. Podejrzewam, że to sprawka Chronosa, który chciał ukarać go, za to czego się dopuścił. Poza tym, Bóg Czasu czuł się winny, bo gdyby nie złamał przykazania, prawdopodobnie nic by się nie stało. Co do twojego pytania, Fate…-dziewczyna spojrzała mi prosto w oczy-...dopiero, pięćdziesiąt lat temu, dręczony wyrzutami sumienia morderca przyjaciół, postanowił spisać tą historię, dopiero pięćdziesiąt lat temu. Chronos męczył tego człowieka przez prawie kilkaset lat. Niestety, gniew Boga jest okrutny dla tego, kto go wywoła.
-Czyli ten, który zrobił taki bałagan żył kilkaset lat, dopóki, pięćdziesiąt lat temu nie wyznał swoich grzechów poprzez opowiadanie?-podrapałem się po czerepie.
-Tak.
-Co się stało z czasem dziewczyny? Dlaczego Klejnot dalej tutaj jest?
-Widzisz Fate, czasami nawet Bogowie nie są wstanie naprawić swoich błędów. Zegar nie przywrócił czasu, ale zamroził go. Wtedy powstał ten kryształ, który otoczył Klejnot. W jego wnętrzu jest ten świat, sprzed kilkuset lat. Całe miasteczko zostało wciągnięte przez aurę, którą teraz obserwujesz. Niestety, było coś jeszcze. Widzisz, każdy kto zbliżył się do kryształu, nie ważne czy to ludzka istota, czy pies, czy motyl, została wciągana do Klejnotu. Do tego świata. To pozwalało mu na przedłużenie “życia”. Chronos, nie miał wyjścia. Zapieczętował moc Klejnotu, aby nikt nigdy więcej nie mógł z niego skorzystać. I nie był on zagrożeniem. Zamurowano wejście i ukryto je.
-Nie widać tego, co jest na wierzchu, prawda?
-Dokładnie tak, Fate. Nikt nie patrzył na odbijające się refleksje światła na podłodze. Mijały lata, aż w końcu zapomniano o tym, co było naprawdę. Została tylko legenda, która z każdym razem była zmieniana. Od słowa do słowa i powstała wersja, którą znasz ty i twój przyjaciel.
-Rozumiem…-nie wiedziałem, co powiedzieć.
Historia była...poruszająca. Siedzieliśmy tak, w ciszy dopóki nie doszedł naszych uszu odgłos pękania kryształu.
Podnieśliśmy głowy. Kryształ, który mieliśmy przed oczyma, zaczął pękać.
-Co się dzieje?-wstałem.
Podszedłem bliżej.
-Sama bym chciała wiedzieć.-ona też podeszła.On pęka.. Patrz na szkiełko na zegarku.-pokazała palcem na chronometr.
-Tak, powinno być?
-Nie. Nie sądzę, aby tak miało być.-położyła dłoń na krysztale, a wtedy poraziło ją.-Ach!-odskoczyła na bok, trzymając się za rękę-Ten kryształ...Klejnot...on umiera. Tak jak świat wewnątrz niego.
-Co takiego?! Jak to umiera?! Ale Graves jest w środku! Musze się tam dostać!- już chciałem dotknąć kryształu, ale dziewczyna złapała mnie.
-Chcesz, odczuć to, co ja?-jej cała ręka, aż do ramienia była czarna.-Nie mam czucia w ręku. Więc nie radzę.
-To co teraz?! Ja go muszę stamtąd wyciągnąć!-musiałem go uratować.
-Nie wiem.-skrzydlata usiadła.
Jej ręka wyglądała okropnie.
-Co z tym?-skinąłem głową w jej stronę.
-Zregeneruje się, ale nie mogę nią ruszać.-ręka zwisała jej wzdłuż ciała-Niech to szlag!
Ponownie, dało się słyszeć odgłos kruszenia. Musiałem myśleć, jeśli chciałem uratować Gravesa. Przygryzłem dolną wargę. Nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nawet jak wyciągnięcie przyjaciela z tego kryształu.
-Mówiłaś, że on powiesił się na wieży tak?
-Tak.
-Powiedź mi, jest inna droga, by się tam dostać?-byłem zdeterminowany, ale czułem, że to tam znajdę rozwiązanie.
-Z powietrza, owszem. Można się tam dostać. Fate, co ty kombinujesz?
-Posłuchaj. Muszę się tam dostać. Nie wiem jak, ale muszę. Może tam jest coś, co nam pomoże.
-Dobrze. Użyczę ci moich skrzydeł.
-Słucham…?-nie podobał mi się ten jej uśmiech.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#7PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 3:59 pm

-Nigdy więcej się na takie coś nie pisze!-otrzepałem ramiona z kurzu.
-Nie weszlibyśmy tutaj, gdyby nie moja umiejętność latania, wiec milcz.
Rozejrzeliśmy się po małym pokoiku, do którego zaprowadziło nas okno. Spojrzałem na miasto. Ta cała Cisza, powoli przejmowała miasto. I pomyśleć, że jeszcze przed wczoraj było to miejsce tętniące życie. Rozmasowałem nadgarstki. Ponownie, rozejrzałem się po pokoju. Ot, zwykłe lokum dzwonnika. Łóżko, mała szafka nocna z miską i dzbankiem oraz stolik z jednym krzesłem. No i jeszcze mała biblioteczka. Nie było tu nic, co mogłoby nam pomóc.
-To chyba ślepy zaułek.-dziewczyna rozmasowała skroń dłonią.
-Musi tu coś być!-złapałem za krzesło i przewróciłem na bok-Nie uwierzę, że tu nic nie ma!-byłem wściekły i rozżalony.
Ja, miałbym dać plamę, w takim momencie? Na pewno nie! Nie pozwolę na to! Znajdę sposób! Znajdę, choćby nie wiem co!
-Kochasz go, prawda?
-Co, proszę?-zatkało mnie, jak posłyszałem jej pytanie-Co za bzdury! Ja wolę dziewczynki, niż takiego bufona! Nie obrażaj mnie, do diaska.
-Hahaha! Nie o to mi chodziło głuptasie.
-To ciekawe, o co.-nadąłem policzki, po czym skrzyżowałem ręce na piersiach.
-Fate, miłość ma różne obliczamy. Jednak zawsze objawia się tym samym. Troską i chęcią opieki o druga osobę. Nawet, jeśli zdarzy się nam powiedzieć tej osobie coś przykrego, sprawić jej smutek, to i tak zrobimy wszystko by była szczęśliwa i bezpieczna, prawda?-spojrzała na mnie.
Kobiety, zawsze mówią tym dziwnym językiem. Nie rozumiem tego!
-Możesz jaśniej?
-Hahaha! Faceci. Wy nigdy nie zrozumiecie, póki się wam czegoś palcem nie pokaże. Twój przyjaciel, jest jak bratnia dusza, mam rację?
-No tak trochę. Nie ma tej pustki, która była wcześniej.
Naszą rozmowę przerwało drżenie budynku. Czyżby kościół miał się zawalić, razem z klejnotem? Nie mogło być!
-Musimy się pospieszyć! Nie zostało dużo czasu!
-Łatwo ci powiedzieć! Nawet nie wiemy, czego szukać!-złapałem się oparcia łóżka-Gdzie on się powiesił? W którym miejscu?
-Pokaże ci, chodź.-dziewczyna skinęła głową, abym za nią poszedł.
Z sufitu sypał się tynk, a nawet odpadały spore kawałki. Naprawdę, zostało nam niewiele czasu.
Wyszliśmy z pokoiku, wprost na wąski korytarz. Spojrzałem w dół. Brrr! Nic nie było widać. Zeszliśmy kilka stopni w dół. Musieliśmy dostać się do miejsca, gdzie były dzwony. Kościół ponownie zadrżał. Oparliśmy się o ściany. Z sufitu odpadały spore kawały. Wszystko przelatywało koło naszych nosów. Spojrzeliśmy po sobie. Nie mogliśmy czekać. Było coraz mniej czasu.
Już byliśmy przy kolejnych drzwiach. Mieliśmy je otwierać, kiedy moje karty zadrżały. Nie zażyliśmy zareagować, gdyż podmuch powietrza wyrzucił drzwi przed siebie. Oboje zostaliśmy zepchnięci ze schodów. Moja towarzyszka użyła skrzydeł, ja niestety trzymałem się dłońmi za krawędź schodów.
-Co to, było?-próbowałem się wspiąć.
-Nie mam pojęcia.-Spróbowała mnie podsadzić.
-Negatywną energię?-moje karty dalej drżały.
Ciężko było wspiąć się na schody.
-Tak.
Ledwo, co zdążyłem wejść na schody, a wiatr nasilił się. Ponownie nas zaatakował. Musiałem zasłonić twarz rękami.
-Co to jest, do cholery?!
-Widzę go! To on!-dziewczyna pokazała palcem na miejsce pod sufitem.
-On?
-No tak! Ten co się powiesił! jego dusza, Musiała zostać uwięziona! W końcu popełnił samobójstwo!
-Samobójstwo? Co do ma do rzeczy?!-musiałem krzyczeć, by mnie słyszała.
Ona, bym ja słyszał ją.
-Tak! Duszy samobójców, przeważnie zostają na ziemskim padole! To taka kara! Wieczna tułaczka, za odebranie sobie życia! Nie ważne, jaki był powód! Liczy się czyn!
W sumie, miało to jakiś spójny sens.
Wiatr otoczył nas. Zadawał niewielkie, ale ostre cięcia. Cholera! Jak pokonać ducha?! Udało mi się wyjąć trzy karty. Błysnęły na czerwono. Wystrzeliłem je w stronę przeciwnika. Duch się trochę zdezorientował, więc mogliśmy się rozdzielić. Poprawiłem kapelusz.
-Masz, jakiś pomysł?!-zawołałem z jednego końca schodów.
-Póki co, to trzeba go uspokoić!-odpowiedziała mi z drugiego krańca.
Dusza młodziana krzyknęła jakimś nieludzkim głosem. Kościół jeszcze bardziej zaczął drżeć. Część schodów uległa zniszczeniu. Po prostu świetnie! Ja nie mam skrzydeł, jak tamta laska! Moje oczy poruszały się szybko po otoczeniu. Skakać, z bandażami łatwo nie będzie, ale...czego się nie robi, by ratować przyjaciela! Cofnąłem się do tyłu. Rozbiegłem się i przeskoczyłem nad uszkodzoną częścią. Syknąłem z bólu. Spojrzałem w stronę, gdzie była dziewczyna. Ona osłoniła się skrzydłami. Też dobry pomysł.
Podniosłem głowę. Ten wiatr robił się upierdliwy! Tak samo, jak ten duch! Ponownie go zaatakowałem. Ten otworzył buzię, a karty przeleciały na drugą stronę. Wbiły się w pobliską ścianę. Jak tylko wybuchły utworzyły otwór.
-Fate! Tak z nim nie wygrasz! To jest dusza! Nie ma ciała stałego!-dziewczyna użyła jakieś bariery, więc duch nie mógł jej dosięgnąć.
-To jak mam walczyć z czymś, co nie ma ciała?!-wkurzyłem się.
Czułem się taki bezradny. Magia, która sprawiała, że moje karty mnie słuchały, teraz była bezużyteczna.
-Czemu wcześniej trafiły?!
-Nie trafiły! Wybuchły przed nim!
Rozwścieczona dusza próbowała przebić się przez jej barierę. Jak mogłem jej pomóc?! Jak?! Nie znałem się na takich rzeczach!
-Fate! Idź na samą górę! Tam, gdzie on się powiesił! Ja go zatrzymam!-dziewczyna skrzyżowała ręce.
Pięści miała zaciśnięte. Jak tylko odrzuciła ręce, fioletowa fala odrzuciła ducha.
-Co ty mu zrobiłaś?-patrzyłem jak przeciwnik przeleciał przez ścianę.
-Jestem demonem! Moje czary działają na duchy! Tam, Fate! Na górze! W miejscu, gdzie są zawieszone dzwony! Tam się powiesił! Widzisz?! Sznur wisi do tej pory! Musisz się dostać, do tamtego wejścia, od którego nas odepchnął!
Skinąłem głową. Musiałem spiąć tyłek i się pospieszyć. O tyle było trudno, że ciągle wirował tutaj. Do tego, co jakiś czas odpadały kawałki z sufitu, czy ścian. Jeszcze ciężko mi było oddychać. Musiałem jak najszybciej się wydostać stąd. Zerknąłem jeszcze na walczącą skrzydlatą i ducha. Dobrze, że ta dusza zapomniała o mnie. Przynajmniej, takie miałem nadzieje.
Przylgnąłem plecami do ściany. Tak było bezpieczniej. Przesuwałem się w stronę uszkodzonego wejścia.
Nie spodziewałem się, że duch zwróci na mnie uwagę. Ogłuszył dziewczynę tym swoim rykiem. Ja też, musiałem zakryć uszy. Niemniej, mnie aż tak bardzo nie bolało, jak ją. Widziałem, jak zwijała się z bólu.
Czmychnąłem do drugiego pomieszczenia. Tak! Byłem w środku! Zacząłem szybko wchodzić po schodach na górę. Odwróciłem się. Duch leciał za mną. Potknąłem się kilka razy. Prócz tego, ból na brzuchu dawał się cholernie we znaki. Silny podmuch powalił mnie na schody. Z ledwością wstałem. Duch był tak blisko mnie.
Teraz moglem zobaczyć, jak wyglądał. Byliśmy tacy podobni do siebie!
-Fate! Jesteś cały?!-dziewczyna wyjrzała do mnie.-Fate! Uciekaj, Fate!
-Nie mogę się ruszać! Zupełnie tak, jakby mnie trzymała niewidzialna siła!
-Zostaw go w spokoju!-skrzydlata przyłożyła dwa palce do ust.
Odrzuciła ręką, a strumień ognia oddzielił mnie od ducha. Zdezorientowana mara odleciała kilka metrów.
-To było, mocne…-spojrzałem na nią, jak tylko znalazła się koło mnie.
-Daj spokój. Zwykła magia ognia.
-Zauważyłaś, że jestem do niego podobny? Czy tam on do mnie?
-To iluzja, Fate. Wściekłe dusze potrafią kopiować wizerunki żywych. Zwłaszcza kiedy chcą go opętać.
-Opętać?
-Tak. Taka dusza ma zdolność przejmowania kontroli nad ciałem żywej istoty. Jeśli opętana osoba ma małą siłę woli, to jest problem. W przeciwnym razie, jest sama sobie poradzić. Jesteś człowiekiem, więc pewnie będzie chciał przejąć twoje ciało.
-Czemu moje, a nie twoje?
-Idź! Szybko!-dziewczyna zaczęła mnie popychać.
-Ja jestem demonem. Demony są bardziej odporne, poza tym. Was, łatwiej opętać, bo macie słabszą wolę. Druga kwestia to taka, że pałasz się magią Dla takiej duszy, ciało maga to jak naczynie pełen wody. Mnóstwo pokładów energii.
Nic z tego nie rozumiałem, ale wiedziałem jedno-nie pozwolę temu czemuś włazić w moje ciało! To moje ciało i tylko ja mogę robić z nim co chcę!
-Fate, jeszcze trochę. Damy radę.
-Swoją drogą, gdzie on jest?
-Nie mam pojęcia.-dziewczyna zatrzymała mnie.-Może być wszędzie. Uważaj, nawet na swoje plecy.
-Czyli mam mieć oczy w dupie?
-Dosłownie.
Rozglądaliśmy się, ale nigdzie nie było śladu po tej duszy. Moje karty nadal drżały. Musiał zatem, być w pobliżu. Serce biło mi jak oszalałe. Nie wiedziałem, czy to z podniecenia, ekscytacji czy ze zmęczenia i ze strachu.
Budynek ponownie się zatrząsł. Tym razem to był silny wstrząs. Straciliśmy równowagę. Dobrze, że ta dziewczyna miała skrzydła. Złapała mnie jedną ręką.
-Ile ty ważysz?! Niby takie chuchro, a ledwo mogę utrzymać!
-Odezwała się, cholera! Dbam o wagę! Żeby nie było!-moja ręką wysunęła się z jej dłoni.-Trzymaj mnie!
Zacząłem spadać w dół. Na całe szczęście, udało się jej mnie złapać.
-Co ty robisz?! Mało mnie nie zabiłaś!
-Grr!-rzuciła mnie na schody-Trochę wdzięczności dupku!
Rozmasowałem cztery litery. Co za babsko. Nie byłem wrokiem kartofli! Wstałem. Trzeba było dostać się na górę. Ona była w powietrzu, ja biegłem po schodach. Po duchu, nie było śladu.
Udało nam się dojść na sam szczyt. Faktycznie, był tutaj sznur, na którym powiesił się tamten.
-Tu nic nie ma!-krzyknąłem do dziewczyny-Co teraz?!
-Nie mam pojęcia!
Fate myśl! Myśl! Złapałem się za głowę. Czego nie widzę? Co mi umyka?! Czemu mam wrażenie, że rozwiązanie jest tak blisko?!
Rozejrzałem się dookoła. Same dechy, zaczepy na dzwony i to wszystko! Wiatr ponownie się zerwał. Tym razem był tak silny, że zerwał jeden z dzwonów. Ten zleciał na dół. Rozbił się w drobny mak. Zaczynało brakować mi powietrza. Upadłem na kolana. Złapałem się za szyję. Zamknąłem powieki. Wiatr szczypał w oczy. Z wielkim trudem otworzyłem jedną powiekę. Dziewczyna też zaczynała się dusić. Jak tak dalej pójdzie to się podusimy. Zwiało mi kapelusz. Chciałem go złapać, ale nie udało się.
Co mogło, aż tak rozwścieczyć duszę? Przecież byli tak blisko siebie. Mogli w każdej chwili się spotkać, prawda? Zacząłem rozmyślać. Czemu, mimo tego, że byli w tym samym miejscu, nie mogli się spotkać? Zaraz, zaraz...a jeśli on nie mógł się do niej dostać? To by miało sens. Ona, tak naprawdę była w innym świecie. Zamknięta w krysztale. On zaś, był tutaj, wśród żywych. Czemu też, nie mógł przedostać się do innej części kościoła? Nie rozumiałem tego! Poza tym, było coraz mniej czasu!
Musiałem przedostać się na drugą stronę. Do niej. Użyłem swojej czerwonej karty w taki sposób, że jak wybuchła, odrzuciło mnie na drugą stronę. Może, nie było to za mądre, bo znowu mnie wszystko bolało, ale poskutkowało. Jeszcze wiatr nieco dopomógł.
Z trudem, doczołgałem się do niej. Coraz trudniej było mi oddychać. Robiło mi się słabo. Oddychała. Powoli, ale jednak!
-Ob...u...dź...s...ię…-szturchnąłem ją głową.
-Hmmm…?-ona ledwo kontaktowała.
-P...owie...dź...duch..y..są...wraź...liwe...na..dź..dź..wię...ki…?
-T..ta….k..a...co…?-otworzyła na wpół powieki.
Na jej pytanie, spojrzałem na dwa, z ocalałych dzwonów. Uśmiechnęła się nikle, po czym zamknęła powieki.
Powoli dobyłem karty. Ta, jak moje oczy zalśniła na czerwono. Raz rzuciłem, ale nie trafiłem. Kolejny raz, też nic. Musiało się udać! Kolejny wstrząs zatrząsł budynkiem. Mało brakowało, a byśmy spadli. Jeszcze raz! Tym razem trafiłem. Najmniejszy dzwon, spadając uderzył o ten, który pozostał. Wywołał spory odgłos. Mimo, że został on nieco stłumiony przez wiatr, to na ducha był skuteczny. Wiatr ustał, jak tylko dusza uciekła z pomieszczenia.
W końcu, mogliśmy oddychać. Musiałem ją o coś spytać.
-Powiedź mi coś…
-No?-popatrzyła na mnie.
-Czemu on nie przedostał się do innej części kościoła?
-Ponieważ dusza samobójcy, uwięziona jest w miejscu, w którym dokonano samobójstwa. Skoro on, zrobił to tutaj, w dzwonnicy, w tej wieży nie może jej opuszczać. Może się poruszać tylko po niej…
-Już rozumiem! Zostań tutaj!
Fate?!-dziewczyna patrzyła, jak wstaję, a potem odchodzę.
Zacząłem się wracać. No tak! pewnie szybciej bym na to wpadł, gdybym miał wiedzę na ten temat. Pewnie to, że nie mógł dostać się do ukochanej, tak go rozjuszyło, że stał się tym czymś. Takim wściekłym duszem, czy jak ona to tam nazywała. Ona zaś, pewno nie miała pojęcia, co się z nim stało. Nie mogła przecież, bo i jak, skoro uwięziona była w tym dziwnym świecie. Oboje byli tak blisko siebie, a zarazem daleko. Też mi się trafiło! Pomóc zmarłym kochankom ponownie się spotkać! Tego jeszcze, w swojej karierze nie przerabiałem! Poza tym, od czasu do czasu, mogę zrobić coś...dob...pożytecznego! Graves byłby ze mnie dumny...właśnie! Graves! Nadal nie wiem, jak go wyciągnąć! Może jak zwrócę ją, jemu to ona odda mi przyjaciela? Zobaczymy.
bez trudu, co aż dziwne. Udało mi się dotrzeć do kryształu. Ten był cały popękany. Spora jego część odpadła. Jak wyciągnąć, ten cholerny zegarek?!
-Znalazłem go! Znalazłem twojego ukochanego! Słyszysz?! Oddaj mi mojego przyjaciela!-zacząłem uderzać w kryształ.
Poraziło mnie za każdym razem, kiedy moje pięści stykały się z kryształem.
-Oddaj mi go!-obsunąłem się na kolana.-Słyszysz?! Oddaj!
Kryształ zaczął świecić. Znowu słyszałem tykanie zegara oraz lekki podmuch wiatru.
-Czas...twój czas…
Nie mogłem oderwać dłoni od kryształu.
-Puszczaj! Puszczaj mnie!-szarpałem się, ale to nic nie dawało.-Puszczaj!
-Przepraszam...to moja wina…-posłyszałem delikatny kobiecy głos.-Tak bardzo chciałam go zobaczyć. Byłam pewna, że to on przyszedł.
Spojrzałem przed siebie. W odbiciu kryształu ujrzałem dziewczynę! Dziewczynę z mojego snu!
-Jego energia, tego co ci towarzyszył...mimo, że kierował się gniewem nie chciał cię skrzywdzić. Ta energia, myślałem, że mi pomoże wydłużyć “życie”.-zakryła twarz rękami-Ja czekam tu na niego, ale on się nie zjawia.
-To normalne! On umarł! Chciał oddać swój czas, tobie. Tylko zegar się popsuł i się nie udało. Popełnił samobójstwo, bo myślał, że w ten sposób przywróci ci życie.
Dziewczyna spojrzała na mnie.
-Dlatego mój czas został zamrożony, a on nie wrócił! Gdzie on teraz jest?!
-Mówię ci, że nie żyje! Jego dusza, ponieważ popełnił samobójstwo, została za karę na padole ziemskim. On tutaj jest. W dzwonnicy. Tylko z powodu samobójstwa został przywiązany do miejsca! Tak się zdenerwował, że przez tyle lat nie mógł do ciebie wrócić, że jego dusza stała się zła.
Dziewczyna milczała.
-Pieczęć..czemu pieczęć się złamała?-musiałem to wiedzieć.
-Ponieważ Chronos powiedział mi, że go przyprowadzisz. Ja złamałam pieczęć. Tylko nie wiedziałam, że to skróci mój czas, jak tylko ten zostanie poruszony.
-Co takiego?! Jak niby miałbym to zrobić?!
-Nie wiesz, jak to zrobić?-dziewczyna złączyła ręce-A ja wierzyłam, że w końcu…ufałam, że sprowadzisz go do mnie.
Kolejna osoba, która się na mnie zawiodła! Oparłem się czołem o kryształ. Czemu?! Czemu, mimo, że posiadam to, co chciałem, trafiają się sytuacje patowe, w których jestem...jestem...bezużyteczny?!
-Fate!-odwróciłem głowę, słysząc tą demonicę-Udało mi się zakląć go w mieczu!
-Hę?!
-W mieczu! Jako demon, mogę zaklinać dusze w przedmiotach.-pokazała mi zwyczajny miecz.-Jednak to trwa bardzo krótko. Zwróć go jej!-dziewczyna puściła oręż po posadzce.
Sam upadła. Chyba to zaklinanie, było dla niej męczące. Podobnie jak dla mnie teleportacja. Nie ma to jak wyższa szkoła magii.
Miecz zaczął rezonansować z kryształem. Dziewczyna przylgnęła do ścian kryształu. Tuż za nią dostrzegłem jej świat.
-Tylko jak mam to zrobić?! Jak?!
Kościół coraz bardziej się rozsypywał. Lada moment i nic z niego nie zostanie! My zaś, zostaniemy sprasowani jak kanapki.
Nagle jasne światło wystrzeliło z kryształu i zasłoniło mnie. Oślepiło mnie.
Jak tylko otworzyłem powieki dostrzegłem, że jestem w piwnicy kościelnej. Tylko ta, była zupełnie inna. Wszystko się rozpuszczało. Tuż, na przeciwko siebie dostrzegłem dziewczynę ze snu. Siedziała na kolanach. Modliła się. Sama tez się rozpuszczała. Podszedłem do niej.
-Ty jesteś…?
-Przepraszam, to wszystko moja wina.
-Nie przepraszaj. Już dobrze.-kucnąłem obok-Będzie dobrze.-dotknąłem jej policzka.
Wyglądała tak samo, jak w moim śnie.
-Pamiętasz? Mówiłam, że sama ci go oddam…-wyjęła z kieszeni zegarek.-Proszę.
-Nie..nie mogę…
-Weź...proszę...
-Właśnie! Miecz!-Szybko się odwróciłem w stronę, gdzie powinien być oręż z duszą tego chłopaka.
Wtedy, dziewczyna wsunęła mi do kieszeni zegarek. Nawet nie byłem tego świadomy.
-Miecz.Tam jest jego dusza! Musisz...Ej! Co ci jest?!-złapałem ją.
Wyglądała na taką wątłą.
-Fate…-dotknęła mojego policzka.
Ona się roztapiała! Nie mogłem na to patrzeć. Czułem wodę na policzkach. Jeszcze te jej łzy.
-Nie możesz umrzeć! On czeka na ciebie!-spojrzałem w stronę miecza, który zaczął drżeć.
-Fate...posłuchaj…-posłała mi taki ciepły uśmiech-Pamiętaj….aby nigdy, przenigdy nie zostawiać osoby, która jest dla ciebie ważna...nie wybieraj śmierci...po prostu żyj dla niej...żyj za nią...przeżyj tę część życia, która nie będzie jej dana...
Te jej słowa, tak bardzo mnie poruszyły. Chyba dlatego, że nie znosiłem widoku płaczącej kobiety. Przytuliłem ją czule do siebie.
Nie zauważyłem, że miecz podniósł się. Był wycelowany w moje plecy.
-Szkoda, że nie mogłam poznać cię wcześniej...Fate...Twisted Fate…-jej słowa uderzyły mnie prosto w serce.
Czemu, ktoś, kogo nie znałem, mało tego był...sam nie wiem, jak to nazwać, potrafił swoimi słowami, aż tak mnie...złamać? Złamać ta barierę, którą stworzyłem, kiedy Evelynn mnie porzuciła?
-Fate...dobry z ciebie facet…-patrzyłem jak ona umiera na moich rękach.
Chyba nie ma nic gorszego od patrzenia na to, jak uchodzi życie z delikatnej istoty. Chyba za to kochałem kobiety. Za tą delikatność i niewinność. Nawet Evelynn, która złamała mi serce, posiadała obie te cechy.
Nagle silne, mocne ręce złapały mnie pod ramiona. Zostałem siłą oderwany od umierającej dziewczyny.
-Zostaw mnie! Nie! Nie można jej tak zostawić!-oddalałem się od niej.
Ktoś, mimo moich prób uwolnienia się, trzymał mocno. Wiedział jak mnie pochwycić, abym nie miał szans się uwolnić.
Minęliśmy miecz, który dalej lśnił. Ona z trudem się podniosła. Szeptem wypowiedziała czyjeś imię. Wyciągnęła ręce przed siebie, jak tylko miecz ruszył w jej stronę.
Na kilka sekund, zamiast miecza dostrzegłem młodego chłopaka. Odwrócił się w moją stronę. Z uśmiechem skinął głową. Nic z tego nie rozumiałem! Po chwili znowu było widać oręż, który przebił klatkę piersiową dziewczyny. W miejscu, w którym było serce. Złapałem dłońmi za ramię, które mnie trzymało. Wbiłem w nie palce.
Nim jasne światło mnie oślepiło, widziałem jak ona upada martwa na posadzkę.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Tobias Fokstrot/Twisted Fate/TF
Liczba postów : 139
Dołączył/a : 21/12/2016

#8PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 4:04 pm

Klejnot Chronosa rozpadł się, a czas, na powrót zawitał do miasteczka. Dzięki ostatniemu tchnieniu tego przedmiotu, kościół oraz wszystko, co zostało uszkodzone przez złamaną pieczęć, wróciło do normy. Dzwony kościelne rozbrzmiewały tak melodyjnie. Wiatr niósł ich odgłos jeszcze dobre kilka kilometrów.
-Hmm?-dziewczyna wstała.-Co się stało?-przetarła oczy-Już, po wszystkim?-rozejrzała się dookoła-Hę?!
Nigdzie nie było śladu kryształu z Klejnotem Chronosa. Cała piwnica, wyglądała tak pięknie jak kiedyś. Grafitowe ściany, jakby posypane brokatem. Na środku sufitu, wielki kryształowy żyrandol na świece, odbijający ich blask.Tuż pod nim znajdował się okrągły nagrobek z dwiema, skrzyżowanymi obrączkami. Ten zaś, był pomiędzy dwiema strzelistymi kolumnami, łączącymi się z sufitem.
-Fate?-rozejrzała się dookoła.-Fate! Jesteś cały?!-podeszła bliżej.
Siedziałem pod jedną z kolumn, w jej cieniu. Włosy zasłaniały mi twarz. Wszędzie, dookoła mnie,było mnóstwo płatków róż.
-Na tarnację Fate, ty barani łbie! Mogliśmy tam utknąć przez ciebie!-Graves wstał z posadzki.
On również, podszedł nieco bliżej.
-Ona powiedziała, że we mnie wierzy...Uwierzyła, że go przyprowadzę...zaufała mi…-odparłem smutnym tonem-...Co z tego, że była duchem czy coś takiego...ale zaufała we mnie...uwierzyła we mnie...a ja nawet jej nie podziękowałem…
Graves i ta dziewczyna popatrzyli po sobie.
-Wydaje mi się, że nie musiałeś jej dziękować. Zrobiłeś to, w co ona wierzyła.-kucnęła przy mnie.
Położyła mi rękę na ramieniu.
-Chronos...Chronos jej powiedział, że go przyprowadzę...czyli...on też we mnie wierzył…
-Fate…-
-Na tarnację, Fate, weź się w garść. Chłopie. Nawet nie znałeś tej dziewczyny.
-Graves, zamknij się...ty nawet nie wiesz, jak to jest, kiedy jesteś nikim...kiedy nikt w ciebie nie wierzy...kiedy tolerują tylko, bo coś chcą...ty nic nie wiesz...nie wiesz...co ja musiałem przejść z powodu tego kim jestem…
-Fate, już dobrze.-czułem, jak delikatna dłoń masuje moje ramię.
-Jest dobrze...wkrótce znowu będę kpić ze wszystkiego i ze wszystkich...wkrótce...wyzdrowieję…-po tych słowach straciłem przytomność.
-Fate!-dziewczyna złapała mnie, abym nie upadł na posadzkę.
-Co za cienias z niego. Na tarnację.-Graves zdjął swoje ponczo.
Okrył mnie nim, po czym wziął na ręce. Wtedy, z kieszeni płaszcza wypadł mi zegarek.
-Hę? A to co?-dziewczyna, podniosła go
-Pewnie podwędził komuś. Jak wszystko.
-Mam wrażenie, że gdzieś go już widziałam. No nic.-położyła mi go na klatce piersiowej-Przeżyje, jak mu powiem, że stracił kapelusz?
-Musi, bo tym, który go zabije, będę ja. Na tarnacje, ten dupek, znowu mnie oszukał.-Graves popatrzył na mnie.-A teraz sobie śpi, leser jeden. Poczekaj tylko się obudzisz. Poczujesz śrut w dupsku. na tarnację, nie daruję ci tej zdrady.
-Jakbyś go tak chciał zabić, to byś go nie ratował. Nie sądzisz?-dziewczyna zajrzała Malcolmowi w oczy.
-Co ja poradzę, że ten kretyn, to mój najlepszy przyjaciel, którego mam ochotę wypatroszyć.-Graves westchnął-Na tarnację, nie umiem się długo na niego wkurwiać.
-Cóż…-dziewczyna puściła Malcolma przodem, jak otworzyła drzwi od kościoła-Przyjaciel to ktoś, kogo chcesz z wielką ochotą zabić, ale wiesz, że tego nie zrobisz, bo jest dla ciebie za cenny.
-Na tarnację, w tym cały problem. Patrz no go tylko, jak sobie smacznie śpi. Jeszcze ma darmowy transport do gospody.
-Hahaha!-demonica zaśmiała się.-No, co?
-Nic. Zamiast się głupio śmiać, wyciągnij mi z tylnej kieszeni spodni cygaretkę.
-Chyba sobie żartujesz! Nie będę ci obmacywać po tyłku! Mam męża!
-A kto ci karze, na tarnację, macać mój nietuzinkowy zad? Nie moja wina, że po ciężkim dniu, mam ochotę się zrelaksować paląc cygaro.
-Pf! Sam sobie weź!
-Dobra, w takim razie puszczam Fate.
-Oszalałeś?! Dobra, już dobra! Trzymaj go, bo się połamie!
Graves, ze mną na rękach i tą dziewczyną, udali się do gospody.
------------------------------------------------------------------
Siedziałem na dachu, patrząc w nocne niebo. Jak to się stało, że nie zdążyłem jej uratować? Kogoś, kto we mnie wierzył, nawet mnie nie znając?
Miałem zgięte w kolanach nogi. Obejmowałem je rękami. Nie odzyskałem kapelusza. Będę musiał zainwestować w nowy. Noc była taka spokojna. Księżyc w pełni oświetlał miasto swym blaskiem. Gwiazdy migotały na przemian, jakby chciał pokazać, która z nich jest najpiękniejsza. Szum wiatru niósł melodię wygrywaną przez świerszcze.
Nagle, ten cały widok coś mi przysłoniło.
-Ej!-fuknąłem-Zaraz...przecież to…-kapelusz był tym, co przesłoniło mi widok.
-Byłem dzisiaj na rynku jak leżałeś kuprem do góry. Zobaczyłem go i tak sobie pomyślałem o tobie.-Graves palił to swoje cygaro.
-Ty i prezent?-uniosłem jedną brew ku górze-To do ciebie nie podobne.-zlustrowałem przyjaciela.
-Na tarnację, nie podoba się to mogę oddać.
-Zostaw! Podoba!-spojrzałem na kapelusz-Dzięki.
-Ty mi dziękujesz? To do ciebie nie podobne.
-Nie małpuj po mnie.-nałożyłem kapelusz na łepetynę-od czasu do czasu, potrafię skorzystać z ładnych słów.
-Jakoś ci nie wierzę.
-Czasami nie kłamię, wiesz?
-Powtarzam, jakoś ci nie wierzę.-wypuścił biały dum spomiędzy warg-Gotowy do podróży?
-Sam nie wiem. Chciałbym tutaj jeszcze zostać.
-Na tarnację, spójrz na to z innej strony.
-Niby jakiej, co?
-Uratowałeś ją. Jego w sumie też. Spędziłem tam trochę czasu, wiesz w tym świecie. To wszystko było tylko iluzją. Światem stworzonym z jej wspomnień. Nie było tam nic prawdziwego.
-Oh?-przekrzywiłem głowę na bok.
-Została zamknięta w świecie marzeń, iluzji, która była tylko złudzeniem. Nawet, jak sprowadzała tam inne istoty to nic to nie dawało. Z czasem chcieli wracać. Nie byli w swoim domu, swoim świecie. Zabierała im czas, bo była samotna.
-Samotna, powiadasz?
-Ta, samotna. On w sumie też. Uwięziony w dzwonnicy, z powodu poświęcenia dla ukochanej. Gdyby nie ty, dalej byliby zamknięci, z dala od siebie. Fate, paradoks nie uważasz? Byli tak blisko siebie, na wyciągniecie ręki, a nie mogli się do siebie zbliżyć.-Graves spojrzał w niebo-Na tarnację, jaki ten świat jest pokręcony.
-Nie bardziej, niż my.-także uniosłem głowę ku niebu-Teraz rozumiem, co mi powiedział pewien staruszek, którego spotkałem. Każdy człowiek, boi się samotności, a przez to popełniamy głupstwa.
-Na tarnację, nie zaczynaj mi tu z jakimiś umoralniajacymi gadkami.-dostałem przez łeb.
-Musisz ty mnie tak ciągle lać?
-Ta. Jesteś moim chłopcem do bicia.
-A myślałem, że przyjacielem.
-Przyjacielem, chłopcem do bicia.
-Eksponat muzealny się odezwał.
-Dorosły, który rzuca tekstami jak dziecko z piaskownicy.
-Spieprzaj.-burknąłem.
-Spieprzać to zaraz możesz ty…
Już coś miałem powiedzieć, kiedy zaczęła grać ta piękna muzyka. Ta sama, którą słyszałem we śnie. Mieszkańcy miasteczka zaczęli wyglądać przez okna. Skąd ona dochodziła?
-To prezent pożegnalny od niej, dla ciebie, Fate.
To była ta demonica. Unosiła isie w powietrzu, tuż nad naszymi głowami.
-Skąd wiesz?
-Czy to ważne? Przyszłam się pożegnać. Mam nadzieję, że jeszcze nasze drogi się skrzyżują.
-Zobaczymy.-posłałem jej chytry uśmiech-A co z książką?
-Zatrzymaj ją, na pamiątkę.-wzbiła się nieco wyżej-On, postanowił udać się w podróż.-puściła do mnie oko.
-Ale kto taki?
-Nie domyślasz się panie wszystko wiedzący? Myślisz, że skąd tyle wiedział o tobie?-pomachała nam ręką.-Do zobaczenia Fate! Graves!
Graves uniósł rękę w geście pożegnania. Ja tylko, osłupiały pomachałem.
-On...zaraz...chwila moment…-zamyśliłem się-...O ja pierdolę!
-A tobie co?-Graves popatrzył na mnie sceptycznie.-Na tarnację, gadaj, ale już.
-Nie ważne.-wyjąłem zegarek z kieszeni-To moja mała tajemnica.
-Znowu masz jakieś tajemnice przede mną, Tobiasie?-Graves strzelił z kości u rąk.
-Ale to nie taka tajemnica! Przysięgam!
-Trzeci raz nie dam ci się wykołować.
-Graves to nie tak!-czemu on mnie musiał tak traktować?
-Mów, albo przerobię ci twarz na mielonkę.
-Czy ja nie mogę, mieć chociaż jednej, prywatnej tajemnicy?!-burknąłem.
-Na tarnację, niech będzie. Tym razem ci daruję. Następnego nie będzie.
Długo jeszcze słuchaliśmy owej melodii, póki nie przestała grać. Następnego dnia, opuściliśmy osadę. Nie mieliśmy ochoty wędrować pieszo, więc zagrzaliśmy dupy w pociąg parowy. Graves patrzył na przemijający krajobraz, a ja siedziałem obok.
-Czemu mnie uratowałeś?-zerknąłem ukradkiem na Gravesa.
-Ładna dzisiaj pogoda nie uważasz. Idealnie komponuje się z krajobrazem osady.
-Mówię do ciebie coś!-nadąłem policzki.-Co za jakiś bufon…-zerknąłem ukradkiem na Malcolma.
Ciekawe, co on tak naprawdę o mnie myślał. Tu mnie chce zabić, a tu ratuje. Ziewnąłem przeciągle. Nadal czułem jakiś niedosyt w spaniu. Nim się zorientowałem, spałem oparty o ramię Gravesa. Ten zerknął na mnie, Poprawił mój kapelusz.
-Ten to ma tupet, na tarnację.-wcisnął mi palec w policzek-Wiedziałem, że po mnie przyjdziesz, dlatego cię uratowałem.-szkoda, że nie usłyszałem odpowiedzi, na swoje pytanie.
Malcolm zdjął tą swoją pelerynę i mnie nią okrył.
-Śpij dobrze.-przysłonił mi twarz kapeluszem.
Sam zaś zaczął patrzeć na zmieniający się za oknem krajobraz. Nie ma co, takiej przygody dawno nie przeżyłem, a i się czegoś nauczyłem. Czym jest tak naprawdę czas. Czas dla nas ludzi, to nic innego jak życie, które tak szybko przemija. Trzeba o nie dbać, nawet jak się jest takim dupkiem jak ja.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Thresh
Liczba postów : 91
Dołączył/a : 26/11/2016

#9PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 5:13 pm

Przebrnęłam przez historię.. Było warto. Bardzo ładnie i przyjemnie napisane. Nie mam uwag. Akcept. ♥


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
avatar

Miano : Mirvexa Glaceus (Vexa, Vex)
Liczba postów : 104
Dołączył/a : 26/11/2016

#10PisanieTemat: Re: Twisted Fate   Czw Gru 22, 2016 10:42 pm

Również akceptuję z racji, że postać została przeniesiona z Valoranu. Zostajemy również przy tamtejszej sławie: Rozpoznawalny na terenach Bilgewater oraz w części grup przestępczych.

Miłej gry! <3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content


#11PisanieTemat: Re: Twisted Fate   

Powrót do góry Go down
 
Twisted Fate
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Last Bastion :: 

Strefa Gracza

 :: Karty Postaci :: Zaakceptowane Karty
-
Wymiana
Forum oparte na realiach gry firmy Riot Games, League of Legends. Styl został wykonany przez Przyczajoną Grafikę z Monochrome Layouts. Prosimy uprzejmie o niekopiowanie treści zamieszczonych na łamach forum.
Fragment kodu w ogłoszeniach: ©corazon